sobota, 21 października 2017

Zniszczyć Człowieka.

Tylko i aż.

Jesteś średnio atrakcyjną kobietą po 40. Możesz to sobie wyobrazić?
W życiu wyszło Ci niewiele.
No, dziecko Ci wyszło, ale geny takie bardziej po tatusiu. Z tatusiem relacje, mówiąc delikatnie, rozjeżdzają się od lat.
Masz pracę, która Cię przerasta, bo dużo chcesz, ale niewiele możesz. Nie masz wiedzy, doświadczenia, obycia w temacie
W pracy masz kumpla.
Przystojny kurwa, oblatany, z luzem gdzie trzeba, zna temat i... chuj Cię trafia. Bo życie rodzinne mu się układa, dzieciaka ma zdolnego i świata poza żoną nie widzi.
A przecież Ty też jesteś kobietą.
Nikt tak pięknie się nie mści, jak niewykorzystana kobieta.
Fabrykujesz jakieś dowody, coś tam modzisz i kombinujesz i co?
Idziesz skurwiela podpierdolić i jeszcze dwie głupie koleżanki namawiasz, żeby mu ten bezczelny uśmiech z twarzy zetrzeć.
Jesteś jednak taka głupia, że zapominasz sprawdzić, czy kolega był w pracy, w dniu, kiedy podobno popełnił okrutne przestępstwo.
Jesteś taka chujowa, że nawet stuprocentową szansę na pozbycie się konkurencji zjebałaś.

Zabawna jest ta opowiastka, ale tylko do pointy.
To się zdarzyło naprawdę.
To się zdarzyło nam.

Kurtyna.

czwartek, 19 października 2017

O disco polo będzie, wrażliwych uprasza się o nieczytanie

O disco polo, od czasu, jak swoimi poglądami rozwaliłam kiedyś kameralnego sylwestra, staram się nie wypowiadać.
Mam na temat tego gatunku (rzeczownik 'muzyka' nie przechodzi mi w tym przypadku przez gardło) wyrobiony pogląd oficjalny i brzmi on następująco: 'jeżeli muzyka łagodzi obyczaje, to w moim przypadku nie jest to muzyka'. Tu kończę dyskusję, a na 'zaszokowane pytania dlaczego' odpowiadam jedynie, że ten rodzaj pobudza moją kreatywność w dziedzinie siarczystych przekleństw.
Jak niektórzy wią, albo nie wią, to się właśnie dowiedzieli, mieliśmy ostatnio przyjemność wzięcia udziału w weselu.
Wesele było bardzo nietypowe i bardzo udane i piszę to w pełni świadomości na ciele i umyśle.  Tak bardzo, jak mi się nie chciało jechać, każdą chwilą utwierdzało mnie w przekonaniu, że było warto, ale ja nie o tym.
Rozumiem, że konwencja imprezy narzuca biesiadność i rubaszność. Mimo tego jednak Młodzi prosili o ograniczenie disco polo do minimum.
Jakież było zdziwienie DJa, kiedy rozbawiony tłum znikał mu z parkietu, kiedy wjeżdżał z hiciorami gatunku.
Takich numerów zrobiliśmy mu kilka.
W końcu zaprosiliśmy go, żeby przyszedł się z nami napić.
Kilka drinków później zrozumiał.
Głos straciłam na 'Thunder' ACDC. Na ochłodzenie emocji grał Pink Floyd, a małolaty (czytaj: następne pokolenie) patrzyły na nas w zachwycie, jak na równi z nimi ruszyliśmy do pogo.
To wesele napawa mnie nadzieją.
Że kultura muzyczna w kraju tutejszym, jak mawia Teatr, jeszcze nie umarła i nie kończy się na zielonych oczach, przez które jeden pan oszalaaaaaał.
Niektórym do końca nie udało się złamać kija w dupie (była żona tedowego brata z małżonkiem) ale tłumaczę sobie ten fakt tym, że oni chyba nie lubią ACDC 😉

sobota, 14 października 2017

Dyniowe wspomnienia

Babcia Ania Wielkopolska miała słabość do dyni.
Robiła z niej wszystko. Zupy kremy, zupy na mleku z zacierkami, kompoty, zagryzkę do wódeczki w occie i puree, oraz pewnie kilka innych rzeczy, których nie pamiętam.
Beneficjentem jej uczuć do dyni byłam również ja, mimo, że w okresie jesiennym mnie tam nie było.
Mój pierwszy, po dyniowych żniwach, przyjazd do Niej wiązał się ze złożeniem na moje spragnione łapki ogromnej puchy pestek. To były cuda w puszce i wszystko moje, gdyż nikt nie podzielał moich zachwytów.
Dzisiaj, w mojej kuchni oddaję hołd dyni.
Piekę ją na puree, z którego powstanie zupa i ciasto.
I... suszę pestki.
Ten zapach cofnął mnie do TAMTEJ kuchni.
Chyba też mam słabość...


piątek, 29 września 2017

Zaatakował mnie piątek

Były inne dni po drodze?
Nie pamiętam.
W sumie, to może nawet dobrze.
Chociaż nie.
Jest zmęczenie.
Dlaczego?
Z niepamięci?
Czasami zastanawiam się po cholerę nam to wszystko.
Kopanie się z koniem.
Dyskusje z kretynami z góry skazane na porażkę, bo kretyni są zapieczeni w swoich, ograniczających ich, słoikach. Sami zatrzymali się w epoce kamienia łupanego i przeraża ich profesjonalizm. A jak oni nie są profesjonalni 'to inni też nie będą'.

Jutro i pojutrze mamy pierwszy wspólny weekend razem od niepamiętamkiedy.
Co my zrobimy z tym szczęściem? 😉

niedziela, 24 września 2017

Jeszcze raz w kwestii relacji

Sobota.
Po spacerze plażą wpadliśmy na rybkę.
Obok przy stole siedziała duża rodzinka, właściwie to dwie. Dwie mamy, dwóch tatusiów i dwie dziewczynki. Różnica wieku między nimi to jakieś dziesięć lat.
Starsza na jednym szczycie stołu skrolowała fejsa.
Młodsza, żeby usiadła na dupie i zechciała zacząć konsumować, została uraczona jakimś głupim urządzeniem w stylu psp, gdzie dziwne ludziki na maksymalnie wysokich tonach pieprzyły coś bez sensu. Wszyscy w knajpie mieli (nie)przyjemność bawić się z młodą.
Przyglądaliśmy się sytuacji z zaciekawieniem.
-Wiesz- szepnął Ted- najgorsze jest to, że teraz dziecku zamyka się buzię, a potem będzie zdziwienie, że nie chce rozmawiać.

Relacje!!!
Ta starsza już zbudowała relacje z równolatkami.
Młodsza buduje je właśnie z ludzikami z gry.
Potem będą łzy.
Zawód.
Nie będzie przysłowiowej szklanki wody.

Jesoo, jaka ja jestem nudna.

Ale jesień na plaży jest piękna, musicie przyznać.


niedziela, 17 września 2017

Jak ciąg dalszy będzie taki, jak początek, to ja wysiadam

A początek jest słaby, żeby nie powjedzieć chooyowy.
Nie chodzi mi o reformę edukacji, bo tu wszyscy jesteśmy w czarnej dupie, dzieci, nauczyciele i rodzice po równo.
Nie chodzi też o plany zajęć zmieniajace się, jak w kalejdoskopie, co bardzo skutecznie demoluje mi pracę.
Najgorsze jest to, co dzieje się z 'moimi dziećmi'.
Mamy kilka ognisk zapalnych- zderzeń na linii rodzice- dzieci.
Jestem powalona zachowaniem rodziców.
Jestem w szoku, jak rodzice z łatwością szafują wyrokami w stylu: 'on/ona nie chce, jest niewdzięcznikiem, nie wyciąga lekcji z kar, jakie otrzymał/ otrzymała.'
I takie mną targa pytanie, którego nie mogę zadać: 'jeżeli twoje metody/ kary/ nagrody nie działają, to kto tu się kurwa nie uczy na błędach?'
Mamy żniwa pokolenia zaburzonych relacji. Nie wychowujemy już dzieci plemiennie, wielopokoleniowo. Relacja zaburzona z rodzicem skutkuje relacją z równolatkiem, a nie innym dorosłym, który jest. Który ma czas. Który wysłucha i uszanuje.
Wiecie, co mówią dzieci? Że najlepiej im jest, kiedy rodzice są jeszcze w pracy, bo nikt się nie przypierdala. Po ich powrocie trzeba przyjąć na klatę, że mieli chooyowy dzień i na kimś muszą odreagować.
Staram się bronić rodziców, ale ci, swoim zachowaniem wybijają mi argumenty. Dzieciaki mają swój rozum, jak się zagalopuję, stracą zaufanie do mnie- jednego z niewielu dorosłych, który ich nie ocenia, przyjmuje z ich poplątaniem i może pozwolić sobie na przywołanie ich do porządku jedynie przy pomocy krótkiego 'serio?', a oni wiedzą.
Każdy rok pracy jest inny.
Ten będzie trudny.
Następny trudniejszy.
Kolejny jeszcze trudniejszy, aż my, dorośli się nie opamiętamy.
Bo oni są tylko dziećmi, nie rozumieją, co się z nimi dzieje oraz nie, nie ma w nich perfidii, o którą są posądzani.
To wołanie o pomoc, którego zajęci sobą, dorośli nie słyszą.
Mam założyć, że też są perfidni?


czwartek, 31 sierpnia 2017

Niespodziewany koniec wakacji

... a ja mam to gdzieś.
Plan zajęć przygotowany, w plecaku.
Jedziemy.
W cholerę.
Na początek celebrować miłość, cierpliwość i nadzieję, taką od 25 lat.
A potem porywam Teda urodzinowo.
Do Krakowa.
Zaczniemy koncertem, a potem... się zobaczy.
Miało być kilka dni w górach, ale musimy wracać, bo powód jest ważny i napawający dobrą myślą.
Ted jest uparty, w tym najlepszym znaczeniu tego słowa i tenże upór zaczyna przynosić efekty.
Wracam do pracy 11 września.
Tak.
Nie zamierzam się spieszyć.
Dobrze jest mieć wybór.

Mam nadzieję, że pogoda pamięta, że koniec wakacji, to jeszcze nie koniec lata. Proszę odrobić to, co się nie udało w lipcu i w sierpniu- dziękuję 😉

piątek, 25 sierpnia 2017

Wiódł ślepy kulawego czyli co my byśmy bez siebie zrobili

Ostatnio żyjemy szybko.
Ogrom pracy powoduje zmęczenie.
Zmęczenie, brak koncentracji, a to już prosta, a w naszym wypadku nieuchronna, droga do głupawki.

W biegu robimy zakupy na przyjazd dzieci. Jak nikogo nie ma, w lodówce pingwiny w hokeja grają. Nie do końca. Są pomidory, truskawki i jogurt naturalny. Jest też duży słoik małosolnych, ale to już nie w lodówce.
Wymyśliłam, że ugotuję rosół, to je ucieszy, dzieci, nie małosolne, znaczy.
Na listę wpisuję (bez niej kupię pomidory, truskawki albo jogurt) włoszczyznę.
-Przecież w lodówce jest jakaś pietruszka- uprzejmie przypomina Ted.
-No pokaż mi gdzie- zaczynam się śmiać, bo wiem, co mam, a raczej czego nie mam.
Zadowolony Ted wyjmuje z szuflady z warzywami korzeń.
-A co to jest?- pyta zaczepnie.
-Chrzan sommelierze, powąchaj 😀

On też miewa chwile chwały.
-Kochanie coś mi się stało z mp3 podczas treningu, wiesz? Nie mogłam jej wyłączyć. Musiałam wyjąć baterię.
Ted bierze moją, starą jak świat, empetrójkę, ogląda i wybucha śmiechem.
- A ty znasz angielski? Troszeczkę chociaż? Malutko? Bo wiesz, tu z tyłu jest taki guziczek 'on-off', nie trzeba wybebeszać baterii, wystarczy się posłużyć 😉

Dwa głupeczki gubią tak koncentrację. Dobrze, że nie zgubiły siebie, albo sensu życia 😜

Podobno jest jeszcze lato.
U nas już sezon szkoleniowy w pełni.
I zimno, więc nie szkoda czasu spędzonego przy kolejnej prezentacji .



piątek, 18 sierpnia 2017

Sentymentalnie

Kiedy tam mieszkałam, nie doceniałam tego faktu. Moje serce należało do Wielkopolski. Jako jedyna w całej rodzinie miałam pecha się tam urodzić.
Dzisiaj, oprócz wpisu w dokumentach nic mnie z tym miejscem nie łączy, zdziwiłam się zatem, kiedy Ted zaproponował mi podróż do przeszłości. Zabraliśmy Dzieci, a że One lubią zajrzeć tu i tam, już dzień wcześniej zaczęłam myśleć, co im pokażę.
Na początek Muzeum Obozów Jenieckich Stalag VIIIC i Stalag Luft 3. Zawsze przerażało, a zarazem fasycnowało mnie to miejsce. To tu, przez tunel Harry odbyła się 'Wielka Ucieczka'.


Potem droga do miasta, na początek 'pod dom Babci'. Młoda, chociaż była tam ostatnio w wieku lat dziesięciu, bezbłędnie prowadziła 'grupę' wspominając place zabaw, sklepiki, lodziarnie i cukiernie. Zaimponowała mi.


Obowiązkowa  była też wyprawa do parku. I znowu obudziły się wspomnienia, letnich i zimowych wypraw nad rzekę, która przecinała park.


 I oczywiście przejście przez Pałac, bo to on króluje w tej części miasta.


Spacer wzmógł apetyty, znaleźliśmy więc  na Rynku fajną knakpkę, gdzie za niewielkie (w stosunku do nadmorskich) pieniądze zjedliśmy bardzo smaczny obiad i ruszyliśmy dalej. Bardzo chciałam pokazać im Zespół Poklasztorny z kościołem WNP, ale, jak się dowiedzieliśmy, ksiądz proboszcz jest na pielgrzymce, kościołem opiekuje się starutka zakonnica i nie wejdziemy nawet do przedsionka. Cóż, kościół do poprawki.


Zniechęceni, wróciliśmy na Rynek, gdzie w maleńkiej lodziarni pani zrobiła nam najlepsze desery, jakie ostatnio jedliśmy.
W zestawie obowiązkowym było jeszcze moje liceum oraz kolejowy dworzec, gdzie zawsze szybciej biło serce, albo ze względu na wyjazd, powrót, albo powitanie gości.



Myślałam, że nie obejdzie mnie ta wycieczka.
Myślałam, że zatrzymał się tam czas.
Nic z tych rzeczy.
To było miłe odświeżenie wspomnień, ulokowanie wydarzeń, o których opowiadałam, a teraz mogłam powiedzieć to było właśnie tu.
Wrócę tam jeszcze, żeby odwiedzić stare kąty, może zajrzeć do kościołów, które są piękne, może do biblioteki klasztornej, gdzie kręcono film 'Mikołaj Kopernik'.
Tak, zrobiło się sentymentalnie i baaardzo, bardzo miło.

A gdybyście kiedyś Wy chcieli zajrzeć do miasta, w którym na każdym rogu stoi zabytek, a nad wszystkim unosi się atmosfera spokoju i braku pośpiechu, ustawcie nawigację i wybierzcie się do Żagania w lubuskiem.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Takie lato bez lata i dużo się dzieje

Wiem, że u Was jest lato. U mnie nie. Przez ostatnie cztery dni nie pada deszcz, ale temperatura lekko jedynie muska dwudziestkę powyżej. No tak się bawić nie będziemy.
Wynajduję sobie jednakowoż zajęcia i jestem zwyczajnie zmęczona.
Biegam z kijami (bo chodzeniem nie da się tego nazwać😊), spaceruję po plaży, czytam, słucham muzyki, bywam...
Ostatni tydzień to Grechuta Festiwal i mnóstwo spotkań po koncertach. Picie piwa z ludźmi, z którymi warto się napić i dużo śmiechu. Lubię tak.






W końcu też dotarliśmy do Wolina na Festiwal Wikingów i chociaż nie lubię imprez festynowo-masowych, jestem oczarowana pasją z jaką do tematu podchodzą jego uczestnicy. Nagle znaleźliśmy się w XII wieku i przechadzaliśmy się pośród drewnianych chat i białych namiotów i mogliśmy podziwiać lniane stroje i skórzane buty oraz kute dodatki.



Wczoraj nareszcie poczułam lato, ponieważ w lipcu, z racji deszczowo- sztormowej pogody, szerokim kołem omijałam plażę. Jak już jest (lato znaczy), musicie przyznać, że jest pięknie.



Odpoczywam, mam nadzieję, że Wy też.
Jest dobrze oraz zza rogu kamieniem rzuciła karma.
Ubawiłam się, gdyż osobnik, który zarobił mocno nam dokuczył zawodowo, a wiem, że w planach ma dokuczyć nam jeszcze bardziej.
No, to kamień w łeb trochę go uspokoi 😊

_____________________________________________

Pierwsze trzy fotki to fragment spektaklu Arka- Teatru Ósmego Dnia

niedziela, 23 lipca 2017

Są na tym świecie rzeczy...

których nie można kupić- śpiewał kiedyś Stanisław Soyka.
Nic się w tym względzie nie zmieniło.
I nie mam tu na myśli sytuacji politycznej w kraju... chociaż może też.
Nie można kupić rozumu.
'Mózgi są fajne- mówił w którejś książce mistrza Terrego Igor- byłoby dobrze, gdyby każdy mógł jeden mieć'.
A jeszcze, gdyby zechciał używać, byłoby idealnie.

Piątek- urodziny MatkiZ- ona ma gości, ja zapierdol. Jest źle, baaaardzo źle. Nie podałam lodów. Goście byli bliscy pawia, więc nie podałam, ale zrobiłam źle, a fe!
- Zosia, czy ja dobrze wyglądam?- pyta jeszcze przed imprezą Brzydka Siostra.
- Bardzo dobrze - odpowiada MatkaZ, żeby w dniu następnym z błotem zmieszać Cioteczkę i jej wdzianko.

Sobota- godzina 19.
-Dreamu mamy problem- wali do telefonu bez pardonu- Irenie za głęboko do ucha wpadła gumowa zatyczka od aparatu słuchowego i nie możemy jej wyjąć.
Nie zastanawiałam się ani chwili. Złapałam kurtkę i parasol i popędziłam na ratunek Cioci.
Co zastałam po przyjściu? Rozorane ucho przerażonej Cioci i zdenerwowaną MatkęZ, bo przecież to wszystko przez Irenę! Mamusia, posiadaczka Parkinsona próbowała wyjąć żelowego grzybka pęsetą, a jak jej nie wyszło, postanowiła wydłubać go... grubą igłą do cerowania!!!
Jakaż była niepocieszona, kiedy oświadczyłam, że nie zamierzam grzebać Cioci w uchu ani igłą, ani nitką i proponuję wizytę u fachowców. Powiem więcej, ona myślała, że ja zostanę z nią w domu, bo przecież ona się tak zdenerwowała, a Ciotka z buta do szpitala pójdzie sama.

Niedziela- rocznica śmierci Wujka. Ciocia zamówiła mszę, a po niej zaprosiła znajomych na śniadanie. Uwielbiam ją za to, że z bomby zakłada, że 8:30 w niedzielę, to zły moment na umawianie się z nami na cokolwiek, czyli, że nas tam nie było... i może dobrze, bo musiałabym palnąć MatkęZ w (przepraszam za kolokwializm) pysk.
Wiedziała, co zrobiła wczoraj. Z SORu wróciłyśmy z Ciocią po 22, z antybiotykiem do ucha, po 'chirurgicznej' interwencji MamusiZ, gdyby zatem dzisiaj nie skierowała torów rozmowy na inne tematy, byłaby 'gwiazdą' tego śniadania.
Otóż 'Irena nigdy jej nie zapraszała, kiedyś nawet zostawiła ją samą na święta, nie szanuje jej jako siostry, a Wujek to kiedyś jej powiedział cośtam i jeszczecośinnego, a kiedyś to śmiał zwrócić uwagę jej wnuczkom (jak mieszały mu łapą w talerzu- sama to pamiętam)'.
Matka snuła swoje opowieści do 12, a potem poleciała na drugą mszę za ofiary wypadku pod Grenoble (nikt z jej znajomych w nim nie zginął, więc nie mam pojęcia po jaką cholerę, ale jestem pewna, że była przekonana o swojej zajebistości).
Skąd ja to wiem?
Po południu wpadła do mnie Ciocia, przyniosła 'trochę przysmaków, żeby nas też ugościć'.
Miała ręce opuszczone do podłogi, zero nadziei w oczach.
Szła do MatkiZ.
Po co?
Nie wiem.
Ja od dłuższego już czasu ograniczam wizyty do minimum.
Chociaż wiem.
Jak nie przyjdzie, Matka nagada się bardziej, niż, jak przyjdzie.

Ted mnie kiedyś uprzedzał...
Nie wierzyłam, że można być aż tak głupim, wrednym, dwulicowym, popieprzonym- niepotrzebne skreślić, albo wszystko naraz.
Po każdej takiej akcji odszczekuję.
Dzisiaj też.
Hau- kurwa mać- hau!
Chyba wolałabym, żeby MatkaZ była fanką PIS i papy Rydzyka.

piątek, 14 lipca 2017

Wróciłam i... odpoczywam 😉


Gdybym po powrocie z urlopu musiała natychmiast iść do pracy, marne byłyby jej efekty.
Wróciliśmy zmęczeni, wyczerpani nawet... ale szczęśliwi.
Pierwszy raz od kilku lat nasz wyjazd nie miał nic wspólnego z pracą.
Pani, która w drodze powrotnej odezwała się z zamówieniem na nowy kurs, była jedyną, która zakłóciła nasz spokój.

Co robiliśmy?
Wszystko to, czego nie robiliśmy od lat.
Uprawialiśmy turystykę górską i gastronomiczną.
Wyrastaliśmy, gdzie nas nie posiali i testowaliśmy nasze buty.
Nie pamiętam, kto pytał, w jakich butach chodzimy po górach, ale mogę odpowiedzieć, że buty hi-tec nas nie zawiodły. Gorąco polecam piechurom.
Ted zabrał mnie też w podróż sentymentalną, ale o tym jeszcze napiszę.
Teraz sadzę kwiaty na balkonie, gotuję bób, kiszę ogórki i jem truskawki.
Odpoczywam po urlopie 😉



wtorek, 27 czerwca 2017

A gdyby tak..

... iść przed siebie.
Bez celu.
Mieć w dupie świat i ludzi.
Zapomnieć o pracy i innych bzdurach...

Mogłoby być fajnie.




Jest fajnie 😉

czwartek, 22 czerwca 2017

Zaczynam...

Zaczynam się pakować 😉



Nie ma co odliczać dni.
W sobotę ruszamy.
🐾

czwartek, 15 czerwca 2017

Tadam 😊

Wczoraj o 20:15 odtrąbiłam wakacje.
Czuję się dziwnie.
Jak pies, po latach spuszczony ze smyczy.
Kupiłam truskawki, zjadłam michę z jogurtem i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić.
Muszę się, na powrót, nauczyć odpoczywać.
Muszę sobie przypomnieć, jak to jest nic nie musieć.
Tak mogę musieć.
Nie lecimy do Londynu.
Z kilku powodów.
I nie... zamachy nie mają z tym nic wspólnego.
Naprędce organizowaliśmy zamiennik.
Nie możemy odjechać za daleko od domu.
W grę wchodzi zasięg kilku godzin jazdy samochodem.
No... Nowe buty do chodzenia po górach już czekają.
Rezerwacja zrobiona.
Jest nadzieja na chwilę ciszy.
Jest nadzieja, że będzie pięknie.

Idę na spacer (Ted w pracy oczywiście) poobserwować świat.

Ekhhhhh.

Jestem wolna.
Aż nie mogę uwierzyć.
Jakoś się z tym pogodzę.
Chyba 😁

sobota, 3 czerwca 2017

Nie mam pomysłu na tytuł, bo co tu powiedzieć/ napisać?

- Przeczytałem moje orzeczenie o dysleksji- wyrąbał Bartek wpadając do mnie wczoraj.
- Słońce, po co ci to było?- zapytałam ze smutkiem- Mało masz problemów?
- No teraz wiem, czego nigdy nie zrobię, czego się nie nauczę i mam problemy z koncentracją takie, że klękajcie narody!
- Widzisz, teraz już to wiesz i co ci po tej wiedzy? Wiesz, że zgodnie z prawami fizyki bączek nie powinien latać, bo jest za ciężki?
- Nie wiem- zadziwiłam Bartka.
- A wiesz, dlaczego lata?- ciągnęłam opowieść.
- Nie mam pojęcia.
- Bo nikt mu nigdy nie powiedział, że nie może... więc może lepiej było nie wiedzieć, co tam mądre głowy na ciebie nawypisywały.
- No ale teraz wiem i nareszcie rozumiem dlaczego mama mówi 'skup się', a ja nie umiem.

Ekhhhhh.
Bartek pojawił się u mnie dwa lata temu.
Mama zadzwoniła z polecenia i od razu wypaliła:
- On ma głęboką dysleksję, więc jeżeli pani nie zechce z nim pracować, to ja zrozumiem.
- Proszę pani, co to znaczy 'nie zechce'?- zapytałam- Zapraszam na spotkanie, poznamy się z młodym człowiekiem i oboje postanowimy, czy zechcemy ze sobą współpracować.
Po spotkaniu mama zadała mi tylko jedno pytanie 'dlaczego ja pani nie znalazłam wcześniej?'
I tak jedziemy sobie z Bartkiem na tym samym wózku, raz na, raz pod nim. W grę wchodzą tylko zajęcia indywidualne, a ja walczę o każdą minutę jego skupienia. Nie widziałam orzeczenia. Nie było mi potrzebne. Widziałam dziecko. To wystarczyło.

- Bartuś, czy ty chodziłeś na jakieś zajęcia do poradni?- zapytałam po tym, jak Młody przeprocesował informację o bączku- Takie pomagające ci się skupić.
- Tak, na początku, ale teraz jestem za stary.
No tak.
- A pamiętasz jeszcze jakieś ćwiczenia, które wtedy robiłeś?
- Nie- odpowiedział nerwowo, jak zwykle, kiedy czegoś nie pamiętał.
- A więc...
Tu odłożyliśmy zajęcia językowe na bok i zaczęliśmy trening oddechowy, techniki relaksacyjne i poprawiające koncentrację. Boszszszszsz ileż to już razy uczyłam moich uczniów jak odpocząć, jak się skupić, jak zrelaksować, jak uspokoić oddech. Przed maturą, przed egzaminem gimbazjalnym, przed sprawdzianem, diagnozą i Bóg jeden wie czym tam jeszcze...
I tak sobie myślę, że w szkole uczy się ich tylu niepotrzebnych bzdur, a zapomina o higienie psychicznej.
Bez tego ani rusz.
Nie teraz, kiedy świat popyla w takim tempie.

Jeżeli macie wokół siebie dzieci lub młodzież zadbajcie proszę o to, żeby same potrafiły o siebie zadbać.
Jeśli my  o tym nie pomyślimy nasz kraj pełen będzie frustratów, których i tak już nam nie brakuje.

czwartek, 1 czerwca 2017

Poznasz klasę po cukierku

Klasę człowieka?
Dziecka? Rodzica?
Na stole  w klasie stoi kosz słodyczy.
Rafaello, Ferrero Rocher, galaretki w czekoladzie.
Dzieci mają święto, a my o nich pamiętamy.
Zawsze.
Tyle, że one nie zawsze pamiętają o sobie nawzajem.
Jedni przychodzą i skromnie częstują się jednym cukierkiem.
Inni zwyczajnie odmawiają.
A jeszcze inni...
I nie zgadniecie kto?
Ci najlepiej sytuowani.
Nie częstują się, nie jedzą, wpierdalają!
Do trzeciego zwrócenia im uwagi.
Nie przeze mnie.
Przez kolegów.
Tekstem 'mama cię w domu nie karmi?' , 'wyluzuj, dla ciebie nie zabraknie', 'kolega to na jakimś głodzie, jak widzę'.
Haha! Nie muszę ich wychowywać, kumple to zrobią.
Znacznie bardziej skutecznie.

niedziela, 28 maja 2017

Kiedy to?

Pobliskość wybuchła zielenią.
Kiedy to się stało?
Za oknem lato?
Kiedy to się stało?
Zaraz czerwiec.
Matko, jeszcze niedawno walczyłam z książkami i kolejnym egzaminem.
Kiedy to? Dlaczego tak?
Życie tak mi zapierdala, że aż nie zauważam tych drobnych, ładnych rzeczy.

Młoda nas ciągle opieprza, że o siebie nie dbamy.
Dbamy.
Dbam.
Nie pamiętam też, kiedy aż tak dbałam.
Skoncentrowałam się na sobie.
Świadomie olewam pewne sprawy.
Nie napinam się.
Najpierw robię swoje, a potem spinam się dla innych.
Zdrowe to.
I rozsądne.
I mimo, że czas zapierdala, a drzewa w Narni wybuchły niespodziewanie zielenią, ja nie jestem zmęczona.
Nie pamiętam, kiedy tak było ostatnio.

Lunął deszcz.
Burza.
Jest dobrze.
Nawet z tą burzą.

Wczoraj w samochodzie poczułam się, jakby zmartwychwstał Nalepa.
Posłuchajcież, bo piękne.

I już po burzy.
Boszszsz, jak genialnie pachnie.

środa, 24 maja 2017

Zakochaj się...

Małgę spotkałam ostatnio.
Nie bardzo było o czym gadać i już chyba nie będzie.
Przez chwilę stałyśmy razem w kolejce.
Czuła, że musi zagadać.
- Pięknie wyglądasz dreamu, co robisz?
- Już nic- ja na to, zbywając ją średnio uprzejmie.
- Powiedz, co robiłaś, mam koleżankę, która nie może schudnąć... (Razem ją mamy, ale Małga już nie pamięta. Koleżanka siedzi na dupie, opycha się słodyczami, zapija to alkoholem i wylewa swoje frustracje w mediach społecznościowych, że faceci nie doceniają wewnętrznego piękna kobiety. Nie sądzę, żeby urzekła ją moja historia ;)
- Małga, to nie stało się w tydzień, to był proces.
- No wiem, że proces, ale zrobiłaś to sama, czy ktoś ci pomógł?- drążyła.
- Pomógł mi mój były uczeń, obecnie trener personalny.
- Daj numer telefonu- nie chciała się odpieprzyć.
- Słuchaj, on jest jeszcze studentem, nie pracuje w naszym mieście.
- No ale może chyba udzielić jakichś konsultacji- kuźwa nie dawała się zbyć.
Gdyby nasza wspólna koleżanka usłyszała, jak bardzo musi wziąć się w garść, zabrakłoby jej garści, nie zamierzałam narażać mojego ulubionego byłego ucznia na takie stresy.
- Za tego typu konsultacje płaci się ciężką kasę, kochanie, ja je miałam w gratisie, bo chłopak może nadal liczyć na moją pomoc w dziedzinie języka.
Ufff, była moja kolej, żeby nabyć wędliny, więc rozmowa naturalnie się urwała, potem było już krótkie pożegnanie bez czułości i poszłam sobie.

Idąc do domu pomyślałam o naszej wspólnej koleżance, o tym czego ja początkowo nie zamierzałam robić, a do czego jednak sprowokowana zostałam tak, czy inaczej i jak bardzo jednak zmieniłam swoje nawyki.
I wiecie co?
Polubiłam to.
Zrozumiałam zdanie, które powtarzał mój 'trener': 'Zakochaj się w procesie, a rezultaty przyjdą'.
Lubię moją rutynę, Młoda podrzuca mi nowe patenty od swojej 'trenerki'.
I co ja miałam powiedzieć Małdze w kolejce po wędliny?
Przecież to jest opowieść na kawę, albo dwie...
Nie, nie, z kawy nie zrezygnowałam, uważniej, dobieram jedynie osoby z którymi ją piję.

niedziela, 21 maja 2017

Owsiki, lilie i buffle

Dawno mnie tu nie było... znaczy byłam, ale tak bez potrzeby wywnętrzniania się.
Ostatnio nie miewam.
Takiej potrzeby.
Bo co tu pisać? Każdy widzi, co się dzieje.
Chyba.
Tyle, że dzielimy się na zachwyconych i przerażonych.
Mając do wyboru przerażenie i zajmowanie się własną dupą (o zachwycie nie ma mowy), wybrałam tę drugą opcję.
Było czym.
Nie dlatego, że mam wielką, tylko dlatego, że zagościły w niej... owsiki.
Jeden młody człowiek przytaszczył je ze żłobka, sprzedał rodzinie z przyległościami i... załapaliśmy się do grupy rażenia.
Pasożyt, jak to pasożyt, podtruty- pada.
Problemem jest postawa pań w żłobku. Mama Młodego natychmiast poinformowała, że jest problem. Leczyła uczciwie, po bożemu i tylko nie ma pewności, że jak Młody wróci do żłobka, nie dopadną go znowu, ponieważ panie mają wyjebane. Nawet nie pofatygowały się żeby uprzedzić inne mamy oraz zdezynfekować dywan, na którym bawią się dzieciaki, a który pewnie już po zamknięciu drzwi żłobka żyje własnym życiem.
Tytułowe lilie prawie mnie zabiły.
Starzeję się, kuźwa.
Nigdy nie miałam alergii wziewnych.
Aż tu, na imieninach matkiZ, których byłam głównym organizatorem, ich zapach zwalił mnie z nóg i trzymał następne dwa dni.
Żebym ja jeszcze wiedziała, kto mi tę świnię podłożył.

Lato przyszło tej wiosny, ale nie może się zdecydować, czy zostać.
Raz 29, raz 15 stopni.
No i kuźwa zafundowałam sobie przeziębienie.
Jeszcze nie mogę odpuszczać, więc uprzejmie proszę odwalić się od mojego nosa.
Matury na plus ( dwie setki ustne!!!) ale są jeszcze inni, którzy walczą o oceny.
No!
To tyle.
Idę na buffle.
Raz nie zawsze.
Smacznego.




środa, 3 maja 2017

Siedzę na d... czyli długi weekend

Patrzę i słów mi brak.
Na przemarsz oszołomów w czarnych koszulach przez Warszawę (mój Dziadek się w grobie przewraca!!!), na propozycję dyskusji referendalnej z narodem, na temat konstytucji, na używanie flagi do celów, nazwijmy to delikatnie, różnych, na gównianą pogodę, na plany które w związku z tym legły w czarnej dupie...
I tak sobie siedzę przy laptopie i dla odmiany... pracuję, żeby zająć myśli.
W myśleniu jednak trzeba czasem zrobić przerwę, zatem szybko biegnę po blogach...
Długi weekend, puchy.
Aż tu nagle u Ameryki jest nowy post.
O znamiennym tytule Acapulco.
I tak popatrzyłam na fotki, posłuchałam muzy i mi się przypomniało.
Z Acapulco mieliśmy długo na pieńku, a zaczęło się to tak:
Kiedy miałam kilka lat, w TV obejrzałam film 'Przygoda w Acapulco', stary, jak świat, ale moja Mama miała słabość do Presleya. W filmie główną rolę gra (pal sześć Presleya) La Quebrada- jedna z głównych atrakcji miasta. Z tego klifu młodzi nurkowie skaczą do wody i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że całe dno pokryte jest skałami. Trzeba zatem nieźle kalkulować, kiedy skoczyć i wypłynąć. Oni to potrafią.
To, co robili ci młodzi ludzie w filmie sprawiło, że wygłosiłam, niepomna skutków, zdanie, że zobaczę to kiedyś na żywo. Teraz wyjazd do Meksyku jest kwestią kasy, kiedyś można było łeb sobie rozwalić o żelazną kurtynę. Dlatego też mój Braciszek namiętnie mi dokuczał, jak tylko nadarzała się okazja, że Acapulco zobaczę, jak świnia niebo.
Mijały lata, wokół zmieniało się to i owo i ja też... z małej wystraszonej dziewczynki z warkoczykami, zmieniłam się w kogoś, kto pewnego dnia zapytał sam siebie 'dlaczego nie?'
Nie pytajcie, jak to zrobiłam, sama się z tego śmieję do dzisiaj, ale... wylądowałam po tej drugiej stronie Atlantyku. Skutkiem tego wyjazdu był doszlifowany język, zwiedzone Stany, Kanada, Meksyk, Alaska i... wyspy Ameryki Środkowej.
Nadarzyła się też okazja pojawienia się w Acapulco.
Pierwsze kroki po przybyciu skierowałam do sklepu z pamiątkami, kupiłam największą kartkę, z największym napisem 'Welcome To Acapulco' i wysłałam do Polski.
Co napisałam?
'Jestem w Acapulco, pocałuj mnie w dupę'.
Następnie, z resztą szurniętego towarzystwa, udałam się na La Quebradę.
Dobrze jest czasem mieć takiego antymotywatora.

I jeżeli dzisiaj siedzę na dupie z nosem w komputerze, kiedy inni grilują, to tylko po to, żeby tam jeszcze wrócić, albo pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było (a był Ted, gdyż Ted był, jak Chuck Norris, wszędzie :) bo lubię się włóczyć po świecie.

W tym roku Europa, ale w przyszłym... kto to wie? :D

sobota, 22 kwietnia 2017

Rozterki producenta zakwasu żytniego oraz poświątecznie

Dzień 1/ rano
Woda + mąka żytnia + słoik + kawałek gazy + drewniana łyżka, to nie może być trudne.

Dzień 1/ wieczór
Kurczę, nic się nie dzieje, niektórzy twierdzą, że początkowo trzeba cię karmić dwa razy na dobę. Masz papu, smacznego.

Dzień 2/ rano
Nic się nie dzieje, chociaż chwilka, są pierwsze, malutkie bąbelki powietrza. Jedz, żebyś był duży i mocny.

Dzień 2/ wieczór
Mógłbyś kurka produkować więcej tych bąbli, wiesz?

Dzień 3/ rano
Pora karmieniaaaaa!!! Śpisz?

Dzień 3/ wieczór
Hurrrrraaaaa!!! Ruszyłeś dupę!!!

Dzień 4/ rano
Dzisiaj całkowicie zasłużyłeś na swój posiłek :D Muszę cię trochę wyrzucić, wiesz? Jak będzie cię za dużo, to mi zwiejesz i narobisz bałaganu, przepraszam.

Dzień 4/ wieczór
Halooo, obraziłeś się? Rusz się chociaż troszkę, co?

Dzień 5/ rano
Trzy bąble powietrza? Jaja sobie ze mnie robisz? Ostatni raz dostajesz jeść za darmo! Do roboty!

Dzień 5/ wieczór
Widzę, że strategia zastraszania działa :D Pracuj chłopaku, pracuj!

Dzień 6/ rano
Dzień dobry każdemu pięknemu bąbelkowi z osobna! Śniadankooo podanooo!

Dzień 6/ wieczór
Są! Może nie szalejące, ale równe, zgrabne i powabne bąble :D

Dzień 7/ rano
O witaj piękny, napowietrzony zaczątku mojego chleba żytniego!!! Podano posiłek :D



Dzień 7/ wieczór
At voila.
O to było całe zamieszanie.


___________________________________________

Święta przemknęły tak szybko, jak poprzedzające je dwa tygodnie.
Najpierw były targi, potem targi i nagle był Wielki Czwartek.
W życiu tak szybko nie robiliśmy zakupów :)
Ale, jak na 'perfekcyjną panią domu' przystało, zdążyłam upiec dwa mazurki, sernik wiedeński, babkę cytrynową i dwa chleby, jeden pszenny na żytnim zakwasie, drugi wieloziarnisty z przepisu mAlutki (Jesooo, jak ja już za nim tęskniłam).
Menu dostosowałam do naszych zachcianek oraz gwoździem programu, była jak zwykle, kaczka faszerowana :D

Było przyjemnie chociaż byliśmy bardzo zmęczeni.
Dopiero teraz trochę odparowujemy.
Dzieje się tyle, że nie bardzo jest czas na leniuchowanie.
Ale w końcu udało mi się obśmiać moje negocjacje z mąką i wodą w celu uzyskania zakwasu.
Postanowiłam podejść do tego na luzie, stąd moje zapiski raczej niepoważne.
Nie traktujcie ich, proszę, jak instrukcji, robiłam zakwas pierwszy raz w życiu, ponieważ poprzedni, z braku doświadczenia, zabiłam.

Zmykam popracować na rzecz przyszłych adeptów sztuki sommelierskiej.
Wiedziałam, że jak zdam egzaminy dostanę dodatkową robotę :D
Jak to było?
Kogo tam lubi praca? :D :D :D





sobota, 1 kwietnia 2017

Pierwszy raz i wiosna :)

Pierwszy raz piszę post na telefonie i już mi się nie podoba, bo litery jakieś nie teges i autokorekta mi się wpier... ale jeszcze bardziej nie chce mi się siadać do laptopa.
Wiosną nadjeszła  tak urocza, że ruszyłam w świat.
Jako, że moja wyspa jest, jak planeta Małego Księcia, nie mogłam po niej latać w kółko. Dlatego polazłam nad wodę.
I szłam.


I szłam.


I było mi szczęśliwie.


10 km mnie zabiło, więc dogorywam teraz.
Ale jest mi pięknie, czego i Wam życzę.

wtorek, 28 marca 2017

Jacqueline the Doughnut*

Promowanie normalności jest passe ( z takim akcentem otwartym nad e, ale nie mam cierpliwości go szukać)
Jeżeli jesteś normalny, jesteś nudny.
Nie można obrobić Ci dupy, dowalić, pojechać po całości.
Dlatego promuje się inność, tyle, że jak na mój gust, w promowaniu tej inności niektórzy posuwają się za daleko.
Mamy znajomą.
Kontakt mamy bardziej niż sporadyczny, bo jakoś rozmijamy się w poglądach (politycznych zwłaszcza), ale dodała nas do swoich znajomych na fb i czasem widzimy, co publikuje.
Joasia, tak na oko ma ze 4 dychy nadwagi.
Nie mam nic do ludzi otyłych, sama przez wiele lat miałam z tym problem, ale nie epatowałam swoją otyłą d... na portalach społecznościowych.
Znajoma została modelką plus size.
I wstawia foty.
O matko!!!
Nasze dziecko studiuje projektowanie mody, trochę jej słucham, trochę się nauczyłam, a trochę zwyczajnie wiem.
I takie mam pytanie, kto te modeleczki stylizuje?
Kto wybiera im te namioty i barwne poncza, pod którymi wydają się być jeszcze większe.
Kto pozwala pani noszącej rozmiar 50 uwierzyć, że będzie dobrze wyglądała w  rozkloszowanej spódnicy w grochy, na białej tiulowej halce, w bluzeczce z półokrągłym kołnierzykiem, białych rajstopkach i z czerwoną kokardką we włosach?
Ja rozumiem dystans do siebie, ale fota Joasi w sukience Królewny Śnieżki z bajki Disneya sprawiła, że Ted, raczej delikatny w wyrażaniu swoich, tego typu, poglądów (miał w końcu przez wiele lat  żonę z podobnym problemem), wygłosił zdanie 'o matko, chyba nie chciałem tego widzieć'.
Pomóżcie mi to zrozumieć, bo sama obserwuję proces, ale nie potrafię go ogarnąć.

Dorosła kobieta wypisuje na fb, że facet jej nie docenia, że ona jest przecież dobra, dlaczegóż więc dobro do niej nie wraca, albo (i to jest dla mnie hit) że nie wie, jak wytrzyma ostatnią godzinę  w pracy, ale przez poprzednie trzy rozwiązywała quizy, 'lajkowała' złote myśli, głupie memy i publikowała na fb. Wstawia przepisy na ociekające kremami torty, pieczone boczki i inne tego typu atrakcje.
Jęczy, że nikt nie docenia pracy kobiet zamiast...
Nie zamierzam jej podpowiadać zamiast czego, ale znam ludzi, którzy, jak byli nieszczęśliwi, to zostawili toksyczny związek, niegościnne towarzystwo, niekorzystną 'skorupę'.
Zawalczyli.

Ale walczyć jest trudno, trzeba przetrzymać niedogodności, zmierzyć się z niemożliwym.

Łatwiej jest powiedzieć 'jest mi dobrze tu, gdzie jestem', ale czy jest?

Klamrując...
Czy ja jestem normalna? Nie sądzę.
Czy swoim popierdoleniem atakuję innych?
Tylko tych, którzy dobrowolnie w pełni świadomi swoich czynów, zechcieli tu zajrzeć.
Mnie dupę można obrobić, bardzo proszę... enjoy**

__________________________________
*  Joasia Pączek
** baw się dobrze


sobota, 25 marca 2017

Zarosło

Zarosło mi tu mchem i paprocią :)
Jakoś nie mogę obrobić się z pracą, a jak pomyślę, że początek kwietnia będzie jeszcze gorszy i to wszystko wydarzy się jeszcze przed świętami, to wcale mi się ich nie chce.
Świąt znaczy.
Znowu mam nadzieję, na wcześniejszy przyjazd Młodej.

A z drugiej strony tyle dobrego się dzieje wokół, że aż miło.
Jesteśmy tak zmęczeni, że siedzimy czasem obok siebie na sofie i... jedyne, na co nas stać, to złapanie się za ręce.
No trudno, możemy jeszcze iść do pracy na 8 godzin i dać się tyrać szefom.
Nie, dziękuję.
Mój szef jest przystojny, mogę pogrozić mu paluszkiem, a jak wychodzi z biura, puszcza do mnie oko ;)
I jeszcze jedno, oprawił już dwa certyfikaty, które dumnie powiesi obok swoich.
Tak, jestę sommelierę ;)
Zdałam!!! Z wyróżnieniem!!!

Idę piec bułki, do jutrzejszej zupy z soczewicy.
Trzeba się przyzwyczajać, że jak damy ciała z kupieniem pieczywa,  będzie trzeba je sobie upiec :D
Nie mam nic przeciw pieczeniu chleba i bułek, żeby tylko był na to czas.

czwartek, 16 marca 2017

(przed)Ostatni walc

'... Chciałbym cenę swoją znać, kochani,
I tak chciałbym - psia go mać! -
kochani,
Żeby wyczuć, kiedy wstać
I wyjść...
Żeby wiedzieć, kiedy w szatni
Płaszcz pozostał przedostatni,
I że to już przedo-
-statni walc...'

Na to Kim był, i Co robił nie  ma ceny.
Mnie wryło się w pamięć zdanie 'trzeba wiedzieć kiedy wstać i wyjść' i jak tak patrzę dookoła, dochodzę do wniosku, że odcinanie kuponów i wycieranie twarzami szkła, dupami portali tudzież prasy, oraz rozsmakowanie się w pieprzeniu bez sensu nie pozwala większości 'wstać i wyjść'.
Na bank nie mają wewnętrznego 'trzeba wiedzieć'.

On wiedział. 

wtorek, 14 marca 2017

Marzenia zza płotu

Kiedy po dziesięciu dniach grypy wyszłam na świat, wcale nie miałam na to ochoty, zwłaszcza, że nie poszłam wolnym krokiem rozglądać się po nim w poszukiwaniu oznak wiosny, tylko pojechałam dokończyć kurs i ZDAĆ egzamin. Z racji wysokiej gorączki nie pamiętałam samego procesu przyswajania wiedzy, ale co tam... się powiedziało A...

W samochodzie Mistrz rzucił luźną propozycję w stylu 'co wy na to?'
Nieświadoma swojego stanu powiedziałam ochoczo 'tak'.

Po pięćdziesięciu kilometrach znaleźliśmy się w innym wymiarze.
Zapomniałam, że ledwie zipię.
Słońce obudziło we mnie resztki energii.
A opowieść snuta przez naszą Przewodniczkę dała mi nadzieję... nie wiem na co, ale dała.

Nie do uwierzenia jest to, że byliśmy w winnicy.
Polskiej winnicy.
Z wyposażeniem, jak w najlepszych winnicach Austrii.
Z niemieckim winemakerem* w trzecim pokoleniu.
Z winami tak magicznymi, że niedouwierzenia.
Z potencjałem, że ho!!! ho!!!

Wkręciłam się 'trochę' w wino, przyznaję.
Przyznaję też, że jestem oczarowana pasją i profesjonalizmem Właścicieli.
Gdybyście kiedyś mieli chwilę, wpiszcie w GPS nazwę Baniewice w powiecie  gryfińskim i dajcie się oczarować Winnicy Turnau.

Kiedyś, za płotem była połać ziemi, Ktoś oczyma wyobraźni ujrzał tam winne krzewy...
Et viola!




*Winemaker- magik od kompozycji wina. Dobry lub bardzo dobry dla właściciela winnicy jest wartością nieocenioną. Jego wyobraźnia smaku jest dla mnie niepojęta. Odczynia czary w fazie produkcji będąc sobie w stanie wyobrazić efekt końcowy.

wtorek, 7 marca 2017

Jaki, kuźwa, dzień kobiet?

Ostatnich trzech tygodni prawie nie pamiętam.
Początku, ze względu na kurso-maraton, potem na chorobę, powrotu do pracy, ze względu na nawał roboty. Całości, że względu na nos w książkach. Ostatniego weekendu, ze względu na kolejny maraton kursowy, zakończony egzaminem.
I kiedy już myślałam, że dobiegłam do mety i wydawało mi się, że to koniec- odpoczynek, poczułam, że ktoś w rękę wcisnął mi pałeczkę, pchnął mnie dalej, gdyż okazało się, że to jest, kuźwa, jakaś sztafeta.
Dzisiaj, dzięki Teatrowi, zerknęłam na datę.
Jutro jest dzień kobiet?
Bardzo zdziwię się, jeżeli Ted będzie pamiętał o nabyciu chwastów.
On też ledwie ciągnie ten wózek.

W prezencie na dzień kobiet bardzo proszę o wolny dzień, bez dzwoniących telefonów, bez kolejnych ustaleń, wizyt w drukarni, przyciasnych budżetów, obrażonych współpracowników, oczekiwania na wyniki egzaminów, marudnych uczniów, a z odrobiną nadziei na chwilę oddechu i święty spokój.

Nie dziękuję, bo kuźwa, nie dostanę.

wtorek, 28 lutego 2017

Liczy się każdy grosz

Taka zasada panuje w świecie.
Taka przyświeca ludziom biznesu.
Taka też przyświeca nam... tyle, że nie za wszelką cenę.
Otóż szkolimy w fajnym miejscu.
Miejscu naszego kumpla.
Te szkolenia nobilitują to miejsce.
Kolega, wymyślił, że, jak Meryl Streep, opromieni nasze szkolenia swoim miejscem oraz osobowością i chce za to dużej kasy (mniej więcej 3/4 naszego przychodu, zapomniał, że takie szkolenie, to przede wszystkim koszty). Podobnie, jak moja ulubienica (zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno jeszcze ulubienica) od Lagerfelda za oskarowy lans, w jego projekcie, na czerwonym dywanie.
No cóż, jak się ma dużo, chce się podobno więcej.
My nie jesteśmy armią zbawienia i... niech sobie poszuka Elie Saaba, tyle, że jak się nosi rozmiar 44, kunszt Saaba też nie pomoże.
Przeczuwam poważne wtargnięcie kolegi na nasze poletko, gdyż u nas trawa jest przecież taka zielona!

Kuźwa, zostało mi liczyć na karmę, bo na opamiętanie już nie mam nadziei.

niedziela, 26 lutego 2017

O 'bioburaku'

- Co to jest?- wychylił się spod szafki pod zlewem Ted z obrzydzeniem trzymając coś w swej szlachetnej dłoni, oraz niebezpiecznie przenosząc tę dłoń w kierunku kosza na śmieci.
- Ej- krzyknęłam przerażona- to jest mój 'bioburak'!!!
- No to wrzuć go do garnka i ugotuj z tymi 'niebio', bo się tu biedak psuje.
- Nie mogę, bo jest 'bio'- ja mu na to.
- I co? Zarazi się czymś od tych 'niebio' w procesie gotowania, czy co?
- Nie, ale jak go ugotuję, to nie będzie jutro do smothie.
- Jesooo, to ja piję buraki???

I tak się mleko rozlało, znaczy 'bioburaki' wysypały, ale i tak jutro wcisnę mu smoothie.
Będzie walczył...
Ja też :D

piątek, 24 lutego 2017

Wybacz mi, wybacz

o Szczupły i Zdrowy FitBogu za to, że wczoraj oddałam hołd innemu, WielkiemuTłustemuBożkowizNadzieniemzRóży.
Nie wiem, czy czuję się winna.
Nie czuję się w zasadzie, chociaż jeszcze pamiętam, że moja dupa miała kiedyś kształt idealnego, plaskatego pączka, a pochłaniane przez mnie kalorie spokojnie przewyższały pięciokrotnie moje dzienne zapotrzebowanie, więc może jednak powinnam, tak dla naprzykładu, albo ku przestrodze.
Dzisiaj na przeprosiły mojemu FitBóstwu złożyłam ofiarę w postaci 187 kalorii witamin, błonnika i innych dobroci, w duchu dziękując, że tłusty czwartek jest raz w roku.
Nie potrafię już się objadać.
To dobra wiadomość.
Bardzo dobra.
Najlepsza.



Czy ktoś może coś zrobić z utrzymującym się stanem podgorączkowym mym?
Ja już chcę, kuźwa, być zdrowa!
Użyłam w te ferie, jak gołąb na parapet, albo coś równie absurdalnego.
Teraz już nie ma żartów, w poniedziałek muszę być gotowa do pracy.
FitBóstwo nie pomaga, bo ja te smmothies  piję codziennie.
Ktoś? Coś? Help!


czwartek, 23 lutego 2017

O pączku będzie

bo jakżeby inaczej.
Nikt mnie nigdy nie spytał:
- Hej, ile dzisiaj zjadłaś jogurtów? (bananów, czekolady, ogórków kiszonych- niepotrzebne skreślić)
A dzisiaj jest taki dzień, że pytają wszyscy:
- Ile dzisiaj zjadłaś pączków?- i w moim przypadku czekają raczej na odpowiedź 'zero', a potem długą gadkę umoralniającą na temat zdrowego żywienia.
A tu dupa.
Bo po pierwsze, jak się człowiek chce odżywiać snikersami, hamburgerami i kolą, to jego sprawa, a po drugie tradycja nie ginie dlatego, że ją podtrzymujemy.
Cytując za Wiki:
"Pączek: (staropol. i śl. krepel) [...]- wyrób cukierniczy w postaci ciasta drożdżowego (z mąki pszennej) uformowanego na kształt lekko spłaszczonej, mieszczącej się w dłoni kuli i usmażonego na głębokim tłuszczu [...] na kolor ciemno-złoty lub upieczonego w wysokiej temperaturze na kolor jasno-żółty".  
Otóż jedna znana fit blogerka, żona znanego męża, opublikowała przepis na 'pączki' z batatów, bananów i mąki kokosowej, smażone na oleju kokosowym. Ja się tylko pytam, jak to się ma do definicji pączka?
W ubiegłym roku wypróbowałam przepis na dietetyczne pączki i... zjadłam tradycyjnego :D
Bo pączek musi być pączkiem, smacznym, pachnącym, polukrowanym (albo posypanym cukrem pudrem, zgodnie z zamiłowaniem zjadacza) i musi wywoływać błogi uśmiech.
Inna fit trenerka, ulubienica naszej Młodej, opublikowała dzisiaj swoje foty z pączkami w obu dłoniach i gwiazdami w oczach. I to rozumiem! Trening, treningiem ale liczy się tradycja i dobra zabawa :D

Zjadlam.
Dwa.
Nie wstydzę się.
Jestem dumna nawet.
Bo pączki w tłusty czwartek, to wróżba dobrobytu w przyszłości.
No jak można mieć wyrzuty sumienia z powodu dobrobytu?
Jeden pączek... albo cztery, jeszcze nikogo nie zabił, a w dobrym towarzystwie to go nawet nikt nie zauważył... więc trzeba to powtórzyć :)

Smacznego!




niedziela, 19 lutego 2017

Złote myśli dreama

Kiedyś po koncercie Paganiniego podeszła do niego podekscytowana wielbicielka.
- Mistrzu, życie bym oddała, żeby grać tak, jak pan.
Na to zmęczony mistrz odpowiedział tylko:
- A pani myśli, że co ja zrobiłem?
Tyle tytułem wstępu, rozwinięciem i zakończeniem będzie wniosek, który naszedł mnie po czterech dniach siedzenia w książkach i mapach.
'Jak się magię obierze z blasku, zostaje tylko zapierdol'- tak, to cytat ze mnie.
Żeby zakręcić kieliszkiem i opowiadać o barwie, rimie, o bukiecie, aromacie i 'nogach', uczę się chemii, biologii, a w sumie to botaniki, geologii i nade wszystko geografii. Mój podziw dla Teda rośnie wprost proporcjonalnie do liczby pytań, które rodzą się w mojej głowie.
A z drugiej strony coraz bardziej mnie to kręci i nie wiem, czy to wpływ wina, czy grypy.

piątek, 17 lutego 2017

Ja to się umiem ustawić

Jestem po pierwszym egzaminie.
Nie znam wyniku, arkusze poleciały do Londynu, 'o wynikach zostaniemy poinformowani...'.
Po pierwszej części kolejnego kursu 'wiem, że nic nie wiem', czyli standard.
Wróciłam do domu i postanowiłam mieć ferie.
Tylko trzy godziny pracy dziennie dawały nadzieję na odpoczynek... chociaż trochę... odrobinkę?
Ale nie, no nie ze mną takie numery.
Inni mają ferie, a ja mam... grypę.
Odwołałam zatem zajęcia, odłożyłam książkę, gdyż i tak nie widzę liter, przede mną karton chusteczek, kubek z herbatą imbirową z miodem i cytrusami i leżę.

Nie potrafiłam zwolnić, grypsko zwolniło mnie.
Z jednej strony jestem wściekła, że mam chwilę czasu na nadrobienie zaległości i gluta do pasa, a z drugiej mam czas się nad sobą poużalać, czego zwykle nie robię, gdyż nie mam na to czasu :)

Koc miękko otula, herbata rozlewa się ciepełkiem wew środku.
Chyba sobie pośpię.
Czyż ja o tym nie marzyłam?
No proszę bardzo, marzenia się jednak spełniają.
Always look on the bright side of life :D

niedziela, 12 lutego 2017

Leniwie zacząć ferie...

Taki był plan.
Z planowaniem jest jednak tak, no... każdy wie, jak.
Miało być na luzie, z książką, pod kocykiem.
A wyszło istne szaleństwo.
Jako, że zachciało mi rozwoju osobistnego, w listopadzie wzięłam udział w kursie, ale, że kurs prowadził Ted, nie mogłam zdawać egzaminu. Okazało się, że od listopada do lutego minęło jakoś strasznie dużo czasu. No i nie pamiętam! Prawie nic!!!
Siedzę zatem od piątku wieczorem i próbuję połknąć tę żabę. Idzie mi tak opornie, że aż strach.
Strach opada mnie również na okoliczność decyzji, którą podjęłam pod wpływem niewiemkurwaczego, że idę za ciosem i zaraz po egzaminie, zaczynam kolejny poziom w tej drabinie.
Siedzę teraz i mimo, że terminologia po angielsku, to jednak temat szeroki na całyświat więc i hiszpański, i włoski i francuski i... zaraz oszaleję.
Co ja zrobiłam?
Ferii nie mam do końca wolnych, bo tak jakoś wyszło, że za dużo się dzieje i trzeba działać, a tu jeszcze trzeba zjeść tę ropuchę.
Czy ja jestem taka głodna?
Kuźwa, powiedziałam A.

A powinnam milczeć ;D

W przerwie jednak musi być MUZA gdyż zasłużyłam oraz FACECI jakoś lepiej ostatnio śpiewają, czy mi się zdaje?



czwartek, 9 lutego 2017

Oczekiwania... oraz dokąd to prowadzi

Jestem grzeczna- oczekuję kultury.
Jestem miła- oczekuję sympatii.
Szanuję- oczekując szacunku...
I tak dalej, i tak dalej...
Oraz ląduję w czarnej dupie zawodu i zniechęcenia tudzież zniesmaczenia.
Bo niby dlaczego, ktoś, kto pił moje kakao, żarł moje ciastka i uczył się u mnie języka obcego za pół ceny, mówił na mnie 'ciociu', miałby mi teraz mówić 'dzień dobry', szanować moją pracę i nie napierdalać muzą na full wiedząc, że ja za ścianą pracuję.
Dlaczego miałabym oczekiwać, że kulturalnie zamknie drzwi, nie przypierdalając swoimi tak, że moje, obok, drżą w posadach?
Dlatego, że mnie mamusia nauczyła, że to niekulturalnie, oraz ja nauczyłam moje dziecko, że tak nie należy robić?
Co mi daje prawo do posiadania nadziei, że moja sąsiadka nie pozwoli swojemu pierdolniętemu, uzależnionemu od kompa, synalkowi, grać po nocach? A jeżeli pozwoli, powstrzyma go od wrzasków w stylu 'giń kurwo, wypierdalaj szmato', oraz innych, w podobnym stylu (jeżeli tu można mówić o stylu) , których nie zmierzam powtarzać.
Zapomniałam dodać, że te wrzaski, to o 6:20?
Co daje mi prawo do nadziei, że ktoś mi przybiegnie z pomocą? Tylko to, że ja kiedyś pędziłam?

Nieoczekiwanie powoduje brak zawodu.
Przestaję oczekiwać.
Coraz bardziej przestaję.
Uczę się tego cierpliwie.
Nie należy liczyć na to, że ktoś  posługuje się moim systemem wartości.
Bo niby dlaczego śmiem sądzić, że mój system jest dobry?
Burakom żyje się lepiej, łatwiej.
Wypierdalają laskę i idą dalej szczęśliwi, nie zważając na to, że ktoś zatrzymał się na chwilę z zachwycie nad nacią (czy burak ma nać?).

Oczekiwania szkodzą.
Na serce, na ciśnienie, na zdrowie, na nastroje.
Nieoczekiwania są lepsze, powodują niezdziwienia.



poniedziałek, 6 lutego 2017

Przypadki MatkiZ

czyli, żebyście sobie nie myśleli, że nam jest tak łatwo lekko i przyjemnie.
U MatkiZ wykryto.
Matka wie, co wykryto, że jest to śmiertelne oraz niech nikt jej nie śmie mówić, jak to leczyć, bo ona wie, że grozi jej operacja na otwartym sercu.

- Możesz rozmawiać- rzuca do słuchawki wiedząc,  że nie.
- Pracuję, więc nie bardzo, oddzwonię, jak skończę- ja jej na to.
- To ci tylko szybko powiem, za mam tętniaka na aorcie. (Ona mi szybko powie, że ma TĘTNIAKA NA AORCIE  i pozwoli mi dalej KURWA  spokojnie pracować!!!)
- Widziałam opis USG, konsultowaliśmy go z Margo, to jest dopiero podejrzenie. Takie schodzenie potwierdza się, albo wyklucza badaniem TK z kontrastem, mamo- uspokajam, jak mogę.
- Ja już wiem, że to JEST TĘTNIAK!!!- to już raczej ryk szarżującego bawołu, niż słaby głosik ciężko chorej, starszej pani. W tym momencie do biura wchodzi Ted i z dziką radością obwieszczam mu, że dzwoni jego mamusia, a ja nie bardzo mogę rozmawiać... I przekazuję słuchawkę.

Potem był tomograf z kontrastem i z kompletem dokumentów panowie Ted i Zibi zawieźli mamusię do kardiochirurga, który potwierdził wstępną diagnozę, ale absolutnie nie zamierzał jej operować.
Tętniak... tętniaczek jest za mały, oczywiście mama ma się oszczędzać, ale bez przesady.
Nie, nie... to nie koniec.
Wczoraj z zupełnie innego końca Polski dzwoni kuzyn Teda.
- Jak ciocia po operacji?- wali wprost.
- Po jakiej operacji?- pyta zbaraniały Ted.
- No kuzynka Jola,  powiedziała cioci Zdzisi, że CiociaZ miała w czwartek operację na otwartym sercu.
- Ben, to była wizyta w poradni kardiochirurgicznej- Ted powstrzymał galopujące konie Bena, cioci i kuzynki aż zazgrzytało.
Nie wiem, co MatkaZ opowiada i komu, latając po mieście.
Wiem czego nie robi.
Zamiast samej przeprowadzać sobie operację na otwartym sercu, zajęłaby się dietą, ruchem i rehabilitacją.
Jej dieta to hasło odwieczne 'ja lubię ziemniaczki i chlebek', mam 155 wzrostu i ważę 80kg.
Bolą mnie kolana, mam wieńcówkę, nadciśnienie i Parkinsona, ale  nie będę się rehabilitowała, bo mnie to boli.
Jak padnę, będę miała w dupie, kto będzie dźwigał moją zacną... bo przecież ktoś musi i nie będzie to Zibi, bo przecież on mieszka w dużym mieście.

I co ja mam teraz napisać?
Jak dobrze, że jest instytucja tętniaka???


środa, 1 lutego 2017

Moja filozofia chudnięcia...

czyli jak schudnąć i się nie narobić :)
Po tym, jak u Teatra wywiązała się dyskusja na temat pracy nad wagą i sylwetką, a Teatr napisała, że tym się różnimy, że ja mam 'silną, silną wolę', a Ona ma słabą, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mnie się udało.
Pozwólcież, że podzielę się wnioskami.
Nie jest to zbiór złotych rad z przepisami i zestawami ćwiczeń, to raczej filozofia i historia mojego sukcesu.
Można to już nazwać sukcesem, myślę, gdyż wagę utrzymuję od ponad roku, a proces utraty 16 kilogramów trwał siedem miesięcy i został zatrzymany, bo JA tak zdecydowałam.
Otóż, podchodząc do sprawy po raz tysiąc trzysta pięćdziesiąty dziewiąty, nie miałam już nadziei, że coś da się zrobić. Po tym, jak usłyszałam, że mam dać sobie jeszcze jedną szansę, postawiłam warunki:
'Nie będę robiła niczego wbrew sobie, nie zamierzam przeprowadzić się do kuchni, nie będę jadła żadnych dziwnych potraw, ani kupowała dziwnych ingrediencji, nie mam zamiaru wypluwać płuc w siłowni, ani nigdzie indziej'.
Pomyślałam sobie, że z tym nastawieniem dostanę kopa i informację, że 'za darmo ptaki śpiewają'. Zobaczyłam tylko pobłażliwy uśmiech i usłyszałam prośbę 'proszę dać mi tydzień'.
Dałam.
Po pierwszym tygodniu, w którym to grzecznie wykonałam takie polecenia jak: postawienie celu, zweryfikowanie posiłków, dodanie odpowiedniej ilości płynów, odstawienie cukru i dodanie odrobiny ruchu, straciłam pierwsze 80 dekagramów.
Nigdy wcześniej nie poszło tak szybko.
Jeżeli chodzi o tę odrobinę ruchu, początkowo maszerowałam na stepperze przez 12 minut w szybkim tempie i spadałam z niego, jak głaz.
Najtrudniejsze były powroty do domu po pracy i kombinowanie, co mogę jeszcze zjeść, żeby zmieścić się w limicie tego, co mi wolno. Jesoo, jaka ja byłam wtedy głodna, ale jak się tak poważnie zastanowiłam, głodny był mój mózg.
Po dwóch tygodniach mózg zrozumiał, że nie dostanie żreć, musi zaakceptować odżywianie.
Moimi słodyczami stały się precyzyjnie odmierzone suszone owoce i orzechy, i tak jest do dzisiaj.
Po utracie pierwszych pięciu kilogramów doszłam do wniosku, że skoro idzie tak zgrabnie, a ja nie jestem na zesłaniu, tylko na diecie, mogę pozwolić sobie na coś słodkiego. Zaczęłam rozglądać się za przepisami, które spełniały następujące warunki: były wyliczone kalorycznie i nie zawierały jajek, dużej ilości tłuszczu oraz nie były słodzone cukrem. Tak, są takie ciasta, oraz moja rodzina je dzisiaj uwielbia.
Trening rozciągnął mi się do 50 minut. Kończę bez zadyszki. Mogłabym dłużej, ale po co?
Po pierwszych dziesięciu kilogramach zażyczyłam sobie torta w nagrodę. To się nazywa mieć fantazję!
Były tygodnie, kiedy chudłam, były, kiedy waga stała, czasem wskazówki wędrowały minimalnie w górę, po utracie 10 kilogramów, nie miało to już znaczenia.
Jedyny moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie zapanowałam nad wszystkim, to kwiecień ubiegłego roku, kiedy na moment poczułam się źle. Nie zapanowałam nad poziomem potasu. Wiem, po pół roku miałam zrobić badania, ale wydawało mi się, że wszystko jest OK. Nie było, co sprawiło, że dumnie chodziłam przez kilka tygodni z podbitym okiem i guzem na czole, po spotkaniu z podłogą w łazience.
Dzisiaj mogę powiedzieć/napisać, że ani na moment nie złamałam żadnego z, postawionych na początku, warunków.

Nie zrobiłam tego z frustracji, ani z powodów estetycznych.
I frustrację i estetykę już sobie dawno odpuściłam.
Tę ostatnią próbę podjęłam dlatego, że idąc z Tedem i Młodą na spacer nie mogłam z nimi pogadać- dostawałam zwyczajnie zadyszki.

Nie będę sypała frazesami, że każdy może, skoro ja dałam radę.
Ja znalazłam swojego gwoździa, który uwierał mnie w dupę, pytanie czy Ty znajdziesz swojego, a przede wszystkim, czy chcesz go szukać, bo przecież wcale nie musisz.

środa, 25 stycznia 2017

Kiedy On spotkał Ją...

zawirował świat.
On miał za sobą wieloletni związek, który zakończył się z hukiem.
Ona wybierała, przebierała i w efekcie końcowym została sama.
On- zapatrzony w nią, jak w obraz nie widzi, że 'trochę' nim manipuluje.
Ona- przez wiele lat sama teraz myśli 'ja, mnie, dla mnie, ze mną'.
Wszystko miało więc być magiczne, jak z Jej marzeń.
Wspólne, romantyczne podróże, wicie pięknego gniazdka, najpiękniejszy ślub cywilny, a następnie Jego wyjazd, bo ktoś na to wszystko musiał zarobić.
Bardzo Go lubię, więc mam nadzieję, że się dotrą.
Los zaplanował dla nich szorstki start.
Pierwsza ciąża skończyła się za wcześnie, żeby uratować dziecko.
Potem był huczny ślub kościelny, gdyż magia musiała trwać.
Ona ostatnie cztery miesiące spędziła w szpitalu.
Żeby kolejne dziecko donosić.
Maleńtas  przyszła na świat wczoraj.
Z niewydolnością oddechową.
On siedzi przy inkubatorze i patrzy, jak Maleńtas walczy.
Ona leży i martwi się za oboje i chyba pierwszy raz nie jest gwiazdą swojego show.

 Kurcze, jeżeli ktoś z Was marzy o dziecku, nie czekajcie, aż przyjdzie czas idealny.
Nie czekajcie, aż ułoży się Wam kariera, zarobicie na nowy dom, większy samochód, kolejny wyjazd za granicę.

On ma 45 lat, Ona czterdziestkę.
Wszystko miało być idealnie, ale... natury nie oszukasz.
Siedzę teraz i myślę, że dobrze by było, żeby Maleńtas dała radę, bo w najlepszym razie będzie miała problemy z koncentracją, ADHD albo jakieś inne dysy...
O najgorszym razie nie chce nawet myśleć.
 

czwartek, 19 stycznia 2017

Poruszenie w mieście...

wśród pokolenia MatkiZ wywołał news, że do miasta z koncertem przyjeżdża Gwiazda.
Dama polskiej estrady.
Rzuciło się towarzystwo Seniorów do MDK-u, a tam spotkała ich niemiła niespodzianka.
Cena biletów.
MatkaZ i jej znajomi ze smutkiem odeszli od kas.
110 złotych za bilet przerosło ich możliwości.
Tu na scenę wkroczyły dzieci, czyli my.
Wykorzystaliśmy okazję, żeby Ich ucieszyć.
Bilety dostali w prezencie, pod choinkę.
Byli szczęśliwi.
Podekscytowani.
Do ubiegłego tygodnia, kiedy to Gwiazda odwołała koncert, z powodu tego, że nie sprzedała się cała sala.
Uprzedzano Gwiazdę, że bilety są za drogie, że ludzie tego nie kupią.
Nie uwierzyła.

Seniorzy posmutnieli.
Kasa zwróciła pieniądze.
Coś tam sobie kupią na pocieszenie.
My na otarcie łez wysyłamy ich na inny koncert.
Artyści Opery Kijowskiej przyjeżdżają z fragmentami najpopularniejszych spektakli.
Im się opłaca.

Gwiazda, bez mrugnięcia okiem olała tych, którzy kupili bilety.
Tyle, że to oni przez całe lata kupowali jej płyty, głosowali w plebiscytach, stali za nią murem.
Wiem ile za koncert biorą gwiazdy na topie.
Mój kumpel, grał kiedyś spektakl dla dwudziestu niedobitków, którzy przyszli- miasto dało dupy i nie zdążyło z reklamą.
To się nazywa szacunek dla widza.
Zagrałbym nawet dla pięciu- powiedział.

No tak, ale on nie jest przebrzmiałą Gwiazdą.

środa, 18 stycznia 2017

Co to się kuźwa porobiło...?

Oliwia jest mądrym, grzecznym dzieckiem.
Uczy się w szkole muzycznej.
Jest uzdolniona plastycznie.
Uczy się języka obcego... u nas.

Tobiasz jest młodszym bratem Aleksandry, naszej wieloletniej uczennicy.
Aleksandra jest fajną, emocjonalną jednostką.
Tobiasz jest emocjonalny do kwadratu.
Zdolny do bólu, zupełnie w siebie nie wierzy.

Obojgu przydarzył się wybuch...
Emocji.
Nadmiernych.
Ona, doprowadzona na zajęcia przez papę frustrata, nie wytrzymała i popłynęły łzy i słowa.
Co trzeba zrobić dziecku, żeby pod adresem ojca wykrzykiwało epitety w stylu 'chory człowiek, powinien się leczyć, oszołom, wariat, obciach roku'?
Po tym, jak dała upust emocjom, zjadła pół kilograma czekolady, dała sobie wytłumaczyć, że wybuchy taty nie są jej winą, nie są mierzone w nią, tata, jak się uspokoi nie pamięta, co wykrzykiwał w złości, to tata ma problem, to on musi się leczyć.
Uff.
On, nie przyjął na klatę prawdy, że nie przygotował się do zajęć i poprawa to 72 rzeczowniki, które trzeba napisać. Wszyscy byli winni, że nie umiał, nawet koledzy, którzy dzielnie ponosili konsekwencje swojego lenistwa. Usłyszałam, że to moja wina, nie jestem sprawiedliwa, on się stara, a ja nawet nie ruszyłam głową, żeby to zauważyć, jest najgorszy w szkole, w domu, w rodzinie, życie jest do dupy, nie wytrze nosa, bo nie, nie uspokoi się, bo to i tak nic nie zmieni.
Nie dało się do niego dotrzeć. Nie mogłam go uspokoić, Sam się nakręcał. Koledzy patrzyli ze znakami zapytania w oczach.

On wyszedł trzaskając drzwiami.
Ona zapytała, czy jest jedyną, która odstawiła mi taka szopkę- uspokoiło ją to, że nie.
Gdybym spisała wszystko, co  wymyślili rodzice 'moim dzieciom' musiałbym wiać z miasta.

Jesteśmy pokręceni.
Wszyscy.
Nasze dzieci, w związku z naszym pokręceniem, potrzebują psychoterapii.
Albo będą potrzebowały w przyszłości.
Coś o tym wiem.

Bądźmy czujni.
Proszę.

niedziela, 15 stycznia 2017

Powiedz im...


Ludzie plują na WOŚP?
Naprawdę?
Niech staną przed ludźmi z tego filmu i powiedzą im, że WOŚP  to przekręt.
Niech im powiedzą, że nie dadzą ani grosza Owsiakowi.
Niech, widząc serduszko na sprzęcie ratującym życie, powiedzą lekarzowi 'o nie, tym sprzętem proszę nie ratować życia mojego dziecka, wnuka, ojca, babci...'.
Niech się odetną.
Zapieczeni w swoich ciasnych umysłach niech  nie patrzą do przodu, nie patrzą na boki.
To ich sprawa!
Dwadzieścia dwa lata temu Młoda, po bolesnym wyrwaniu Jej z mojego ciała, odzyskiwała równowagę w inkubatorze z serduszkiem.
Zawsze o tym będę pamiętała.
Grajmy, do końca świata...

piątek, 13 stycznia 2017

...

Ktoś mi wczoraj uratował dom.
Może nawet życie.
Banał?
Prawda.
Ktoś zadzwonił po Straż.
Silni i Profesjonalni wpadli ekipą.
Nie potrzebowali pomocy.
Wszystko trwało może godzinę.
Uratowali dom.
Nie zdążyli pomóc sąsiadowi.

Uczucie, które towarzyszyło nam ubranym, z kurtkami w rękach, czekającym na hasło 'zostać' lub 'opuścić' nie jest do opisania.

Nawet nie wiem, komu podziękować.
Silni i Profesjonalni nie czekali na 'dziękuję', my w szoku nawet nie wpadliśmy na to, żeby cokolwiek z siebie wydusić.

Dzisiaj zastanawiam się, czy to się naprawdę wydarzyło i tylko zapach spalenizny utwierdza mnie w przekonaniu, że tak.

środa, 11 stycznia 2017

Dary, dary, dary...

Trzej Królowie pojawili się u mnie z darami.
Przynieśli gorączkę, zapalenie zatok i zapalenie tchawicy :D
Nie ma, jak wejść w nowy rok z przytupem.
A takie miałam plany...
Ze wszystkich został mi kocyk, kubek herbaty i książka.
Tyle, że jakoś tak wszystko mnie uwierało, kuźwa.

W poniedziałek, cała przerażona, jak to będzie, gdyż z wolna traciłam głos, pojawiłam się w pracy.
Wirus dopadł nie tylko mnie, więc jakoś przeżyłam.
Ale we wtorek na dzień dobry wyskrzypiałam coś do Teda i wiedzieliśmy już, że jest żle.
Po konsultacji z... farmaceutami rodzinnymi na blacie w kuchni stanął antybiotyk.
Już wziąć, czy jeszcze się wstrzymać, krążyło wokół pytanie.
Moje proletariackie serce wrzeszczało 'Nie brać!!!', ale rozum mówił 'Nie dasz rady bez niego'.

W grupę wariatów na pewnym portalu rzuciłam żałosne 'Ratunku!'
W odpowiedzi przyszły różne odpowiedzi z propozycją konsumpcji główki czosnku włącznie. O propozycjach kogla-mogla na czerwonym winie i rozpędzaniu widma innymi mocnymi trunkami nawet nie wspominam.
Były też propozycje poważne, ale jedna, dziwna bardzo, okazała się być godną przetestowania i dzisiaj oto brzmię prawie normalnie, gotowa do nękania młodocianych adeptów sztuki konwersacji w języku obcym, zachodnim.


Więc (mam w dupie to, że od więc nie zaczyna się zdania, bo to, co po więc jest ważne i mam nadzieję, komuś się kiedyś przyda), jeżeli dopadnie Was kiedyś ABG (absolutni brak głosu), bierzecie gar (duży), wypełniacie go wodą, ale nie na chybił-nalał. Na każdy litr wody dodajecie doń 2 łyżki sody oczyszczanej i gotujecie tak, że po szybach w kuchni spływa woda. Siedzicie w tej kąpieli parowej 2 godziny (ja siedziałam przez całą 'Tłumaczkę') i na drugi dzień już prawie swoim głosem mówcie światu, radosne, 'dzień dobry'.

Zatem do darów Trzech Króli ja dodaję przepis, jak odzyskać głos, który zaginął.
Howgh!

niedziela, 1 stycznia 2017

Na ten Nowy Rok

Podczas, gdy moi rodacy oddawali się totalnej głupawce jedzenia, picia i wystrzeliwania w kosmos średniej krajowej, ja dokończyłam swoją pracę, zrobiłam (ostatni w starym roku) trening, wzięłam długą kąpiel, przygotowałam deskę serów i otworzyłam alzackiego gewurztraminera, którego sama, świadomie wybrałam (to w ramach uczenia się nowych rzeczy).
Ostatnią godzinę roku spędziłam z Rodziną i Przyjaciółmi. Mimo, że fizycznie sama, Ted jak zwykle był w pracy, ani na moment nie czułam się samotna.

Kochani, nie ma w tym nic odkrywczego, świat ma nas w dupie, dlatego też my musimy zadbać o siebie. W Nowym Roku bądźmy dla siebie  dobrzy. Nie liczmy na innych, sami dla siebie bądźmy dobrzy. Odżywiajmy się zdrowo, pijmy dużo wody, uprawiajmy sport, wysypiajmy się, odpoczywajmy, kiedy to możliwe, oddawajmy się swoim pasjom, słuchajmy dobrej muzy, czytajmy dobre książki, uczmy się nowych rzeczy, a od czasu do czasu, bądźmy też dobrzy dla innych.

Na Nowy Rok, tradycyjnie już, nie mam postanowień... no, oprócz pozbycia się tego kilograma, który zarobiłam w trakcie świąt i po nich, dojadając, żeby się nie zmarnowało :D

Na podsumowanie 2016 jeszcze przyjdzie czas.
Dzisiaj, pod kocykiem zbieram siły, żeby od jutra zacząć pracę.
Ojesoo, jak mi się nie chce, cytując klasyka jednak 'nie chcem, ale muszem'.

I jeszcze muza, piękna, Na Ten Nowy Rok z płyty, którą sama sobie kupiłam poświątecznie, w ramach bycia dobrą dla siebie, czego w Wam życzę, Howgh!