środa, 30 października 2013

Zaopiekowana czyli prezent

- Kochanie mam dla ciebie prezent z okazji imienin- powiedział pewnego dnia Ted.
- Ale ja nie mam w tym miesiącu imienin- poinformowałam go, jakby nie wiedział.
- Wiem, ale cierpisz dzisiaj i nie zamierzam czekać do imienin, żeby coś z tym zrobić- ten argument mnie zastrzelił.
- Co to za prezent?
- Spotkanie z rehabilitantką.
- Wiesz, że nie lubię masaży...
- ...nic nie mów, zanim nie wysłuchasz- tu popłynęła opowieść, jak to jest mu źle, że męczę się i nie śpię, bo mnie boli, i że ma namiary na sprawdzoną panią, która ma podobne sukcesy w rehabilitacji, jak ja w edukacji. - Daj mi znać, kiedy będziesz gotowa, zadzwonię i cię umówię- dodał.
- Nie dostaję wyboru- fuknęłam.
- Nie, nie pytam CZY będziesz gotowa, tylko KIEDY- odparował z uśmiechem.

Bicie się z myślami, zakłócały ataki bólu, więc przegrałam.

Pierwsze spotkanie z Panią nastąpiło dzisiaj.
Było dziwnie, relaksująco, nie bolało.
Teraz... też nie boli.
Pani nie twierdziła, że naprawi mnie po jednym spotkaniu.
Umówione jesteśmy na następne.
Do imienin będę już śmigała, jak przeciąg.

Jeszcze nigdy nie dostałam takiego niesamowitego prezentu.
Nie lubię niespodzianek, ale ta zaczyna mi się podobać.

Dziękuję muzycznie.

niedziela, 27 października 2013

Leje

Zawsze mi się wydawało, że jak już popadnę w rutynę- umrę.
Ja, dusza artystyczna, zawsze potrzebowałam ruchu, zmian i wiatru we włosach, żeby funkcjonować.
Takim wiatrem przez wiele lat była Młoda.
Jej, wygłaszane o 22, hasła w stylu 'mamo, nie dam rady, pomóż'- trzymały mnie przy życiu.
Cóż, teraz Ona musi liczyć na siebie, a ja musiałam poszukać sobie nowego wiatru.
O tym najważniejszym jeszcze nie mogę... napiszę, jak zyska właściwą formę.
Tym wiatrem okazała się być rutyna, co mnie początkowo przeraziło, potem rozśmieszyło, a teraz... jest mi z tym dobrze.
Mój dzień zaczyna się od ciepłej myśli kierowanej ku Ewie, bo od Niej dostałam coś, co ma go za zadanie rozbujać- muzykę. 15 minut w słuchawkach i akumulatory zaczynają się ładować, a potem...
Nie myślałam, że do tego kiedyś dojdzie- miała być joga, ale z pewnych względów nie jest- jest zumba ;o)
Muza na full i... (co ja mam dzisiaj z tymi wielokropkami?) jedziemy z koksem. Niestety pobliski klub fitness oferuje zumbę tylko w godzinach mojej pracy, ale od czego są kumple. A szczególnie Jedna Wariatka, która miała już nieszczęście doprowadzać mnie kiedyś do porzątku. Podrzuciła mi płytkę z kilkuminutowymi sesjami i już robię trzy.
Ha! Mój kręgosłup początkowo protestował, jak wariat, ale chyba zrozumiał, że przegrał i, ku mojemu zaskoczeniu, siedzi cicho. Może dlatego, że na deser dostaje ćwiczenia McKenzie (kto ma problem z kręgosłupem, ten wie)
Potem jest śniadanie, kawa i może się dziać.
Moja godzina jest tylko moja, nawet najmojsza i teraz to ona trzyma mnie przy życiu.
Czasem, tak, jak w piątek, znowu coś się wali, ale za kilka dni się naprawi, gdyż tak postanowiłam.
A wracając do tytułu posta- niech leje, w końcu jesień jest, albo jakoś tak
Muzyczka z przesłaniem... dla wszystkich, a szczególnie dla Jednej Wioślarki ;D


piątek, 25 października 2013

Telefon na koniec dnia

- Pani Dreamu, mówiła pani Wojtkowi, że jutro możemy zamieszać w planie, bo on ma pojutrze zawody, a nie chciałby rezygnować z zajęć u pani- usłyszałam w telefonie, wczoraj wieczorem.
- Możemy. Tak jak mówiłam, zapraszam go na 17:15, a dziewczyny podskoczą nam o godzinę do góry.
- Bardzo pani dziękuję- mama na to- on tak lubi zajęcia z panią. Oprócz tego, że zajęcia są ciekawe, lubi panią zwyczajnie, jako człowieka.
- Miło mi- ja na to, lekko zmieszana, gdyż nieprzyzwyczajona do pochwał.
- Ja się pani muszę do czegoś przyznać- mowi mama ze skruchą- oni wrócili do pani Magdy na jedną godzinę w tygodniu.(cala trójka chodziła do niej, zanim mama znalazła mnie, ale pani urodziła dziecko, a mama nie chciała pozbawiać ich dopływającej z boku wiedzy), ale już nie bardzo im się tam podoba... bo mają porównanie.
- Cóż ja mogę na to powiedzieć- trzeba było jakoś zareagować- możliwe, że my, jako firma, mamy większe możliwości (albo mnie się bardziej chce- ale tego już nie powiedziałam).
- Nie wiem, możliwe, ale rozmawiałam z każdym oddzielnie i każde z nich potwierdziło, że zostają u pani. Muszę się teraz wymiksować z tamtych zajęć.
- Wymiksować? Ależ to przecież pani pieniądze i pani decyzja, komu pani płaci.

Rozmowa potem zeszła na Młodą i wybory Wojtka, ale zrobiło mi się dobrze wokół serca.
To taki skok motywacji, jakby mi się na chwilę przestało chcieć.

środa, 23 października 2013

Pod wpływem

"W zi­mie, kiedy na dworze jest mi­nus dziesięć stop­ni, wle­wam do ter­mo­su gorącą zupę i idę na mecz piłkar­ski. Dwie godzi­ny później na­dal jest zim­no jak diab­li, ale gdy ot­wieram ter­mos, w środ­ku jst go­raca zu­pa. Zgadza się? Po­tem, w środ­ku la­ta, kiedy na dworze jest plus czter­dzieści, wle­wam do te­go sa­mego ter­mo­su zimną le­moniadę. Dwie godzi­ny później, gdy umieram z gorąca, ot­wieram go i w środ­ku na­dal jest zim­na le­moniada. Mam do was py­tanie: Skąd ter­mos wie?"

- Mamuś, jutro przyjeżdża Dude i wyciąga mnie na spotkanie ze swoim ulubionym pisarzem- rzuciła wczoraj Młoda.
- I co, tak się dajesz? Przecież nie znasz gościa?- odrzuciłam zaczepnie.
- Nic nie rozumiesz, gdybym ja jej powiedziała 'idziemy na pokaz mojego ulubionego projektanta', rzuciłaby wszystko i poszłą ze mną. Mam wejściówki. Idziemy i już. O 16 odbieram ją z dworca.
- A ten gość ma jakieś nazwisko?- dociekałam, jak, nie przymierzając, matka jakaś.
- Tak, Jonathan Carroll, jest taki, jak Pratchett, tylko bardziej...
- Tak, to mówi mi wszystko ;D

Resztę powiedział mi wujek Gugel i... mam nadzieję, że Młoda na spotkaniu kupi jego najnowszą książkę (od czegoś trzeba zacząć:).Jeżeli nie, kupię ją sobie sama.
Lubię, jak ktoś za mnie zastanawia się nad tym, co mnie też nurtuje, nawet, jeżeli nie udziela mi odpowiedzi.

piątek, 18 października 2013

Dreamu (dupa nie) ogrodnik ;D

W rogu orodu moich Dziadków rosła grusza.
- Nie owocuje od kilku lat- powiedział kiedyś Dziadek przy obiedzie- trzeba ją będzie wyciąć.
- Daj mi rok- porosiła Babcia- jeżeli w przyszłym roku nie będzie owoców, wytniemy ją.
Grusza jest tam do dzisiaj. Babci i Dziadka już nie ma, a ona owocuje. Wiem to, bo nadal mieszka tam moja Ciocia.
Moja Babcia była mistrzynią świata kur domowych. Umiała wszystko. Uratować roślinkę, zrobić wino (z winogron, bo tylko taki napój alkoholowy jest winem), zrobić pasztet w gęsiej szyi, upiec najlepszy tort, przerobić marynarkę Dziadka na damski żakiet i... milion innych rzeczy. Mówiła po francusku i niemiecku. Była najcieplejszą osobą jaką kiedykolwiek znałam.

Obawiam się, że (mimo, iż nasze Dziecko i jej kumple uważają, że ja jestem mistrzynią w pieczeniu drożdżówek, robieniu pizzy i grzanek z parmezanem, umiem wszystko oraz rysować) nie mam przy Babci szans.

Nooo, rosną mi kwiaty i zioła na balkonie, roślinność w mieszkaniu i biurze, ale w tym roku dałam ciała.
Sie Tedowi zamarzyła papryka własna, ostra.
- Jak będę rbił penne, dodam świeżej- powiedział.
Zagapiłam się w styczniu czy lutym z wysianiem papryczek. W kwietniu staliśmy się dumnymi posiadaczami dwóch mini krzaczków. Zamieszkały na balkonie i... nic.
Kwiecie rosło, zioła rosły, a one nic.
Gdzieś tak w lipcu zaczęły wypuszczać nowe listki. Pod koniec sierpnia zaczęły im one... opadać. No jesień ;D
We wrześniu, kiedy zupełnie miałam je już gdzieś, zakwitły.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, kilka kwiatków zechciało uprzejmie nie opaść.
Na dworze jest już zbyt zimno, stoją więc moje papryczki przy oknie balkonowym, a szyba robi im za okienko od szklarni.
Owoce mają ;D Trzy!
Ciekawe, czy dojrzeją, czy opadną.
Warunki mają piękne. Słońce im świeci, muzyka gra...
No dupa ze mnie, nie ogrodnik.
Babciu- przepraszam ;D



środa, 16 października 2013

Lot na czarnym smoku

Generalnie nie mam problemów z opanowaniem nowych sprzętów.
Generalnie...
Jakiś czas temu, po raz czwarty oddałam do serwisu mój telefon, który, w międzyczasie, zdążyłam znienawidzić. Ileż można konfigurować telefon, żeby zaraz potem łaskawie się na mnie obrażał?
Po kilku dniach miły pan z serwisu zadzwonił z informacją, że telefon umarł, ja ja miałam chwilę, żeby odtańczyć sambę na jego grobie, ale zaraz potem dotarło do mnie, że on mi w zamian proponuje smartfona.
Cóż, i tak długo się broniłam.
Smartfon dotarł w ubiegłym tygodniu, nie miałam jednak czasu przyjrzeć mu się bliżej.
Wczoraj padł ten stary...
I nagle okazało się, że zwykłe przełożenie karty nie wystarczy bo to... inna karta jest.
Pan w salonie radośnie wydał mi nową, zapominając przy tym o informacji, że blokuje tę starą.
Na 5 minut przed rozpoczęciem zajęć sama na to wpadłam.
Kontakty kopiowałam już przy wdzięcznej pomocy ucznia.
Przełożenie karty nastąpiło szybko i...
Wszyscy uwzięli się na mnie, śląc smsy i wydzwaniając.
Poczułam się, jakbym dosiadła czarnego smoka i zupełnie nie wiedziała, gdzie to ma panel sterowania.
Smok niby gadał do mnie w języku który znam, ale jakoś tak nie ogarniałam, czego chce. I dlaczego w ogóle czegoś.
Pracę skończyłam o 20, wpadłam do domu coś zjeść i zamęczyć smoka.
W międzyczasie ostatnia uczennica (koleżanka btw) oświeciła mnie co mogę, a czego nie mogę, bo ona też tak ma... 'masz tylko dzwonki telefonu, ciche to jakieś, nie możesz skorzystać z muzy na karcie pamięci'.
Ja? Nie mogę?
No way!
Dzisiaj od rana czarny smok leży potulnie obok mnie.
Gada po polsku, dzwoni 'moimi' dzwonkami, budzi 'moim' budzikiem. Młoda dzwoni inaczej niż wszyscy, a wszyscy fajną muzą.
I kiedy na ekranie startowym pojawiły się wojownicze żółwie ninja (kiedyś dla żartu ustawione mi przez Młodą) poczułam, że to jest mój smok.

Ufff

I wiecie co? Ustawiłam sobie na ekranie głównym listę zakupów.
Już nigdy nie będzie w sklepie akcji 'Kto ma listę zakupów? Nikt, została na stole w kuchni'.
Noooo chyba, że na stole w kuchni zostanie czarny smok ;o)

piątek, 11 października 2013

Dreamu się dziwi

Dlaczego
odrobina dobrej woli budzi falę podziękowań
ruszenie tyłka z fotela budzi zachwyt
zrobienie czegoś bardziej powoduje oklaski

Dlatego
że w swoich muszlach zamknieci na sto spustów nie pamiętamy
że obok mieszka Człowiek
ze swoimi łzami bólem radościami

I nasze się ruszenie
jednym gestem drobnym jak kilka groszy
otrze te łzy
rozgoni chmury

Czy nie jest łatwiej
płakać
i śmiać się
razem?

P.S.
To jest mój komentarz to dyskusji, którą, swoją notką, kilka dni temu u siebie wywołała Emka.

Jest tylko jeden kawałek ilustrujący to, co napisałam  TADAM ;o)

środa, 9 października 2013

Studenckie opowieści part one

Wypuszczenie spod skrzydeł dziecięcia powinno być traumą dla obu stron. Tak mówi książka.
Syndrom pustego gniazda i te kurcze pe.
Dziecko zagubione w wielkim mieście, rodzic przesiadujący w pustym pokoju dziecięcia i... łzy.
- Siadasz czasem u niej w pokoju?- zapytała mnie B- bo ja siadałam.
Odpowiedź 'nie mam czasu' trochę ją zszokowała.

No nienormalni jesteśmy chyba.

Miasto przygarnęło Dziecię swoją ciepłą dłonią i ogarnia je coraz sprawniej, chociaż z racji studiów na dwóch uczelniach, czasem zdarza jej się jeszcze zapędzić w nieznane rejony. Słuchając jednak, jak rzuca nazwami, znanych nam, dzielnic uśmiechamy się szeroko.
- Moja szkoła jest najlepsza- mówi rozgorączkowana. Ma porównanie, bo mieszka z dziewczynami z innych uczelni. Wychodząc z zajęć, dzwoni i opowiada. A my słuchamy... z takimi samymi gwiazdami w oczach.

Po dwunastu latach czekania nasze dziecko znalazło się w miejscu, w którym chciało być, o którym marzyło i o które zawalczyło samo. Najważniejsze jest jednak to, że miejsce to z każdym dniem zaskakuje ją i nas, coraz bardziej i... nie zawodzi, jak poprzednie placówki edukacyjne, które, jak obiecały skuteczne i  nowatorskie metody nauczania to... obiecały.

I Młoda i my wiemy, że będzie ciężko, ale pierwszy raz w życiu widzimy, że jest o co walczyć.

Nie ma czasu na łzy. Trzeba zapier...
Damy radę, jak nie my to kto?
No i muza... która i Ją i nas bawi do łez.


poniedziałek, 7 października 2013

Bezczelny spam

Bezczelny spam jest wówczas, gdy ktoś wmawia mi, że rzecz, usługa... coś, co ma on, jest mi niezbędne do życia, za cholerę nie wiedząc kim jestem i co mnie interesuje.
Bezczelnym spamem jest poczta stwierdzająca, że potrzebuję wiagry, odchudzania, kredytu, magnezu, nowego samochodu i innych temu podobnych gadżetów.
Kiedyś pisała o tym FrauBe.
Wiem, co jest dla mnie dobre, a jak przez chwilę zgłupnę i zniewiem (uwielbiam neologizmy), to zapytam lub poproszę.
I tak się też stało, że poprosiłam.
I dostałam.
I zachwyciłam się.
I tu moja notka przestaje być spamem, bo nie twierdzę, że tego potrzebujesz. Nie wmawiam Ci tego, jak dziecko w brzuch.
Ale gdybyś kiedyś potrzebowała/ potrzebował pięknego prezentu, zrobionego na zamówienie, wyjątkowo starannie i z dbałością o Twoje zadowolenie to jest KTOŚ, kto coś takiego dla Ciebie uczyni łapmi swemi zdolnemi.
Popatrz.









Dzięki Nattu.
Zamawiałaś fotki.
Et voila ;o)

P.S.
Młoda pokochała go od pierwszego wejrzenia. Przychlasnęła do niego muffinkę, gdyż jest śliczna.

piątek, 4 października 2013

Szukam brata...

uczciwego znalazcę proszę o zwrot.
Nie mam go od jakiegoś czasu, ale ostatnio już oficjalnie.
-Pozostańmy tylko przy zdawkowych kontaktach- powiedział.
Co go tak rozjuszyło?
Po rozmowie z Tedem chyba pogadał sobie z żoną, a ta przysłała do Teda kartkę urodzinową z dopiskiem, że zawsze będziemy u nich mile widziani (pamiętacie? nie lubi nas i źle się u nas czuje i powiedziały mam to jej dzieci).
Zaraz potem były jej imieniny, Ted odbił piłeczkę. Jego dopisek brzmiał: 'zrobiłaś ten bałagan, szkoda, że nie masz go odwagi sprzątnąć osobiście'.
Mój brat dostał szału, zadzwonił i zwymyślał mnie. Proponowałam mu rozmowę z Tedem, ale nie chciał. Na koniec rzucił słuchawkę.
Well... teraz nie mam brata i problem, bo tam jest moja Mama.

I kiedy już myślałam, że większość ludzkości to kretyni przeczytałam notkę jednej z Dziewczyn.
Zrobiło mi się ciepło wokół serca.
I wiem, że są jeszcze normalni ludzie, z sercem we właściwym miejscu.
Mówiący 'dziękuję' za drobiazg.
Uśmiechający się tak, że wieczór na północy mi się rozświetlił, po usłyszeniu głosu w telefonie.

Nie będę walczyła tam, gdzie mnie nie chcą.
Bo są takie miejsca, gdzie jednak chcą.

środa, 2 października 2013

... i żyli długo i szczęśliwie

Na czerwonym świetle, przy przejściu dla pieszych, stoi para. Starsi państwo.
Już z daleka widać, że pan gorączkowo o czymś rozprawia.
Podchodzę bliżej i słyszę:
- Ile można czekać na zielone światło? Co za idiota organizował ruch w tym mieście?
Patrzy na trzymaną w dłoni gazetę:
- A ci to się tylko gżą za nasze pieniądze.
Dysktetnie rzucam okiem na prasę: Fakt.
Zerkam na panią, stoi ze spuszczoną głową, pół kroku za mężem. Nie uspokaja, nie łagodzi...
Pan pospiesznie przerzuca strony i wykrzykuje jeszcze:
- O! I znowu papierosy podrożeją!

Ruszamy, bo w międzyczasie idiota ustalił jednak, że czasem zapali się światło zielone.
Ostatni raz spoglądam na panią. Tym razem patrzy mi w twarz. W jej oczach widzę bezsilność.
- Chodź, zobaczymy, jak wygląda ten nowy sklep- rzuca za siebie jej mąż.

I tak sobie myślę, że nikt z nas nie zasłużył na takie 'długo i szczęśliwie', bo szczęśliwie dla kogo?
Nachodzi mnie jeszcze pytanie, dlaczego pani nie wepchnie panu tej ambitnej prasy w gardło i nie pójdzie na spacer, do kina, do kościoła, na wykłady uniwersytetu III-go wieku, gdziekolwiek, byle bez niego?

I tylko mam nadzieję, że Ted nigdy nie zacznie czytać Faktu.
Muzyka, jakże adekwatna.