Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

poniedziałek, 18 maja 2026

Histornia pewnej piosenki

 Siedzę przed nowym tabletem i piszę, na klawiaturze piszę. Doceniam. 

Jako, że zmiana telefonu i pojawienie się tabletu zaskutkowały chwilowym przestojem w logicznym funkcjonowaniu obu, musiałam się ponownie logować do większości aplikacji, których zwyczajowo używam. Niekiedy byłam traktowana, jak nowicjusz na pokładzie, poznikały moje ulubione rzeczy i przez chwilę wcale nie było śmiesznie. Tak też stało się na Spotify i aplikacja zaczęła proponować mi różne kawałki, co to albo je mam na jakiejś playliście, albo w bibliotece. I tak, wyświetliła mi się piosenka, o której dawno zapomniałam, a która była kiedyś bohaterką bardzo fajnej historii.

Otóż pewnego lata, na wyspie, na której mieszkał wtedy tylko Ted odbywał się festiwal, który zwykle latem się tam odbywa. My jak zwykle włóczyliśmy się od wydarzenia, do wydarzenia, a że nasza koleżanka i kolega mieli legitymacje prasowe, wchodziliśmy wszędzie za zupełną darmoszkę, nawet, jeżeli impreza darmowa nie była. Niestety owe legitymacje zobowiązywały naszych kumpli również do pracy i tak, w haniebny sposób, spóźniliśmy się na imprezę w klubie o wdzięcznej nazwie, do złudzenia przypominającej, nazwę dzielnicy Nowego Jorku, ze studolarówką, wymalowaną na całą ścianę, z najmniejszymi detalami przez naszych szurniętych przyjaciół Jacka i Wojtka. Wchodzimy więc do klubu, a tam ze sceny słyszymy ‚Dziękujemy bardzo’ i zespół schodzi. Gawiedź rozbawiona domaga się bisów, ale zespół twardo wchodzi na scenę, kłania się i schodzi. W końcu w tłum wstępuje nadzieja. Gitarzysta bierze instrument, podchodzi do mikrofonu i mówi;

-Kochani, zagramy dla was jeszcze, ale pod jednym warunkiem. Ja zaśpiewam i jeżeli na sali znajdzie się chociaż jedna osoba, która zaśpiewa ją ze mną, zjemy coś i będziemy grali dalej. 

Chłopak zaczyna grać na gitarze balladę, na sali zapada cisza, ludzie patrzą po sobie licząc, że ktoś dołączy. Anka nachyla się do mnie i mówi ‚musimy się pogodzić z tym, że ten koncert już się skończył’, Maciek potakuje, a za nami, jednocześnie z chłopakiem ze sceny ktoś zaczyna śpiewać. Wszyscy troje oglądamy się, jak na komendę, a za nami, z zapalniczką nad głową stoi Ted i śpiewa: 

„Love of my life you’ve hurt me

You’ve broken my heart and now you leave me…”

I tak do końca, każde słowo, wyartykułowanie, wyśpiewane, wybrzmiane. Chłopak ze sceny już wie, że szybka kanapka, pięćdziesiątka i popitka i trzeba będzie grać dalej, ale śpiewa, uśmiechając się do świra, który śmiał znać tekst piosenki. Nie było nas na koncercie, ale panowie na bis zagrali… drugi koncert. Wszyscy chcieli Tedowi postawić drinka za zasługi w przeciągnięciu imprezy, umówiliśmy się więc, że wszyscy pijemy piwo (sam by nie dał rady wszystkiego wypić) i tak, nie tylko weszliśmy na tamten koncert za free (pamiętacie? legitymacje prasowe Anki i Maćka) ale i piliśmy za free dzięki Freddiemu, Queen i dzięki temu, że Ted już wtedy pięknie mówił (i śpiewał😉) po angielsku.

Przypomniałam mu to i wiecie co? On zupełnie tego nie pamięta. 

I po to jest Spotify, pogubione loginy, hasła i złośliwość urządzeń. 

Oraz tak, pisanie na klawiaturze jest fajne… też😎





środa, 13 maja 2026

Szpitalne opowieści…

po belgijsku. 

Ted wybrał klinikę najbliżej nas. Przede wszystkim ze względu na czas oczekiwania, ale też ze względu na czas dojazdu i ewentualne kwitnięcie w korkach albo jego brak. 

W piątek o 6:55 wbiliśmy do szpitala w celu odpękania wszystkich formalności przed przyjęciem.



Po pobraniu numerka i bardzo krótkim oczekiwaniu Ted zasiadł przed uprzejmą panią, która zechciała mówić po angielsku, to w Belgii nie jest takie pewne,  Został przyjęty na oddział opieki jednodniowej. Tu większość zabiegów, które oczywiście można, wykonuje się na bazie takiej opieki. Został zaproszony na oddział, mogłam tam pojechać z nim, ale dalej już musiał być dzielny sam.



Na oddziale kolejna uprzejma pani zapięła mu opaskę na łapkę, wystawiła zwolnienie lekarskie na tydzień i skierowała go do sali, pokoju raczej. Pokój był jednoosobowy z łazienką, wygodnym fotelem, telewizorem na pół ściany i… sejfem. 




Tak, czekała też na niego woda i… szklanka. Nie plastikowy kubek. Szklanka. Każda kolejna pani pielęgniarka wchodząc, pukała i przedstawiała się imieniem i nazwiskiem. Ted dostał szpitalny kubraczek, jak na amerykańskim filmie, wiązany z tyłu, przebrał się i czekał na rozwój wydarzeń. Na sali zrobiono mu EKG, jeszcze podczas przyjęcia sczytane zostały, z jego dowodu osobistego, wyniki badań. Na dowód osobisty wrzuca się tu dużo potrzebnych informacji. Nie musisz na przykład zachowywać paragonu, jak kupujesz sprzęt, bo gwarancja również jest nań wczytywana. Ale wracamy do szpitala. Droga na salę operacyjną była doświadczeniem w stylu ‚witamy na kanale Discovery’, na suficie latały balony nad Kapadocją, szumiały lasy tropikalne, falowały morza i oceany, wschodziło i zachodziło słońce. Już przed salą operacyjną, kiedy Ted czekał w swoim boxie na zabieg, przed sobą miał ekran z obrazami, które zajęły go na tyle, że nie miał się czasu zestresować. 

Po operacji, do czasu wybudzenia, nasz pacjent został odstawiony do boxu, jak poprzednio, a po wybudzeniu i sprawdzeniu, jak zniósł zabieg, pani anestezjolog zapytała go, czy… zje loda. Jako, że nie jadł biedny śniadania, przyjął propozycję konsumpcyjną z zachwytem i dostał sorbet. Potem był już tylko powrót do sali i dano mu się wyspać. W tak zwanym międzyczasie zadzwonił do mnie, że wszystko jest git i poszedł (hehe) spać dalej. Po wszystkich zabiegach pooperacyjnych przyszła pani i zapytała czy ma ochotę coś zjeść. Miał. Pani przyjęła zatem zamówienie, jak rasowy kelner w pięciogwiazdkowym hotelu i już po chwili chłopak dostał kawę z mleczkiem w dzbanuszku, ciemne pieczywo, serek, masło, konfiturki i poczuł, jak zdrowieje. 

Czas do wypisu zajęły kolejne czynności pooperacyjne, zmiana opatrunków i inne przyjemności i koło godziny 17:00 zadzwonił, że przesyłka jest gotowa do odbioru a, że zabieg odbywał się w pełnym znieczuleniu, nie było opcji, żeby do domu wracał sam, co musiał przyjąć do wiadomości i podpisać, jeszcze przed zabiegiem. Pacjenta odebrałam podjeżdżając pod sam szpital, gdzie znajduje się kilka miejsc parkingowych przeznaczonych na takie okazje, czas parkowania , to jedynie 15 minut, ale to wystarczyło, żeby zgarnąć go z tych uroczych beżowych foteli w lobby szpitala, który wcale nie wyglądał, jak szpital. 

Ted stwierdził, że mimo, że go trochę boli, doświadczenie było z gatunku tych przyjemnych.

I tak to się robi w Belgii pamiętniczku.

niedziela, 10 maja 2026

Urodziny czyli

 Happy birthday to me😉

To były najspokojniejsze urodziny jakich kiedykolwiek doświadczyłam. Ted w pierwszej dobie po operacji, ja nic nie mogę zjeść i wypić, ot wiódł ślepy kulawego😂

Zamiast pojechać w miasto i wybrać najfajniejszą knajpę, pojechaliśmy do apteki wykupić poszpitalną receptę i kupić spodnie od dresu, które nie wyglądają, jak od dresu, bo Ted raczej nie gustuje a tego typu outficie, a musi być luźno i wygodnie przez następny miesiąc. Poszaleliśmy zatem, a, że nasza okolica jest rozległa, nie było nas 4 godziny, co zaskutkowało tym, że mi się chłopak odwodnił i musiałam go ratować. 

Jako, że tematem notki są urodziny, doświadczenia szpitalne, a są ciekawe, opiszę w następnej. 

Dzisiaj tylko dorzucę, że nadal oficjalnie nie wiem, co dostałam w prezencie, gdyż nie macie pojęcia, na jak wysokim poziomie są w Polsce usługi kurierskie i paczkomatowe, i o tym też napiszę. 

Dzisiaj o urodzinach przypomina mi bukiet kwiatów i to tyle. Nie czuję się starsza, poniszczona wiekiem, zniszczona zmianą kodu. Już od ponad dwóch lat wisi nad nami konieczność odkładania wszelkich obchodów na później i to jest ok. Cieszę się, że zmierzam w jakimś sensownym kierunku, że za rok zjem bezkarnie przysłowiową pizzę i wtedy możemy jechać do Włoch. Podczas stawiania pierwszej diagnozy usłyszałam ‚będziesz musiała z tym żyć’. Dzisiaj wiem, że nie, że to się da ogarnąć i mimo, że teraz jest najgorzej od dwóch lat, za chwilę będzie już tylko lepiej. 

I takie to mam powody do świętowania. Ted zdrowieje, ja zdrowieję, a że wczoraj zjadłam kilka kawałków babki i skończyło się to źle, to tylko drobiazg jest. 

Ostatnio usłyszałam ‚składajmy nasze życie z troszków’, troszkę świętowania, troszkę pracy, troszkę cierpienia, troszkę radości i, jak pod poprzednią notką napisał Celt Piotruś, mamy życie we względnej równowadze. Że za mało chcę od życia? Chwilowo żądanie szampana i ostryg jest nierealne, ale nikt nie powiedział, że za chwilę się to nie zmieni i… tego sobie życzę. Równowagi ale jednak zmiany. Bo plany mam zacne, a opierają się one w 100% o zmianę😀


Znowu nie mogę dodawać zdjęć. Już mnie to nawet nie wkurza😂

niedziela, 3 maja 2026

Już maj pamiętniczku







 … już maj. 

Nie narzekam, że mi czas zapierdala. Stwierdzam raczej fakt. 

Dzieje się dużo i, niekoniecznie dobrze i nawet, jeśli mam ochotę coś napisać, to zwyczajnie nie mam siły.

Ale od początku. Święta w Polsce były fantastyczne. Miarą jakości spędzonego z ludźmi czasu dla mnie jest to, czy przyszło mi do głowy włączyć telewizor. Otóż nie, oraz pogaduchy do 3 mnie wykańczały, ale z drugiej strony dodawały energii. Porąbane to. Zanim jednak nastały święta w sobotę, na piętnaście minut przed zamknięciem, chłopaki (Ted i Krzyś) wyszli z pewnego sklepu z… nową zmywarką, gdyż stara umarła, a bez niej ze stadem gości w domu byłoby słabo. Mamy zatem nową, to był plus dodatni, ujemny to stres, czy uda się coś kupić i czas, jaki zmarnowaliśmy montując nowe ustrojstwo, zamiast uprawiać bieg  między piekarnikiem, kuchenką, airfryerem i parowarem. Zdążyliśmy ze wszystkim, bo zawsze dajemy radę, ale łatwo nie było, ci pamiętniczku powiem szczerze.

Byliśmy u Cioci, codziennie. Nawet nie wiemy, czy nas poznała… ech.

Po świętach dotarł drugi probiotyk i teraz jest jeszcze gorzej, niż było. Incydenty histaminowe się zdarzają i kiedy to następuje, odstawiam oba na 48 godzin, jak wszystko wraca do normy, zaczynam brać znowu (od połowy dawki)  i tak do kolejnego incydentu. Czuję się źle, nic nie mogę jeść, jestem wkurwiona i przy życiu trzyma mnie jedno zdanie ‚nie przestawaj, z tego musi wyjść coś dobrego, cierpliwości’. Cierpliwa jestem od lutego, mam już spore deficyty, a poprawy jak nie było, tak nie ma. Nie mam wyboru, czekam zatem… na poprawę, na steka, wino i deskę serów, a musisz wiedzieć pamiętniczku, że tu serio jest na co czekać. 

Żeby było zabawnie, zmieniłam telefon, bo poprzedniemu padała  bateria szybciej, niż rozkręcał się dzień. Matko, jak ja tego nie lubię. Niby wszystko powinno się przenieść z jednego do drugiego bez problemu ale… się nie przeniosło i tak mam dodaną tylko polską kartę (słabe pocieszenie, bo tu jej raczej nie używam), szlag mi trafił połowę aplikacji w tym itsme, to taki tutejszy mObywatel. Bez itsme nie mogę odpalić aplikacji bankowej, a potwierdzeniem tożsamości w tejże może być tylko itsme. Kółko graniaste się zamyka, a ja jestem w dupie. Oczywiście zegarek również ucierpiał, 24 godziny parowałam go z nowym telefonem i aż dziw, że oba sprzęty przeżyły tę bitwę w jednym kawałku, a ja nikogo nie zabiłam. Niestety już wiem, co dostanę na urodziny. Czeka mnie kolejna bitwa na sprzęty, tym razem z tabletem. Z jednej strony mam już ciarki na pleckach na tę okoliczność, a z drugiej paluszki mnie swędzą, gdyż możliw, że to jeden z ostatnich tekstów pisanych na telefonie.

Jeszcze tylko operacja Teda na nóżkę w piątek i może na chwilę będzie spokój. Bardzo poproszę. Niestety stres nasila problemy histaminowe, więc kolejna jazda zaplanowana jest za 3, 2, 1 bum!

W międzyczasie, jak widać powyżej, byliśmy się powłóczyć w fajnym miejscu, bo przecież trzeba coś robić, żeby nie zwariować. 

I tak się kulam pamiętniczku w nadziei, że kulanie następuje w dobrą stronę. 


Taka złota myśl nas dopadła w Prinsenpark (To, na czym się skupiasz, rośnie) skupiam się na pozytywach i kulam się dalej, może w końcu do kolejnej certyfikacji😂