czwartek, 30 maja 2013

P.S. do poprzedniej notki czyli moje dziecko jest zdrajcą

... ale za to jakim kochanym ;o)
Środa wieczór.
Właśnie wróciłam z pracy.
Trzask drzwi i słyszę głos Młodej:
- Maaaamooo!
- Jestem w toalecie- odpowiadam.
- To wyjdź- dowcipnisia.
Wychodzę.
W przedpokoju jakaś zadyma, Ted i Młoda coś knują. Odsłaniają drzwi, a w nich stoi Milcząca Dziewczyna.
Z różą i prezentem.
- Jesooo, co ty kombinujesz?- pytam.
- Chciałam pani podziękować, jest pani moim mistrzem.
I co ja mogę na to powiedzieć? Zaglądam do torebki i już wiem, że Młoda maczała paluchy w tym, co kupiła Milcząca.
Pratchett.
Niewiele osób wie o mojej do niego słabości.

W zadymie dopadam Młodej.
- Kurna, Młoda, po co te prezenty? Róża by wystarczyła.
- O, nie bluźnij matko moja. Ja ci uratowałam życie.
- Taaaak? A jakże to?
- No mama kazała jej kupić ci coś, za to, że nie chciałaś kasy. Uratowałam cię przed dostaniem wazonu albo innego świecznika tudzież apaszki.
- No patrz, a wystarczyłoby, żeby sama do mnie zadzwoniła i powiedziała 'dziękuję'.

Wazon zamiast Pratchetta?
Dobrze, odwołuję zdrajcę :o)))

wtorek, 28 maja 2013

Jeeeesteeeeem

Dzisiaj, egzaminem Milczącej Dziewczyny, zakończyliśmy tegoroczny maraton maturalny. 
Generalnie pełna satysfakcja, jeden wynik z delikatnym zaskoczeniem na minus- nerwy.
Pierwszy raz od kilku lat, jedno z moich Dzieci (to najprawdziwiej moje) dało mi zasmakować wyniku 100% 
Wspaniałe uczucie. Dostać w ręce kamień i po czasie wydobyć z niego piękny posąg. 
I ta najważniejsza myśl- dała radę sama. Bez pomocy, wskazówek, grymasów aprobaty lub dez.

Głos w telefonie, tak piękny, dźwięczny.
- Mam wyniki.
- I...?
- Zgadnij?
I już wiem, że to jej, ale i moje (nasze) dzieło.
W argumentacji: 'słychać, że mówisz biegle, że nie są to jedynie wyuczone, na potrzeby egzaminu, frazy'.

Milcząca, lekko poniżej oczekiwań, ale zdecydowanie lepiej, niż na polskim.
I chyba to jest mój największy zawodowy sukces.
Miałam DWA tygodnie.
Niczego Jej nie nauczyłam.
Dałam tylko wiarę.
Że można.
Że walczyć trzeba do końca.

Jestem z rodu Fighterów

niedziela, 26 maja 2013

Moja Mama jest największą fighterką, jaką znam.

W 2007 roku na moim starym blogu, 26 maja ukazał się taki oto wpis:
Piszę tę notkę, chociaż wiem, że moja Mama jej nie przeczyta. Nauczyła się posługiwać telefonem komórkowym, ale od komputera trzyma się z daleka. Pomyślałam sobie, że tą notką, tak dla siebie, podziękuję Jej, że jest.
Odkąd pamiętam, nasz dom to była Mama. Taty nie pamiętam. Kiedy zaczęłam rejestrować rzeczywistość On już nie żył. Przed śmiercią Taty Mama straciła w wypadku samochodowym córeczkę... Potem pojawiłam się ja i wszystko miało wrócić do normy. Miała być Mama i Tata i dwoje dzieci, mój starszy brat i ja. Ale życie nie jest sprawiedliwe więc Ojca też zabrakło. A Mama... walczyła. O to, żeby nie pamiętać tego, co najgorsze, żeby godnie nas wychować, żeby nie zabrakło nam chleba i miłości. W swoim codziennym zabieganiu zawsze miała czas, żeby nas wysłuchać i przytulić. Kiedy mój brat był w liceum, żeńska połowa jego klasy przychodziła do nas na plotki i zwierzanie się...
Potem brutalne życie znowu dało znać o sobie. Podczas rutynowych badań Mama dowiedziała się, że ma guza mózgu. Ale nie poddała się. Walczyła ze słabością i uśmiechała się. Przeżyła bardzo trudną operację, potem naświetlania i rehabilitację. Wyszła z tego tylko z lekkim lewostronnym niedowładem. Mówiłam, że jest 'fighterką'?
Kiedy dorosłam i pokończyłam 'szkoły' pojawiła się szansa wyjazdu za granicę, legalnej pracy i nauczenia się czegoś nowego. Miałam jednak jakąś blokadę w głowie, że' nie mogę wyjechać, muszę opiekować się Mamą '. Wtedy Ona, widząc, że ze sobą walczę usiadła przy mnie,  i powiedziała :' Nie czekaj aż umrę, żeby zacząć korzystać z życia. Ja się nigdzie nie wybieram, będę tu, kiedy wrócisz'.
Pojechałam, a Ona czekała.
Kiedyś powiedziała mi, że Ted nie jest facetem dla mnie. Przez kilka lat Ted dowodził, że się pomyliła. Przyszła do mnie i powiedziała: 'Przepraszam, nie miałam racji'.
Potem dopadł ją wylew. Bardzo ciężki. Nie chodziła i nie mówiła. Nogi i i ręce miała niewładne. Nikt nie zabronił Jej jednak myśleć, walczyła więc i... znowu wygrała. Zaczęła chodzić i mówić.
Gdy było Jej już ciężko mieszkać samej, zapytaliśmy Ją z bratem, z którym z nas chce zamieszkać. ' Z żadnym'- padła odpowiedź.
Sama znalazła sobie specjalistyczny ośrodek, do którego się przeprowadziła. Powiedziałam Jej wtedy, że mam wyrzuty sumienia, że to nie my opiekujemy się Nią. 'To jest mój wybór' usłyszałam w odpowiedzi.
Mieszka sobie teraz 300 kilometrów ode mnie za to mój brat odwiedza Ją codziennie w drodze do domu. Mama nie pozwala nam na opłacanie Jej pobytu w ośrodku ( chociaż jest to kolosalna suma ). Sprzedała mieszkanie. 'Stać mnie na to, żeby tu być' mówi.
I dalej walczy z chorobą. Guz usunięty wiele lat temu znowu dał o sobie znać. Tyle tylko, że tym razem serce Mamy nie zniesie kolejnej operacji. Ale Ona się nie poddaje, chociaż już była bliska rezygnacji. 'Chodzę codziennie na spacery'- mówi -'sama nie na wózku' 
Kiedy mam tylko okazję jadę do Niej z Kitty, żeby moje dziecko zobaczyło, jak się walczy z życiem, jak nie należy się poddawać. Wiem, że Ted jutro do Niej zadzwoni. Dla niego moja Mama też jest ważna.

I jeszcze jedno, nigdy nie powiedziałam do Niej Mama, nie przeszłoby mi to przez gardło. Kiedy miałam 5 lat znajoma Mamy zapytała mnie czy ta pani ze mną to moja mama. Opowiedziałam jej wtedy:
JA NIE MAM MAMY, JA MAM MAMUSIĘ, i tak zostało do dzisiaj.

Od tamtej pory zmienił się tylko Jej stan. Na gorsze, niestety. Ale ciągle jest i walczy.

                              

czwartek, 23 maja 2013

Natłok

myśli znaczy.
Tyle chciałam napisać, ale wczorajszy dzień położył się cieniem na tym, co lekkie, zabawnie i wzruszające.
Po południu do Młodej wpadła przyjaciółka.
Posiedziały, posłuchały muzy, sprzątnęły pokój.
Razem zjedliśmy kolację i Curly poszła.
Nie minęła godzina i usłyszeliśmy dzwonek domofonu.
Mamuśka wyrzuciła Curly z domu.
Za co?
Tego nie wie sama wyrzucona.
Przyszła do nas, bo nikt inny nie przyszedł jej do głowy.
A mamuśka?
Spokojnie poszła spać, bo wie, że Curly sobie poradzi.

Kurwa!
Jakim trzeba być czlowiekiem... ?

P.S.
Egzamin zdany.
Znaczy dwie Dziewczyny są już po.
Dwa najważniejsze, Młodej i Milczącej Dziewczyny jeszcze przed nami (szczęśliwie przełożony, dając mi więcej czasu)
Dziewczyna nie milczy!
Mówi!
Po polsku i po angielsku.
Się zobaczy po wyniku, jakim koksem jestem.

piątek, 17 maja 2013

Egzamin

Zdaję dzisiaj egzamin.
Z nauczycielstwa na najwyższym poziomie.
Tremę mam, jak cholera, chociaż z drugiej strony sama się wystawiłam na 'cios'.
Młoda ma przyjaciółkę.
Sto pięćdziesiąt procent wrażliwości.
Zdała wczoraj maturę ustną z polskiego.
Znacznie poniżej swoich możliwości.
Zjadła ją trema.
Z butami.
Teraz przed nią egzamin z angielskiego.
Młoda przeczuwa miazgę oraz masakrę.
- Ledwie dała radę w swoim własnym języku, to co będzie z językiem obcym?- zapytała.
- Powiedz jej, żeby do mnie przyszła- ja jej na to.
- Nie przyjdzie, przecież wiesz.
- Pozwól, żeby to ona zdecydowała.
Krótka rozmowa na Fejsbuku i jest decyzja.
- Przyjdzie , wyznacz termin proszę.
(nie wiem, czym zapunktowałam, że podjęła taką decyzję, ale na początek jest dobrze)
- Piątek 18:00
To dzisiaj.
Dziewczyna jest taka nieśmiała, że praktycznie nie rozmawia z obcymi.
W szkole był problem z odpowiedziami na pytania nauczycieli, sprawdziany zaliczała na 5, bo nie trzeba było nic mówić.
Młoda namówiła ją na terapię, chociaż sama jest jej głównym terapeutą, wie, że potrzebuje bardzo profesjonalnego wsparcia.

Ciekawe, czy dzisiejszą lekcję przemonologuję.
Wolałabym nie, bo mamy mało czasu.
 I to jest właśnie mój test.
Zdam?

Nie, no kur... zdam!

środa, 15 maja 2013

Zostaję wichłaczem

... to postanowione.
Będę sobie wichłaczyć, kręcić i kombinować tak, jak większa część moich rodaków.
Tu zamieszam, tam zamotam. Fakturkę wystawię, nic się nie będzie zgadzało, ale kasa będzie grała, a biznes się kręcił.
Świeciłam wczoraj gębą przez kontrolą P/POŻ.
Sprawdzali jedynie dokumenty po remoncie.
Na ileś tam dokumentów wystawionych przez różnej maści rzeczoznawców zgadzał się JEDEN.
W całej reszcie znaleziono braki, niedociągnięcia, niedoróbki i inne stokrotki.
Siedziałam tak patrząc, jak nic nie gra i w duchu wymyślałam sobie od durniów.
My robimy, żeby było uczciwie. 'Zdajemy' egzaminy z naszymi uczniami, szkolimy tak, że nasi kursanci idą w świat i nie przynoszą nam wstydu. Nasze prezentacje szokują profesjonalizmem nawet największych wyjadaczy. Bez ściemy i bez doliczania daty bitwy pod Grunwaldem do rachunku.
Patrząc jak 'etycznie' działają inni byłam w szoku.
Przecież mówiliśmy o bezpieczeństwie ludzi!
Ktoś przybił pieczątkę nie sprawdzając, ktoś inny 'machnął' się i wyrysował drogę ewakuacyjną pod prąd... Byleby na koniec wystawić fakturę.

 Ehhhh żyzń.

niedziela, 12 maja 2013

Pani Prezes z bożej łaski

Wyobraźcie sobie, że jesteście posiadaczami obiektu hotelarskiego. Przed sezonem w szpitalu ląduje jego wieloletnia szefowa. Poważne problemy zdrowotne pani dyrektor każą Wam sądzić, że do końca lata nie wróci do pracy. Co robicie?
Pani Prezes- NIC.
Szefowa obiektu gorączkowo szuka zastępstwa. Osoby zaufanej, ale i kompetentnej, bo goście stali i przyzwyczajeni do odpowiedniego standardu obsługi.
Pani Prezes- NIC.
Szefowa znajduje zastępstwo. Spotykamy się. Mówi otwarcie o obawach, o tym, że bardzo zależy jej, żeby po chorobie wrócić do obiektu, do stałych klientów.
Pani Prezes- NIC.
Pierwszy dzień mojej samodzielnej pracy, zaraz zaczyna się długi weekend, w obiekcie 100% obłożenia.
Koleżanka dzwoni pięć razy dziennie, między kolejnym kontrastem, izotopem, badaniem, anestezjologiem.
Pani Prezes- NIC.
Ostatnio wpada Pokojowa i wali od wejścia:
- Pani Dreamu, widziałam Panią Prezes, pytała, kto tam teraz szefuje obiektowi. Ja jej na to, że to jest jej obiekt, więc może przyjść i sprawdzić, a ona, że nie ma czasu.
Opowiadam o tym koleżance, która, już po zabiegu czeka na wynik.
W odpowiedzi słyszę tylko śmiech.
Wczoraj rano dzwoni telefon, zaskoczona odbieram . Koleżanka miała być u lekarza, odebrać wynik, czego może ode mnie chcieć?
Dzwoniła do NIEJ Pani Prezes. Jest w mieście, chciałaby się ze MNĄ spotkać, bo to ważne dla niej (!!!???). Nadmienić tu należy, że jest w posiadaniu mojego numeru telefonu od pierwszego dnia, kiedy to zapadła decyzja, że to ja zastąpię B.
W soboty z moimi uczniami pracuję do godziny 15:00, na 15:30 byłam umówiona z Panem Strażakiem, bo 14 maja mamy nalot P/POŻ. Czy ja już pisałam, żę zaczęłąm od kontroli SANEPIDu? ;o)
Pani Prezes dzwoni około 13:30... chyba, bo to nie jej numer telefonu widzę na wyświetlaczu.
Skoro nie jej, nie odbieram. Mam taką zasadę, że podczas zajęć odbieram jedynie telefony od Rodziców moich Dzieci, od samych Dzieci i od mojej Młodej. Reszta może zadzwonić później.
Szkolenie P/POŻ odbwa się w się w obiekcie Pani Prezes, wystarczy, że wejdzie i pogadamy chwilę.
Nie weszła.
Nie zadzwoniła.
Protokół pokontrolny z SANEPIDu leży rozbabrany. Nie jestem władna podjąć decyzji, co dalej. Mam dojścia w instytucji, ale to my musimy wykazać inicjatywę, Pani Prezes, znaczy.
Czuję się trochę jak w dziwnej bajce.
Mam szefa, ale go nie mam. Jej powinno zależeć, ale zależy mnie.
Jak mnie wqoorwi, rzucę to.

Gówno prawda, nie rzucę i wcale nie ze względu na nią, niestety.


czwartek, 9 maja 2013

Do roboty...

... pokażcie jacy jesteście mądrzy.
Sprawdźcie się.
Powalczcie z jednym z zadań maturalnych z języka angielskiego.
Żeby nie było, że tylko dzieci mamy mądre i sprytne ;o)))

Rozpoczynamy egzamin.

Powodzenia!




Dopisek z 15:30 ;o)
Jesteście cykorami, jak tak sobie poczytałam komenty. Nawet nie próbowaliście walczyć, a Dzieciaki musiały ;o)
No dobrze, ten tekst był żartem. Tegoroczne teksty i zadania były podobno banalnie proste, oczywiście te podstawowe, bo z części rozszerzonej Młoda jeszcze nie wróciła.


środa, 8 maja 2013

Z maturalnego frontu

Wieści są różne.
Pierwsza jest taka, że Młoda pisze dzisiaj matmę w towarzystwie...
Gorączki i gluta do pasa.
Nic nowego, zawsze tak reagowala na stres.
Drugi news jest taki, że mieliśmy wczoraj maturalną kichę.
W poniedziałek wieczorem Młoda z szafy wyciągnęła garnitur, piękny, wyczyszczony, gotowy.
Rano założyła spodnie i... spodnie spadły.
W normalnych okolicznościach zapewne ucieszyłaby się z faktu, że jej wysiłki dają rezultaty, ale w okolicznościach stresowych jęknęła tylko:
-Nie mam spodni i co teraz?
Potem było szybkie prasowanie i... za dziesięć lat nie będzie pamiętała, że pisała z Baczyńskiego i Orzeszkowej tylko, że łapała portki w locie.

Ted jest najlepszym Ojcem na świecie.
Przez cały dzień, w poniedziałek robił wszystko, żeby Młoda nie miała czasu spanikować.
Dzień rozpoczęli od wspólnego śniadania i wyprawy do Empiku (o której nie powinnam wiedzieć, bo pojechali po prezent dla mnie), a potem robili wszystkie fajne rzeczy, które dobrze zgrany team powinien robić. Pili kawę i jedli ciastka w naszej ulubionej knajpie, jeździeli na rowerach po różnych  miejscach i razem gotowali obiad. Razem wpadli też na ciekawy pomysł, o którym chyba również nie powinnam wiedzieć, ale jakieś dziwne ingrediencje znalazłamw lodówce i spiżanrni, więc się wysypało.

Jutro angielski.
Młoda panikuje.
Ted jest w pracy do wieczora.
Dzisiaj kolej na mnie i moją inwencję. Spacery, bajery i rowery nie wchodzą w grę, gdyż glut...
Chyba zagramy z Scrabble... po angielsku ofkors ;o)

Dalej gramy dla Młodej.  

poniedziałek, 6 maja 2013

Zawsze myślałam...

... że wzorem innych rodziców stanę pod szkołą i będę czekała na Jej wyjście z egzaminu maturalnego.
Nic bardziej mylnego, to Ted poczeka.

Bez względu na to, jak pójdzie jej na maturze, dla mnie, dla nas i tych kilku osób, które zawdzięczają Jej życie, jest już Mistrzem.
Czymże jest bowiem wiedza z Lalki, Pitagorasa czy Phrasal Verbs w porównaniu do Jej umiejętność opanowania demonów i przywrócenia blasku w pustych oczach zapadającego się w nicość Przyjaciela?
Nie wiem, czy będzie dobrym psychologiem, wiem, że dzisiaj w wieku lat 19, jest psychologiem skutecznym, a reszta to jakieś pierdoły są.
Sama nie potrafi opanować emocji, ale walczy o czyjeś życie i... wygrywa.

Przed chwilą, za sprawą naszego Przyjaciela, dostała koszulkę z życzeniami powodzenia od swoich dwóch muzycznych idoli. Oszalała ze szczęścia, a potem stwierdziła:
 
'nie no teraz na pewno zdam'
 
i tej wiary będziemy się trzymać.
A teraz muza na full i gramy, żeby Młodej dobrze się jutro pisało.

środa, 1 maja 2013

Dziwnie

Dziwne były te dwa ostatnie dni, poniedziałek i wtorek.
Wstałam rano i... nie robiłam kanapek do szkoły, nie szykowałam owoców...
Nasze Dziecko skończyło szkołę.
W piątek byłam popatrzeć, jak żegnają mury Hogwartu.
W biretach i pelerynach wyglądali, jak z Gryfindoru.
Usłyszeli mnóstwo życzeń i rad na przyszłość i na już.

Jak to teraz będzie?
Bez marudzenia i codziennych opowieści.
Bez odgrywanych w kuchni scen rodzajowych, wybuchów furii i ataków śmiechu.

Przed Nią kolejny cel.
A potem następny i następny.
W radiu gra muza.
Nie wiem tylko czy dla mnie czy dla Niej...