czwartek, 11 lutego 2016

Surprise, surprise...

Między Tedowym  Krakowem, Warszawą i Gdynią próbujemy normalnie żyć.
Tak normalnie, jak tylko można.
Przez tak szaleńcze tempo ktoś lub coś musi ucierpieć.
Te wyjazdy są jednak na tyle ważne, że jesteśmy w stanie zaakceptować wszelkie chwilowe niedogodności.
Jak bomba do domu wpadła Młoda.
Trzeba zrobić całe mnóstwo rzeczy.
Kupić kilka nowych ciuchów.
Przeorganizować odżywianie.
Zrobić nowe okulary.
Odpocząć.
Aż tu nagle...

Mamy zaszczyt zaprosić Panią/ Pannę (tu imiona i nazwisko) na romantyczną, walentynkową kolację w restauracji (tu jakieś dziwne znaczki i pięć gwiazdek) w dniu 14 lutego o godzinie 19:00- wszystko to w trzech językach. Martwię się, bo jednego z nich nie znam, może w nim właśnie obwieszczają mi, że potem będę musiała odrobić posiłek na zmywaku.

Nie myślałam, że mamy tyle czasu, że możemy przestać pędzić.
Ted się tylko śmieje...
Tak, zaskoczył mnie.
Bardzo.


5 komentarzy:

  1. Bardzo pięknie, że umie i chce zaskakiwać! :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. nic tak nie wprawia w dobry nastrój, jak dobra niespodzianka :-)
    cudownego wieczoru :-)

    będą fotki na blogu ?

    OdpowiedzUsuń
  3. oby więcej takich niespodzianek... i mężczyzn (to już dla innych) :))))))

    OdpowiedzUsuń