środa, 29 kwietnia 2015

Retrospektywnie/ Filozoficznie albo jakoś tak

W sobotę braliśmy udział w uroczystości Chrztu jednego małego Człowieka.
Człowiek ma osiem miesięcy, pozytywny stosunek do świata, a wodę lejącą się po Jego czole powitał z ciekawością, patrząc dokąd popłynęła, po spotkaniu z Nim samym.
Dumnie siedząc w foteliku i biorąc czynny udział w uroczystym obiedzie, przemawiał do zebranej, za Jego przyczyną, ludzkości ku uciesze tejże oraz Jego samego.
Nikt z nas jeszcze nie wie, jaki będzie, jaki dostał talent. Czy będzie dla mamy pociechą, czy utrapieniem.
Białe kartki przed nim do zapisania jeszcze.
W niedzielę na łeb, na szyję przemieszczaliśmy się w celu kolejnej, ważnej dla nas uroczystości.
Dwadzieścia jeden lat temu to Ona stała u takiego samego progu, jak Młody Człowieczek. Wody płynącej po Jej czole nie powitała z ciekawością. Przespała sprawę. Wtedy też nie wiedzieliśmy czy, i jaki, dostanie talent. Czy będzie utrapieniem, czy pociechą.
Fakt, że jechaliśmy z bukietem róż, jest odpowiedzią, jak sądzę.
Mamy dorosłą Córeczkę, ale na nasz widok rozpłakała się na środku knajpy, do której została doprowadzona podstępem.
Jeszcze wszystko przed Nią, ale patrząc na wybory, których dokonuje, wiemy, że zrobiliśmy dobrą robotę. Reszta należy do Niej i zależy od Niej. Talentów dostała pełną garść... nie wiem, czy to tylko nasza zasługa.

Przypomniała mi się muzyka, związana z Jej narodzinami.
Dostałam płytę, bo nie mogłam pojechać na koncert.
I ten znamienny tytuł jednego z utworów 'High Hopes'.
Nie wiem, czy mieliśmy.
Dzisiaj wiem, że mieliśmy prawo mieć.

Mam nadzieję, że Młody będzie chociaż odrobinkę tak niezwykły, jak Ona- i tego życzę Jego mamie.




poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Z mordą w inhalatorze

No samotna, kuźwa nie jestem.
To coś przyplątało się tydzień temu.
Zaczęło się bólem gardła.
Niby nic, ale zaraz potem przyszedł ucisk w zatokach, ale taki rasowy.
Zatkało mi uszy i pojawiło się coś, czego panicznie boję się od zawsze.
Ból ucha.

Haha, w sobotę muszę być w jednym dużym mieście.
Muszę.

Co zrobić, żeby to gówno się ode mnie odczepiło?
Wzięłam grzecznie wszystkie leki.
Ucisk w uszach i zatokach nie odpuszcza
Chrypa rozwala mi gardło.
Obstawiam, że powinnam milczeć, ale kurwa jaktotak?
Nie mówić? Wew pracy?
Wytaczam najcięższe działa.
Inhalator chodzi na pełen etat.
'Płukanie olejem z czymśtam odczyniam
I czekam.

Kurwa na poprawę czekam.
A ona, leniwa franca jedna, nie nadchodzi.
Chcę już normalnie mówić.
Chcę normalnie spać.
Nie chcę, żeby mój własny glut wybijał mi zęby.

No, tyle w temacie 'koncert życzeń'.
Pozdrawiam szeptem seksownem.

Papa.


piątek, 10 kwietnia 2015

Kiedyś to ja miałam fantazję

 czyli znalezione na starym blogu.

Kolejna potrzeba znalezienia w sobie kogoś...

... no bo mamy już potrzebę znalezienia w sobie dziecka. Co jest zupełnie fajne, a najbardziej potrzebne, jak nas życie pogania, jak stado gęsi i jeszcze w dupę kopie.
Powinniśmy też czasem umieć znaleźć w sobie lenia, chociaż śladowego i od czasu do czasu. Trzeba się umieć lenić, żeby potem mieć przyjemność z pracy.
Fajnie też jest znaleźć w sobie odkrywcę. Poznać siebie i rozkminić otoczenie psychologicznie, a najfajniej jest zostać odkrywcą na urlopie i odkrywać knajpy na Rodos.
Tak sobie zmierzam do kolejnego odkrycia, i jest ono najbardziej odkrywcze z odkryć.
Czy my potrafimy się śmiać?
Tak do łez, do bólu brzucha i błagania, żeby już zamknęli się wszyscy, którzy nam To zrobili?
Niektórzy oczywiście potrafią sami, inni dają się sprowokować, a jeszcze innych jest mi żal. Bo kiedy całe towarzystwo zarykuje się ze śmiechu radośnie posmarkanie, oni muszą na to patrzeć. I nic.
Potrafię rozwalić Młodą.
Ona też mnie potrafi.
Tylko Ona śmieje się na skinienie palcem.
Ja, teoretycznie, nie powinnam.
Ale już jakiś czas temu zauważyłam, że mi zostało...
Z czasów beztroskich.
To jest taka specyficzna umiejętność.
Umiejętność znalezienia w sobie wewnętrznego przygłupa.
Pamiętam, kiedyś ( miałam jakiś dziesięć, dwanaście lat ) spotkałyśmy na ulicy przyjaciółkę mojej Mamy, której właśnie zmarł ojciec. Panie chwilę porozmawiały poważnie, a potem dostały takiego ataku śmiechu, że było mi za nie wstyd. Już w domu, wyrzucając Mamie nieodpowiednie zachowanie i brak szacunku dla zmarłego ( znałam go ), usłyszałam od Niej, że dla przyjaciółki nie mogła zrobić nic lepszego, jak dać jej chwilę zdrowego śmiechu.
Twój wewnętrzny przygłup może działa i ma się świetnie. To dobrze.
A może śpi i trzeba go tylko obudzić łaskotkami.
Ale jeżeli milczy, to niestety znaczy, że uciekł... bo było mu nudno. Wyjdź zatem na ulicę i znajdź nowego, albo na początek zadawaj się z kimś, kto swojego regularnie karmi.
W sobotę pierwszy raz wyszłyśmy na spacer po chorobie.
 Pisałam Wam, że jesteśmy chore? Nasz przygłup na szczęście nie choruje na grypę, ale spacer mu się podobał.
W piątek za to, znudzona nicnierobieniem grypowym,  wpadłam do salonu i oświadczyłam:
- Dzisiaj upiekę bułki drożdżowe!
Młoda podniosła głowę znad Mistrza i Margolci i zapytała:
- To groźba?

A Ty czym smacznym nakarmiłeś ostatnio swojego?

Dzisiaj, kilka lat po napisaniu powyższego tekstu, nakarmiłam swojego owsianką. Niech ma, przygłup :D


wtorek, 7 kwietnia 2015

Kto to wymyślił, żeby tak jeść i jeść?

Nie jestem przyzwyczajona do jedzenia.
Jem, bo muszę mieć siłę do pracy.
Nie grozi mi podjadanie, gdyż w pracy mogę sobie ewentualnie zrobić herbatę.
Aż tu nagle, w Wielki Piątek wparowałam do kuchni i wyszłam z niej w Wielką Sobotę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Dzięki pomocy Młodej i Teda nie musiałam się wyczołgać, czyli opuściłam kuchnię o własnych siłach.
Młoda zrobiła pisanki.
Muszę się pochwalić, że z roku na rok, stają się one coraz piękniejsze.
- Co robisz?- zapytałam w sobotę, widząc, że Młoda coś rysuje.
- Nie mogę się skupić- odpowiedziała- robię projekt na kartce, zaraz go przeniosę na jajko.
No Projektant mi rośnie ;)
Zjedzenie śniadania wielkanocnego było jeszcze znośne. Ciasto po spacerze weszło z kawą, ale potem trzeba było zjeść obiad, bo nie po to faszerowałam te kaczki od cioteczki, żeby ich nie spróbować. Ciężko było, oraz w ilościach śladowych i nawet wino nie bardzo pomogło.
W poniedziałek byłam gotowa odwołać śniadanie, a obiad zjeść na kolację, ale się nie dało, bo miałam gości.
Dzisiejsze śniadane zjadłam już za karę.
Obiad o 16:30, bo Ted jechał do pracy na 17:00, a kolacji... NIE BĘDZIE :)

Jutro zacznę jeść normalnie.
9:00 śniadanie, 16 obiad 20:15 kolacja.
W międzyczanie napiję się zielonej herbatki, albo yerba mate.
Następne święta dopiero w grudniu.
Hurrrraaaaaa!
Oraz przepraszam, że nie odezwałam się i nie odpowiedziałam na komentarze i życzenia.
Real mnie wciągnął z butami, ale mam nadzieję, że Wasze święta były piękne, jako i moje były :D

Dzisiaj jest pierwszy powszedni dzień od niepamiętamjakdawno, kiedy nic nie muszę.
Jest bossssko :D



czwartek, 2 kwietnia 2015

Wielkość wielkości nierówna

czyli Wielki Czwartek.
Im bliżej końca tej wielkości, tym bardziej padam na twarz, a jeszcze nic nie zrobiłam.
Ciocia wpadła dzisiaj i radośnie zakrzyknęła: 'przyniosłam ci kaczki'.
Podziękowałam, tak raczej przez ramię, gdyż właśnie szłam do pracy.
Czy to nie powinno być tak, że może one powinny być już upieczone?- pyta, retorycznie, moje skołatane serce.
Nie, kurwa, przecież u mnie rzeczy dzieją się same.
Same zrobią się piękne pisanki 'bo ty zawsze robisz takie misterne'.
I te przysmaki...serniki, mazurki, patrzę i mam normalnie.
Bunt się we mnie rodzi, że znowu to ja ciągnę ten cały burdel.
Można się dołożyć z pomocą, zwłaszcza, że się nie ma żadnych obowiązków i się siedzi w domu i snuje teorie spiskowe.
No ale przecież ja robię wszystko najlepiej.
Też chciałabym kupić kaczkę i z surową wjebać się komuś na święta, (przepraszam, to my je zaprosiliśmy, ale kiedyś wszystko przygotowywaliśmy RAZEM).
Tyle, że nigdy nie przyszłoby mi to do głowy.

OK, Desper, pozwoliłeś mi na wyrzyg. Nie czepiaj się więc, pliiiiz.

Jutro będzie spokojniej.
NIE IDĘ DO PRACY.

Hej ho, idą białe święta.

środa, 1 kwietnia 2015

Środa...

wielkością równa poprzedniczkom.
Ale jakby inna, weselsza.
Gdyż wieje, ale zaczęło świecić.
Dzieciaki były dzisiaj w pysznych nastrojach albowiem był to ostatni dzień w szkole, przed świętami.
Oraz Prima Aprilis pozwolił jednak na pewien luz.
A to sprzedali dorbne kłamstewko, że ktoś kolegę pobił.
A to, że koleżanki szarpią się przed klasą za owłosienie.
I że pan dyrektor prosi panią do sekretariatu.

Do mnie wpadli szóstoklasiści w nastrojach, jak wyżej.
Bo test był 'spoko' i dali radę.
Po czym jeden wrócił, ze starszą siostrą.
- Ja mam chyba 40 na 40, proszę pani- oznajmił ze skromnym z uśmiechem.
- Wkręcasz mnie- orzekłam.
- Nie, właśnie sprawdziłem wyniki na necie.

Nadal nie mam twarogu na sernik.
Nie wiem, czy dziewczyny kupiły kaczki oraz muszę kupić udka do nafaszerowania.
Jutro w standardzie idę do pracy, dla odmiany, od rana.

Hej, ho idą święta.