piątek, 22 sierpnia 2014

Kiedyś...

Kiedyś będzie tu spokojnie.
Nie będzie presji czasu.
Nie będzie presji w ogóle.
Bez szaleństwa.
Bez stresu.
Bez gonitwy.
Myśli też.

Teraz jest jakiś rollercoaster.
Zapier... taki, że nie ma czasu załadować.
Jędziemy zaraz na chwilę, ale to nie będzie urlop.
Kuźwa, chciałabym się wyspać.
Usiąść na dupie i zachwycić zachodem słońca.
Albo inną tęczą.
I do tego jesień idzie, gdyż nagle zrobiło się zmino.

A moje buty plażowe stoją w kącie... niepocieszone.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Sen

Śniła mi się dzisiaj Mama.
Pierwszy raz.
Stała na balkonie naszego mieszkania, w którym spędziłam całe swoje życie, zanim nie zamieszkałam sama.
Było ciemno, a Mamę oświetlało tylko światło zza placów, z pokoju.
Nie widziałam Jej twarzy.
Po podwórku, pod balkonem, biegał mój pies (nigdy nie biegał sam, był zbyt duży).
Piękna mieszanka wyżła z wilczurem.
Bosman zobaczył mnie i ruszył, żeby się przywitać.
Za nim, z ciemności, ruszył jakiś drugi pies.
Większy.
Nie boję się psów, ale tego nie znałam, więc nie czułam się komfortowo.
Mama zaczęła mówić do niego coś w stylu 'to jest Dreamu, nie ruszaj'.
Pies podbiegł i popatrzył mi w oczy, miał 'roześmiany wzrok' (kto ma psa, wie, o czym piszę), wiedziałam, że nie ma złych zamiarów.
Nadstawił głowę do pogłaskania.
Z drugiej strony łepetynę nadstawił Bubu.
Zaczęłam je oba tarmosić.

Obudziłam się uśmiechnięta.
Nie potrafię odczytywać snów.
Szkoda.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Mam dar??? ;DDD

Mój blog stał się megapopularny.
Tak megapopularny, że nie mogę się opędzić przed codzienną dawką kretyńskich komentarzy w języku, co to go znam i lubię, ale niekoniecznie mam potrzebę posługiwać się nim na blogu.
Bardzo dyplomatyczne są to komentarze.
Sprawiające wrażenie, że anonim przeczytał i zrozumiał.
Tu cytat: This page definitely has all the information I needed concerning this subject
and didn't know who to ask.*
Odpowiedziałam na pytania anonima, i uratowałam mu życie, bo go nękały i nie wiedział biedak, kogo zapytać.
Przyszedł do Dreama, a Dream odpowiedziała.
Po polsku!
I zrozumiał.
I poszedł doinformowany i szczęśliwy.
Zacznę wierzyć w swój geniusz, albo cóś.
Mam dar.
Potrafię poinformować każdego i o wszystkim.
Idę pławić się w zachwycie.

P.S.
Zapomniałam dodać jeszcze jedno:
Drogi Anonimie, szkoda Twojego czasu na zostawianie tu codziennej dawki spamu. On się zwyczajnie nie opublikuje. Wiem, że zrozumiałeś, bo przecież rozumiesz wszystko.
P.S. 2
Desper, nie dam znać, bo nie będę miała... dosyć ;)))


* ta strona zdecydowanie zawiera wszystkie informacje, dotyczące tego tematu, których potrzebowałem/łam, a nie wiedziałem/łam, kogo zapytać.

Taka MUZA mi się okazyjnie przyplątała ;)))




wtorek, 12 sierpnia 2014

Nie było mnie przez chwilę gdyż...

... miałam Gości.
Gości przez duże G, ponieważ przyjemność była obopólna.
Mimo zawirowań poprzednich.
Oraz pogodowych.
Sterczenie w szóstkę, pod trzydziestocentymetrowym zadaszeniem, z jedną parasolką, podczas, gdy przed nami łamały się drzewa, a z nieba leciała woda z kostkami lodu (tylko o whisky ktoś zapomniał), zaowocowało głupawką.
Do domu wróciliśmy w siódemkę, jednym samochodem osobowym, jako, że Ted właśnie wracał z pracy.
Niektórym (Młoda) spełniło się marzenie- podróż w bagażniku (no dobra, auto jest kombi)
W ciemnym domu, gdyż prąd też dał się nabrać wodzie z lodem, zapadła decyzja o Kalamburach.
Pierwsza edycja była prościzną.
W następnych dniach przeszliśmy na level expert.
Młoda wygrała pokazując przysłowie 'jeszcze przyjdą takie mrozy, że przymarznie cap do kozy' i... zgadliśmy.
Swoją drogą, skąd one wytrzasnęły niektóre przysłowia- pojęcia nie mam.
Ted po mistrzowsku pokazał 'Seksmisję', moja Bratowa 'Love Story', a mój Braciszek popędzał, jak kucyk w krainie tęczy, tyle, że bez głowy.
A ja musiałam być Abrahamem Lincolnem, Krzysztofem Kolumbem i pokazać, że gram na (!!!) waltorni.
Kuźwa! Zgadywali... śmy ;)
Teraz Goście pojechali dalej, a ja odrabiam zaległości w pracach domowych i... szykuję się na następnych.
Gości znaczy.
I ciągle mam nadzieję, że odpocznę przed pierwszym śniegiem, bo dziwnym zrządzeniem losu, roboty mam huk i trochę (moja Babcia Ania mawiała, że robota lubi głupiego... powinnam się chyba martwić).
Generalnie dzieje się dużo i dobrze.
A ma być jeszcze lepiej.
Oraz uśmiechajcie się, no matter what.


Gdyż kiedy Wy się uśmiechacie do świata, świat uśmiecha się do Was.
Wszystkiego miłego, cokolwiek teraz robicie.

piątek, 1 sierpnia 2014

Simple story

Kiedy dzisiaj ucichło radio i zawyły syreny, prozaicznie kisiłam ogórki.
Przebiegł mnie dreszcz jednakowoż.
I przypomnieli mi się Ludzie, których poznałam dawno temu.
Pani Ala i Pan Tomasz.
Pani Ala leżała w jednej sali z moją Mamą, na oddziale neurochirurgii, na Przybyszewskiego w Poznaniu.
Była po udarze.
Miała problemy z mówieniem.
Nie mogła się wysłowić i wówczas obie, z moją Mamą, wybuchały  śmiechem.
Po operacji, moja Mama też miała podobny problem.
Śmiechom nie było końca.
Pewnego dnia, siedząc na łóżku Mamy, byłam świadkiem, jednej z piękniejszych scen:
Do sali wszedł Pan Tomasz.
W garniturze.
Z bukietem róż.
Pani Ala, nie mogąc nic powiedzieć, uniosła tylko dłonie do twarzy i zalała się łzami.
Kiedy już bukiet trafił do właścicielki i obeschły łzy... nasze też, bo jakoś tak wzruszyliśmy się zbiorowo (co dla mnie było osobistym szokiem, gdyż będąc dzielną czternastolatką, nie ulegałam 'takim' emocjom), Pan Tomasz opowiedział nam, że pobrali się w czasie Powstania Warszawskiego. Byli prawie dziećmi, ale chcieli walczyć i ginąć wiedząc, że należą do siebie. Nie obchodzili rocznicy ślubu w dniu, kiedy on nastąpił, ale w dniu 1 sierpnia. Pani Ala zawsze dostawała bukiet róż, za to, że w tym najważniejszym dniu Pan Tomek nie miał dla niej nawet stokrotki.

Jeżeli żyją, Pani Ala dostała dzisiaj kwiaty.
Jeżeli nie, mam nadzieję, że ktoś pamiętał o różach na grobie.
Jeżeli zaś nikt... pamiętała cała Polska.
I... mnie się przypomniało.
I taka muza, pod jakże znaczącym tytułem, choć zupełnie niepatriotyczna, mi się przyplątała.