środa, 1 lutego 2017

Moja filozofia chudnięcia...

czyli jak schudnąć i się nie narobić :)
Po tym, jak u Teatra wywiązała się dyskusja na temat pracy nad wagą i sylwetką, a Teatr napisała, że tym się różnimy, że ja mam 'silną, silną wolę', a Ona ma słabą, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mnie się udało.
Pozwólcież, że podzielę się wnioskami.
Nie jest to zbiór złotych rad z przepisami i zestawami ćwiczeń, to raczej filozofia i historia mojego sukcesu.
Można to już nazwać sukcesem, myślę, gdyż wagę utrzymuję od ponad roku, a proces utraty 16 kilogramów trwał siedem miesięcy i został zatrzymany, bo JA tak zdecydowałam.
Otóż, podchodząc do sprawy po raz tysiąc trzysta pięćdziesiąty dziewiąty, nie miałam już nadziei, że coś da się zrobić. Po tym, jak usłyszałam, że mam dać sobie jeszcze jedną szansę, postawiłam warunki:
'Nie będę robiła niczego wbrew sobie, nie zamierzam przeprowadzić się do kuchni, nie będę jadła żadnych dziwnych potraw, ani kupowała dziwnych ingrediencji, nie mam zamiaru wypluwać płuc w siłowni, ani nigdzie indziej'.
Pomyślałam sobie, że z tym nastawieniem dostanę kopa i informację, że 'za darmo ptaki śpiewają'. Zobaczyłam tylko pobłażliwy uśmiech i usłyszałam prośbę 'proszę dać mi tydzień'.
Dałam.
Po pierwszym tygodniu, w którym to grzecznie wykonałam takie polecenia jak: postawienie celu, zweryfikowanie posiłków, dodanie odpowiedniej ilości płynów, odstawienie cukru i dodanie odrobiny ruchu, straciłam pierwsze 80 dekagramów.
Nigdy wcześniej nie poszło tak szybko.
Jeżeli chodzi o tę odrobinę ruchu, początkowo maszerowałam na stepperze przez 12 minut w szybkim tempie i spadałam z niego, jak głaz.
Najtrudniejsze były powroty do domu po pracy i kombinowanie, co mogę jeszcze zjeść, żeby zmieścić się w limicie tego, co mi wolno. Jesoo, jaka ja byłam wtedy głodna, ale jak się tak poważnie zastanowiłam, głodny był mój mózg.
Po dwóch tygodniach mózg zrozumiał, że nie dostanie żreć, musi zaakceptować odżywianie.
Moimi słodyczami stały się precyzyjnie odmierzone suszone owoce i orzechy, i tak jest do dzisiaj.
Po utracie pierwszych pięciu kilogramów doszłam do wniosku, że skoro idzie tak zgrabnie, a ja nie jestem na zesłaniu, tylko na diecie, mogę pozwolić sobie na coś słodkiego. Zaczęłam rozglądać się za przepisami, które spełniały następujące warunki: były wyliczone kalorycznie i nie zawierały jajek, dużej ilości tłuszczu oraz nie były słodzone cukrem. Tak, są takie ciasta, oraz moja rodzina je dzisiaj uwielbia.
Trening rozciągnął mi się do 50 minut. Kończę bez zadyszki. Mogłabym dłużej, ale po co?
Po pierwszych dziesięciu kilogramach zażyczyłam sobie torta w nagrodę. To się nazywa mieć fantazję!
Były tygodnie, kiedy chudłam, były, kiedy waga stała, czasem wskazówki wędrowały minimalnie w górę, po utracie 10 kilogramów, nie miało to już znaczenia.
Jedyny moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie zapanowałam nad wszystkim, to kwiecień ubiegłego roku, kiedy na moment poczułam się źle. Nie zapanowałam nad poziomem potasu. Wiem, po pół roku miałam zrobić badania, ale wydawało mi się, że wszystko jest OK. Nie było, co sprawiło, że dumnie chodziłam przez kilka tygodni z podbitym okiem i guzem na czole, po spotkaniu z podłogą w łazience.
Dzisiaj mogę powiedzieć/napisać, że ani na moment nie złamałam żadnego z, postawionych na początku, warunków.

Nie zrobiłam tego z frustracji, ani z powodów estetycznych.
I frustrację i estetykę już sobie dawno odpuściłam.
Tę ostatnią próbę podjęłam dlatego, że idąc z Tedem i Młodą na spacer nie mogłam z nimi pogadać- dostawałam zwyczajnie zadyszki.

Nie będę sypała frazesami, że każdy może, skoro ja dałam radę.
Ja znalazłam swojego gwoździa, który uwierał mnie w dupę, pytanie czy Ty znajdziesz swojego, a przede wszystkim, czy chcesz go szukać, bo przecież wcale nie musisz.

16 komentarzy:

  1. )))) na dietach jestem od...nie pamiętam od kiedy?
    zawsze cos mi nie odpowiadało w sobie, ale nigdy nie było tak źle, od wypadku samochod. nie mogę juz tak intensywnie ruszać i to jest najwiekszy problem...a pracuje intensywnie i jadam nieregularnie... kiedy byłam przez 2 miesiące, przed remontem na diecie z 5 posiłkami poszło 2- kilogramy. remont rozwalił mi wszystko. a teraz nastapiło ponowne opamiętanie. i dzięki z motywację Dreamu ))) spacery dwa, trzy razy w tygodniu i dwa razy w tygodniu ćwiczonka w teatrze, na ile mogę bez hardkoru. Za chwile wiosna ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez hardkoru to klucz, Teatru. Mnie zakazami i ndkazami wykańczania każda dieta. Na tej nic nie musiałam, raczej chciałam. Już nigdy nie wrócę do 'normalnego żarcia' bo to było głupie, do dawało mi kilogramów i sprawiało, że czułam się fatalnie, że sobą i tak ogólnie.

      Usuń
  2. Jesteś jedną z nielicznych osób, które piszą o chudnięciu tak "normalnie"i bez opisywania zamęczania się, katowania i ograniczania wszystkiego a zarazem udowadniasz że się da :)
    Fajnie to wiedzieć :) Może faktycznie, nie tylko w tym, znalezienie powodu, by coś robić jest kluczowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co to jest motywacja M? 😊 To motyw i akcja. Powód jest bardzo ważny, dla mnie był chyba najważniejszy, bo zawalczyć am, jak sobie obiecałam, ten ostatni raz.

      Usuń
    2. To prawda, powód jest ważny :)
      Zwłaszcza w momentach zwątpienia, które zwykle wcześniej czy później przychodzą, jak inaczej człowiek miałby sobie wytłumaczyć po co warto?

      Usuń
  3. Ja jestem na nieustajacej diecie od 42 lat!!! :) Teorie mam obkute na maksa! Moge rzucac z pamieci kaloriami i wartosciami odzywczymi! Niestety, teoria teoria, a kilogramy ida ciagle pomalu w gore :(
    Brak czasu, zasiedzenie i rozne inne przeszkody sa jak klody pod nogami...
    Kiedys.... i ja schudne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że schudniesz, bo dlaczego nie? Nie zastanawiaj się jak, znajdź odpowiedź w jakim celu, a sposób się znajdzie. Trzymam kciuki 😊

      Usuń
  4. Bardzo dobre i zdrowe podejście, można by rzec, że normalne :) Czyli, że można bez hardkoru :)Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można, w moim przypadku, trzeba :D

      Usuń
  5. Chyba nie powinnam sie wypowiadac, bo moje chudniecie akurat jest glownie skutkiem choroby. Ale...
    No wlasnie wczesniej bywalam na roznej masci dietach, glownie tylko po to zeby zaraz po odtrabieniu sukcesu zaczal sie powrot do starej wagi i czesto z dodatkiem.
    Nawet po pierwszym etapie raka, zaraz po zakonczeniu chemii waga wrocila i nie miala zamiaru odejsc.
    Dopiero jak rak wrocil i dostalam mocniejsza chemie w polaczeniu z radiacja i do tego przeszczep. Wtedy schudlam i ten proces chudniecia trwal jeszcze jakies 3-5 miesiecy po przeszczepie, co ponoc bylo naturalne.
    W ten sposob schudlam 15kg potem stanelam w miejscu caly czas majac oko na celowniku czyli sprawdzajac wage codziennie o tej samej porze. W moim przypadku robie to tuz po przebudzeniu, pierwsze co robie to staje nago na wage.
    I tak jak juz sie waga utrzymywala w miejscu to wtedy postanowilam, ze moze uda sie schudnac jeszcze wiecej, na zasadzie prostej kontroli.
    I udalo sie popchnac kolejne 8kg, w sumie wiec od 2015 roku stracilam 23kg. Teraz stoje pomiedzy 64.8 kg a 65.7 kg (tak dokladnie bo skorzystalam z tabeli przelicznika wagi:)))
    Udaje mi sie to bez zadnego wysilku, jedyne co robie to chodze, chodze bardzo duzo. Codziennie minimum 8km kilka razy udalo mi sie stuknac nawet 12km, ale 8 jest minimum. I robie to codziennie. Zaczelam stopniowo, latem ze wzgledu na upaly prawie wcale nie chodzilam.
    Jem wszystko co chce, tak Dreamu, nawet lody te z prawdziwej smietanki i zoltek (sama robie) jem chleb, jem tluszcz bo nie uznaje tych wszystkich odtluszczonych produktow.
    Jem wszystko, tyle tylko, ze w sensownych ilosciach.
    Ze wzgledu na codzienna kontrole wagi juz sie tak wycwanilam, ze przed swietami celowo chudne 3-4 funty czyli 1.5-2kg po to zebym mogla sobie pozwolic w swieta przytyc wlasnie to co zgubilam przed.
    W marcu minie dokladnie 1.5 roku i poki co nie mam zadnego problemu z utrzymaniem wagi. Jedyny problem jaki mam to z dodaniem cwiczen do tego chodzenia, bo juz czasowo nie wyrabiam, a tymczasem oprocz chodzenia, ktore zalatwia potrzeby dolnych czesci ciala, potrzebuje wiecej sily na gorze:) Moze sie uda, ale cienko to widze:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Twoje kilogramy poleciały z takim hardcorem, ze nikomu takiego nie życzę. O ćwiczenia na górę musisz poprosić rehabilitanta, bo nie wszystko Ci wolno ;)

      Usuń
    2. Nie, nie musze nikogo prosic, wszystko mi wolno, a nawet wiecej niz bym chciala :)))

      Usuń
  6. Najgorsze w tym chudnieciu to te mozgi nasze...wypada schudnac, a czekolada nie pyta...ona rozumie :)

    Ruch i zmiana zywieniowych nawykow. To mnie pomoglo. A ze lubie yoga...

    OdpowiedzUsuń
  7. Da się. Wiem po sobie, tylko trzeba mieć silną wolę. Bez tego jest ciężko. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy mam silna wolę, patrząc wstecz na liczbę porażek, raczej nie :)

      Usuń