niedziela, 30 listopada 2014

Ostatnio

Się jadło słodkości w ilości 'za dużo'.
Się piło grzane wino.
Się grało w karty po nocach.
Się gadało głupoty, prawie do rana
Się... miało Gości.
Albo... domowników we właściwej ilości.
Przyjechały Dzieci.

Się już tęskni znowu.

Idę zrobić wieniec adwentowy.
Dzisiaj zapalimy świecę numer jeden.
Czas się brać za kartki dla Nieboraczków.

Taką muzę sobie zagram, bez sensu, ale ładnie.

czwartek, 20 listopada 2014

Ktoś nam kur... coś kradnie

Już pierwszego listopada, usłyszałam w tv, jak stado baranów ryczy coś na kształt 'Przybieżeli do Betlejem' ganiając wokół jednego, znanego, hollywoodzkiego aktora tylko tekst był jakiś o skarpetach.
W tle reklamy banku, który wypłaci mi kasę, żeby moje święta były słodkie, nawet jeżeli mnie nie stać, słychać tradycyjną, amerykańską kolendę 'Hark the herald angels sing'.
Jednego polskiego aktora, odzianego w kubraczek czerwonego krasnala, w reklamie telewizji z telefonią i internetią piją rajty.
Inny dał się zapakować do kartonu.
Sklepy krzyczą bombkami i girlandami, aniołami i jingle bellsami.
Wszędzie unoszą się aromaty pierniczków i wibrują dźwięki zarezerwowane na bardzo specjalną okazję.

Jeżeli jeszcze nie zrobiłaś/łeś zakupów świątecznych czuj się przegrany, mówią wszystkie znaki na niebie i ziemi!
Jesteś spóźniona/y!
Jak tak można!

Kurwa! Jest połowa listopada!
Jeszcze nie było nawet moich imienin!

Ktoś, całe stado ktosi, próbuje spier... spieprzyć nam wszystkim radość z oczekiwania.
Pamiętacie, jak to było kiedyś?
Zaczynaliśmy się ekscytować świętami około szóstego grudnia.
Potem ruszały przygotowania.
Gorączkowe zakupy.
Knucie co komu kupić.
Gdzie schować.
Choinka stawała w moim domu w Wigilię, ewentualnie dzień przed.
Do kolacji był zakaz zapalania lampek.
Wszystko naraz rozbłyskiwało i rozbrzmiewało wraz z zapłonięciem świec na wigilijnym stole.

Teraz dwudziestego czwartego grudnia rzygamy już bombkami, brokatem, last christmas i... tęczą.

Oświadczam stanowczo panie i panowie spece od wmawiania nam choinki w brzuch, że przygotowania do świąt w moim domu rozpoczną się szóstego grudnia i ani Kevin Spacey, ani Paweł Wilczak, ani Robert Makłowicz tego nie zmienią.

Uwielbiam święta i nie obrzydzicie mi tego!!!

sobota, 15 listopada 2014

Śmiesznie nie jest

Jak nie urok to... przemarsz wojsk, albo dodajcie sobie to, co mawiały Wasze Babcie.
Ted złapał jelitówkę.
Taką z przytupem i gorączką.
A, że ja zasysam z otoczenia wszystkie wirusy, jak glonojad jakiś, to...
Nie wiem, na czym to polega.
Ona mnie tylko osłabiła.
Nie powoduje, żadnych drastycznych sensacji.
Mam jedynie skurczowe bóle żołądka, co skutecznie odstrasza mnie od wszelakiego rodzaju konsumpcji.
Zeżarłam antybioryk, ale wcale się sobie nie pododbam.
Bywało lepiej znaczy.
Siedzę zatem z mor... twarzą w inhalatorze i wdycham.
Olejek rozmarynowy, paczulowy i herbaciany.
Herbaciany tak cuchnie, że czuję się jakbym siedziała z twarzą w puszce pasty do butów.
Jeżeli nie padnę, nie dam sobie wcisnąć kolejnego... eeeee, antybiotyku.

Przepraszam, odwiedzam Was, ale na zostawienie inteligentnego komentu nie mam już sił.
Marzę o umyciu głowy, pójściu na spacer i rozpoczęciu dnia bez spotkania z garścią lekarstw

Jest taki plan, żeby było lepiej.
Może nawet jutro.
Ale jeszcze dzisiaj zaszyję się pod kocykiem.

Tych, którym coś obiecałam, upraszam o cierpliwość.
Zaraz się ogarnę.

środa, 12 listopada 2014

Ojojoj

No to jesteśmy chorzy w duecie.
Ja nie mogę wychodzić z domu.
Ted nie może jeść i pić.
Jest i dobra wiadomość.
Udało mi się to:




Pojechało do Młodej.
Już ją ogrzewa.

Moja Babcia mawiała zawsze, że święty Marcin na siwym koniu przyjeżdża.
No, to zdążyłam.
Innych dobrych wieści brak, bo muszę iść do pracy, a czuję się wręcz przeciwnie.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Nowy tydzień, nowy plan

Jak wiemy z poprzedniej notki, plany musiały się zweryfikować.
I się... zweryfikowały.
Teraz siedzę w pracy i staram się trzymać pion.
A chłopaki poziom.
Piszą sprawdzian z trzech czasów.
Walczą.
Potem wpada nasz były uczeń, na plotki, i wziąć kilka drobiazgów dla Młodej, bo Ona utknęła przy dekonstrukcji koszul.
Tak btw będę miała do Was prośbę, ale to w oddzielnej notce i w imieniu Młodych Projektantów.

Następnie w planie jest kino... domowe, gdyż ja nie wychodzę z domu.
Idąc do pracy, jak niektórzy wią, nie wyszłam z domu ;)
Lecimy po polskich zaległościach, które nam umknęły z racji pracy.
Jak znudzi nam się kino wyzwę Teda na pojedynek.
W Scrabble, po angielsku (polskiej wersji nie posiadamy), albo w Świnki.
Stan mojego umysłu podpowiada, żeby nie były to jednak Scrabble, bo losowość Świnek wynosi 100%, co daje mi jednak szansę na wygraną. Chociaż z drugiej strony pamiętam, że chciałam kiedyś dwie boguduchawinne świnie utopić w toalecie ;)))

Sprytne upieczenie mięcha i ciasta oraz chleba zwalnia mnie z obowiązków kurzodomowych.
W międzyczasie dziergam dla Młodej chustę, gdyż poprzednią zajeździła (no dobrze, słaba była to włóczka- tym razem idziemy w alpakę).

Antybiotyk sobie działa.
Jest dobrze.

A,  i tesciowa wczoraj zadzwoniła, że upiekła murzy... afroamerykaninka i nas zaprasza.
Z bólem serca musiałam podziękować, bo samo ciacho uwielbiam, ale jednak nie zaryzykuję wyjścia z domu.

Macham Wam radośnie, gdyż zaraz zaczynam długi środektygodnia ;)

sobota, 8 listopada 2014

Długi weekend

Plany były, a jakże.
Kino miało być.
Kolacja z winem i z Tedem, i z Miśkiem.
Bo Misiek urodziny miał.
I drożdżowe z jabłkiem miało się upiec.

I miała być wyprawa do jednego Schloss (cokolwiek to znaczy).
I włóczenie się po jesiennym parku, i kawa, i ciastko w zamkowej kafejce.
Gdyby Ted dostał jeszcze dzień wolnego ( a była taka szansa), może nawet zjedlibyśmy rogala.
Marcińskiego.
U źródeł.

A fakty są takie, że:
Ledwie dzisiaj (tak, sobota!) dociągnęłam do końca zajęć
Teraz mam gorączkę.
Oraz mam kurwa zapalenie zatok.
Posypała mi się śluzówka i do całej gamy doznań, mam jeszcze krwotoki z nosa.
Zamiast ciasteczka w tym tam Schloss, wpierdalam tabletki w hurcie.
I muszę wykurować się na  poniedziałek, gdyż w moim grafiku nie istnieje pojęcie długi weekend.

Ale Wy się bawcie
Może nawet trochę za mnie.
A ja sobie pojęczę... muzycznie. 




czwartek, 6 listopada 2014

Awantura o jedno s

... czyli zaczynam kląć na zajęciach.
Wczoraj- grupa gimnazjalistów z klasy pierwszej.
Zostało nam 10 minut lekcji.
Wszystko zrobione, można się pobawić.
Pierwsza myśl- wisielec.
Podchodzi do tablicy Werka.
Duuuużo kresek, będzie ciężko.
Bardzo.
Werka w nowej szkole trafiła na mojego ulubionego anglistę z pobliskiego gimnazjum.
Facet pięknie buduje słownictwo.
Na orkiestrze dętej (marching band) padli wszyscy (ja nie gram:)
Do tablicy podchodzi Agata.
Niepewnie stawia kreski.
W tym samym gimnazjum uczy ją 'moja idolka', pani, która uczyła niemieckiego, za czasów naszej Młodej.
Teraz zanglistyczniała.
Niech jej Bóg wybaczy.
Agata nie jest pewna więc sprawdza pisownię, ze mną.
Na tablicy są kreski do hasła sometime (kiedyś).
- Fajne, gramy- ja jej na to, ale potem przychodzi refleksja- A co to znaczy?- pytam zaczepnie.
- No jak to co?- dziwi się, że nie wiem- Czasami.
Do jej hasła na kartce dopisuję s- sometimes.
- Aguś, czasu Present Simple i przysłówków częstotliwości uczyliśmy się w czwartej klasie- przypominam uprzejmie.
- No tak, ale ja je wszystkie zapomniałam, a teraz robimy powtórzenie w szkole i pani podała nam bez s.
Kurwaaaaaaaa!
Opadły mi ręce.
Już widać przepaść między tymi do Pana i tymi od pani (wielka litera użyta świadomie).
Co będzie w trzeciej klasie? Nie wiem.
Ja ich mam tylko na dwie godziny w tygodniu.
W szkole pani demoluje ich przez następne cztery.
Mogę nie nadążyć z prostowaniem.
Część moich uczniów, to jej olimpijczycy.
Jestem z nich oczywiście dumna, ale też nieźle wkurzona, że jedzie na mojej pracy i kasie ich rodziców, ograniczając się w przygotowaniach do podania zakresu materiału do kolejnego etapu.
W tym roku nakazałam jednej z dziewczyn spieprzyć selekcję szkolną, żeby miała spokój w toku przygotowań do testu gimbazjalnego (tak napisałam przez B ;)

Przez ostatnie dwa tygodnie zapoznałam się z trzema milionami wirusów, które przynieśli mi uczniowie.
Wczoraj dopadły mnie wszystkie jednocześnie.
Padły mi odruchy obronne, gdyż takich kwiatków od pani jest mnóstwo, i mi się przelało.


Przepraszam.

wtorek, 4 listopada 2014

Łatka

- Ale się działo- wparowała wczoraj na zajęcia roześmiana Łucja.
- Co narozrabiałaś?- zapytałam patrząc na jej wyraźnie zadowoloną buźkę.
- No bo w piątek na ostatniej lekcji pani J. mnie wkurzyła.
- Jesoo, narozrabiałaś na ostatniej lekcji przed weekendem?
- Bo proszę pani ile można? Kolejny raz usłyszeliśmy, że jesteśmy debilami, czeka na nas zakład zieleni miejskiej, albo oczyszczania miasta, do niczego nie dojdziemy i jesteśmy zbieraniną bez przyszłości.
- Co jej powiedziałaś?- zapytałam pełna najgorszych obaw.
- Że to, że jest stara i zgorzkniała, bo jej w życiu nie wyszło (jest starą singielką, żeby nie powiedzieć panną- przypisek autora ;) i to, że jej nie wyszło wcale nie znaczy, że nie wyjdzie nam.
- O matko, Łatka, nie powiedziałaś tego!
- Powiedziałam!- wykrzyknęła radośnie- Cała klasa ryknęła śmiechem, a ja wylądowałam u szkolnego pedagoga.
- Pani pedagog była jeszcze w szkole?- zadziwiłam się okrutnie.
- O tak. Musiałam jej wszystko opowiedzieć. Nie wytrzymała i zaczęła się śmiać, po czym zadzwoniła po wychowawczynię.
- Wychowoawczyni nie była zapewne szczęśliwa.
- No nie, bo ona się z panią J. trochę koleguje.
- Powiesz jakie były konsekwencje.
- Nagana wychowawcy, szlaban do trzeciego pokolenia na wszystko od rodziców, bo przecież zadzwoniła do mamy i zakapowała, ale były też inne, milsze.
- Klasa nagrodziła cię orderem z ziemniaka- próbowałam zgadnąć.
- Nie, ale jak wyszłam od pani pedagog, wszyscy na mnie czekali i nagrodzili brawami, a w sobotę na moją cześć odbyło się ognisko w ogrodzie jednego z kolegów. Wszyscy przyszli, było super.
- I co? Warto było dziamgać?- zapytałam, znając odpowiedź.
- No jasne, że tak!

Zupełnie się nie dziwię Łucji, bo ile można jechać na motywacji negatywnej? Sama pamiętam jeszcze pewnien zimowy poranek Młodej, w trzeciej klasie liceum.
- Kochanie, wstawaj, bo się spóźnisz do szkoły- to ja.
- Mamuniu- Młoda w półśnie- mogę tam nie iść? Oni mi powiedzą, że jestem debilem i nie zdam matury, a ja już to wiem, słyszałam to milion razy.

Kuźwa, jeszcze tylko niedobitki potrafią edukować?

niedziela, 2 listopada 2014

Nie będzie już imienin

Przyschnięte bandaże zerwał listopadowy wiatr.
Zerwał jakoś tak zaskakująco boleśnie.
Przecież tydzień temu tam byłam.
Sprzątałam liście żółtymi, dziecinnymi grabkami.
Wycierałam tablicę mokrymi chusteczkami, śmiejąc się ze spontanicznej akcji.

A wczoraj dotarło ze zdwojoną siłą.
Nie będzie już jazdy na wariata przez złote lasy.
Na imieniny.
Będzie świeczka na grobie...

Dobrze, że wczoraj był ten obiad.
Był, co spowodowało, że na chwilę uwolnił mnie od uwierającego bandażu.
Gdzie ja go kurwa mam, że tak zabolało?
 
I ze zdziwieniem stwierdzam, że wcześniej ten ból chciałam uśmierzyć.
Teraz chcę go zatrzymać.
Żeby pamiętać.

A Ty śpij spokojnie