Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

poniedziałek, 18 maja 2026

Histornia pewnej piosenki

 Siedzę przed nowym tabletem i piszę, na klawiaturze piszę. Doceniam. 

Jako, że zmiana telefonu i pojawienie się tabletu zaskutkowały chwilowym przestojem w logicznym funkcjonowaniu obu, musiałam się ponownie logować do większości aplikacji, których zwyczajowo używam. Niekiedy byłam traktowana, jak nowicjusz na pokładzie, poznikały moje ulubione rzeczy i przez chwilę wcale nie było śmiesznie. Tak też stało się na Spotify i aplikacja zaczęła proponować mi różne kawałki, co to albo je mam na jakiejś playliście, albo w bibliotece. I tak, wyświetliła mi się piosenka, o której dawno zapomniałam, a która była kiedyś bohaterką bardzo fajnej historii.

Otóż pewnego lata, na wyspie, na której mieszkał wtedy tylko Ted odbywał się festiwal, który zwykle latem się tam odbywa. My jak zwykle włóczyliśmy się od wydarzenia, do wydarzenia, a że nasza koleżanka i kolega mieli legitymacje prasowe, wchodziliśmy wszędzie za zupełną darmoszkę, nawet, jeżeli impreza darmowa nie była. Niestety owe legitymacje zobowiązywały naszych kumpli również do pracy i tak, w haniebny sposób, spóźniliśmy się na imprezę w klubie o wdzięcznej nazwie, do złudzenia przypominającej, nazwę dzielnicy Nowego Jorku, ze studolarówką, wymalowaną na całą ścianę, z najmniejszymi detalami przez naszych szurniętych przyjaciół Jacka i Wojtka. Wchodzimy więc do klubu, a tam ze sceny słyszymy ‚Dziękujemy bardzo’ i zespół schodzi. Gawiedź rozbawiona domaga się bisów, ale zespół twardo wchodzi na scenę, kłania się i schodzi. W końcu w tłum wstępuje nadzieja. Gitarzysta bierze instrument, podchodzi do mikrofonu i mówi;

-Kochani, zagramy dla was jeszcze, ale pod jednym warunkiem. Ja zaśpiewam i jeżeli na sali znajdzie się chociaż jedna osoba, która zaśpiewa ją ze mną, zjemy coś i będziemy grali dalej. 

Chłopak zaczyna grać na gitarze balladę, na sali zapada cisza, ludzie patrzą po sobie licząc, że ktoś dołączy. Anka nachyla się do mnie i mówi ‚musimy się pogodzić z tym, że ten koncert już się skończył’, Maciek potakuje, a za nami, jednocześnie z chłopakiem ze sceny ktoś zaczyna śpiewać. Wszyscy troje oglądamy się, jak na komendę, a za nami, z zapalniczką nad głową stoi Ted i śpiewa: 

„Love of my life you’ve hurt me

You’ve broken my heart and now you leave me…”

I tak do końca, każde słowo, wyartykułowanie, wyśpiewane, wybrzmiane. Chłopak ze sceny już wie, że szybka kanapka, pięćdziesiątka i popitka i trzeba będzie grać dalej, ale śpiewa, uśmiechając się do świra, który śmiał znać tekst piosenki. Nie było nas na koncercie, ale panowie na bis zagrali… drugi koncert. Wszyscy chcieli Tedowi postawić drinka za zasługi w przeciągnięciu imprezy, umówiliśmy się więc, że wszyscy pijemy piwo (sam by nie dał rady wszystkiego wypić) i tak, nie tylko weszliśmy na tamten koncert za free (pamiętacie? legitymacje prasowe Anki i Maćka) ale i piliśmy za free dzięki Freddiemu, Queen i dzięki temu, że Ted już wtedy pięknie mówił (i śpiewał😉) po angielsku.

Przypomniałam mu to i wiecie co? On zupełnie tego nie pamięta. 

I po to jest Spotify, pogubione loginy, hasła i złośliwość urządzeń. 

Oraz tak, pisanie na klawiaturze jest fajne… też😎





środa, 13 maja 2026

Szpitalne opowieści…

po belgijsku. 

Ted wybrał klinikę najbliżej nas. Przede wszystkim ze względu na czas oczekiwania, ale też ze względu na czas dojazdu i ewentualne kwitnięcie w korkach albo jego brak. 

W piątek o 6:55 wbiliśmy do szpitala w celu odpękania wszystkich formalności przed przyjęciem.



Po pobraniu numerka i bardzo krótkim oczekiwaniu Ted zasiadł przed uprzejmą panią, która zechciała mówić po angielsku, to w Belgii nie jest takie pewne,  Został przyjęty na oddział opieki jednodniowej. Tu większość zabiegów, które oczywiście można, wykonuje się na bazie takiej opieki. Został zaproszony na oddział, mogłam tam pojechać z nim, ale dalej już musiał być dzielny sam.



Na oddziale kolejna uprzejma pani zapięła mu opaskę na łapkę, wystawiła zwolnienie lekarskie na tydzień i skierowała go do sali, pokoju raczej. Pokój był jednoosobowy z łazienką, wygodnym fotelem, telewizorem na pół ściany i… sejfem. 




Tak, czekała też na niego woda i… szklanka. Nie plastikowy kubek. Szklanka. Każda kolejna pani pielęgniarka wchodząc, pukała i przedstawiała się imieniem i nazwiskiem. Ted dostał szpitalny kubraczek, jak na amerykańskim filmie, wiązany z tyłu, przebrał się i czekał na rozwój wydarzeń. Na sali zrobiono mu EKG, jeszcze podczas przyjęcia sczytane zostały, z jego dowodu osobistego, wyniki badań. Na dowód osobisty wrzuca się tu dużo potrzebnych informacji. Nie musisz na przykład zachowywać paragonu, jak kupujesz sprzęt, bo gwarancja również jest nań wczytywana. Ale wracamy do szpitala. Droga na salę operacyjną była doświadczeniem w stylu ‚witamy na kanale Discovery’, na suficie latały balony nad Kapadocją, szumiały lasy tropikalne, falowały morza i oceany, wschodziło i zachodziło słońce. Już przed salą operacyjną, kiedy Ted czekał w swoim boxie na zabieg, przed sobą miał ekran z obrazami, które zajęły go na tyle, że nie miał się czasu zestresować. 

Po operacji, do czasu wybudzenia, nasz pacjent został odstawiony do boxu, jak poprzednio, a po wybudzeniu i sprawdzeniu, jak zniósł zabieg, pani anestezjolog zapytała go, czy… zje loda. Jako, że nie jadł biedny śniadania, przyjął propozycję konsumpcyjną z zachwytem i dostał sorbet. Potem był już tylko powrót do sali i dano mu się wyspać. W tak zwanym międzyczasie zadzwonił do mnie, że wszystko jest git i poszedł (hehe) spać dalej. Po wszystkich zabiegach pooperacyjnych przyszła pani i zapytała czy ma ochotę coś zjeść. Miał. Pani przyjęła zatem zamówienie, jak rasowy kelner w pięciogwiazdkowym hotelu i już po chwili chłopak dostał kawę z mleczkiem w dzbanuszku, ciemne pieczywo, serek, masło, konfiturki i poczuł, jak zdrowieje. 

Czas do wypisu zajęły kolejne czynności pooperacyjne, zmiana opatrunków i inne przyjemności i koło godziny 17:00 zadzwonił, że przesyłka jest gotowa do odbioru a, że zabieg odbywał się w pełnym znieczuleniu, nie było opcji, żeby do domu wracał sam, co musiał przyjąć do wiadomości i podpisać, jeszcze przed zabiegiem. Pacjenta odebrałam podjeżdżając pod sam szpital, gdzie znajduje się kilka miejsc parkingowych przeznaczonych na takie okazje, czas parkowania , to jedynie 15 minut, ale to wystarczyło, żeby zgarnąć go z tych uroczych beżowych foteli w lobby szpitala, który wcale nie wyglądał, jak szpital. 

Ted stwierdził, że mimo, że go trochę boli, doświadczenie było z gatunku tych przyjemnych.

I tak to się robi w Belgii pamiętniczku.

niedziela, 10 maja 2026

Urodziny czyli

 Happy birthday to me😉

To były najspokojniejsze urodziny jakich kiedykolwiek doświadczyłam. Ted w pierwszej dobie po operacji, ja nic nie mogę zjeść i wypić, ot wiódł ślepy kulawego😂

Zamiast pojechać w miasto i wybrać najfajniejszą knajpę, pojechaliśmy do apteki wykupić poszpitalną receptę i kupić spodnie od dresu, które nie wyglądają, jak od dresu, bo Ted raczej nie gustuje a tego typu outficie, a musi być luźno i wygodnie przez następny miesiąc. Poszaleliśmy zatem, a, że nasza okolica jest rozległa, nie było nas 4 godziny, co zaskutkowało tym, że mi się chłopak odwodnił i musiałam go ratować. 

Jako, że tematem notki są urodziny, doświadczenia szpitalne, a są ciekawe, opiszę w następnej. 

Dzisiaj tylko dorzucę, że nadal oficjalnie nie wiem, co dostałam w prezencie, gdyż nie macie pojęcia, na jak wysokim poziomie są w Polsce usługi kurierskie i paczkomatowe, i o tym też napiszę. 

Dzisiaj o urodzinach przypomina mi bukiet kwiatów i to tyle. Nie czuję się starsza, poniszczona wiekiem, zniszczona zmianą kodu. Już od ponad dwóch lat wisi nad nami konieczność odkładania wszelkich obchodów na później i to jest ok. Cieszę się, że zmierzam w jakimś sensownym kierunku, że za rok zjem bezkarnie przysłowiową pizzę i wtedy możemy jechać do Włoch. Podczas stawiania pierwszej diagnozy usłyszałam ‚będziesz musiała z tym żyć’. Dzisiaj wiem, że nie, że to się da ogarnąć i mimo, że teraz jest najgorzej od dwóch lat, za chwilę będzie już tylko lepiej. 

I takie to mam powody do świętowania. Ted zdrowieje, ja zdrowieję, a że wczoraj zjadłam kilka kawałków babki i skończyło się to źle, to tylko drobiazg jest. 

Ostatnio usłyszałam ‚składajmy nasze życie z troszków’, troszkę świętowania, troszkę pracy, troszkę cierpienia, troszkę radości i, jak pod poprzednią notką napisał Celt Piotruś, mamy życie we względnej równowadze. Że za mało chcę od życia? Chwilowo żądanie szampana i ostryg jest nierealne, ale nikt nie powiedział, że za chwilę się to nie zmieni i… tego sobie życzę. Równowagi ale jednak zmiany. Bo plany mam zacne, a opierają się one w 100% o zmianę😀


Znowu nie mogę dodawać zdjęć. Już mnie to nawet nie wkurza😂

niedziela, 3 maja 2026

Już maj pamiętniczku







 … już maj. 

Nie narzekam, że mi czas zapierdala. Stwierdzam raczej fakt. 

Dzieje się dużo i, niekoniecznie dobrze i nawet, jeśli mam ochotę coś napisać, to zwyczajnie nie mam siły.

Ale od początku. Święta w Polsce były fantastyczne. Miarą jakości spędzonego z ludźmi czasu dla mnie jest to, czy przyszło mi do głowy włączyć telewizor. Otóż nie, oraz pogaduchy do 3 mnie wykańczały, ale z drugiej strony dodawały energii. Porąbane to. Zanim jednak nastały święta w sobotę, na piętnaście minut przed zamknięciem, chłopaki (Ted i Krzyś) wyszli z pewnego sklepu z… nową zmywarką, gdyż stara umarła, a bez niej ze stadem gości w domu byłoby słabo. Mamy zatem nową, to był plus dodatni, ujemny to stres, czy uda się coś kupić i czas, jaki zmarnowaliśmy montując nowe ustrojstwo, zamiast uprawiać bieg  między piekarnikiem, kuchenką, airfryerem i parowarem. Zdążyliśmy ze wszystkim, bo zawsze dajemy radę, ale łatwo nie było, ci pamiętniczku powiem szczerze.

Byliśmy u Cioci, codziennie. Nawet nie wiemy, czy nas poznała… ech.

Po świętach dotarł drugi probiotyk i teraz jest jeszcze gorzej, niż było. Incydenty histaminowe się zdarzają i kiedy to następuje, odstawiam oba na 48 godzin, jak wszystko wraca do normy, zaczynam brać znowu (od połowy dawki)  i tak do kolejnego incydentu. Czuję się źle, nic nie mogę jeść, jestem wkurwiona i przy życiu trzyma mnie jedno zdanie ‚nie przestawaj, z tego musi wyjść coś dobrego, cierpliwości’. Cierpliwa jestem od lutego, mam już spore deficyty, a poprawy jak nie było, tak nie ma. Nie mam wyboru, czekam zatem… na poprawę, na steka, wino i deskę serów, a musisz wiedzieć pamiętniczku, że tu serio jest na co czekać. 

Żeby było zabawnie, zmieniłam telefon, bo poprzedniemu padała  bateria szybciej, niż rozkręcał się dzień. Matko, jak ja tego nie lubię. Niby wszystko powinno się przenieść z jednego do drugiego bez problemu ale… się nie przeniosło i tak mam dodaną tylko polską kartę (słabe pocieszenie, bo tu jej raczej nie używam), szlag mi trafił połowę aplikacji w tym itsme, to taki tutejszy mObywatel. Bez itsme nie mogę odpalić aplikacji bankowej, a potwierdzeniem tożsamości w tejże może być tylko itsme. Kółko graniaste się zamyka, a ja jestem w dupie. Oczywiście zegarek również ucierpiał, 24 godziny parowałam go z nowym telefonem i aż dziw, że oba sprzęty przeżyły tę bitwę w jednym kawałku, a ja nikogo nie zabiłam. Niestety już wiem, co dostanę na urodziny. Czeka mnie kolejna bitwa na sprzęty, tym razem z tabletem. Z jednej strony mam już ciarki na pleckach na tę okoliczność, a z drugiej paluszki mnie swędzą, gdyż możliw, że to jeden z ostatnich tekstów pisanych na telefonie.

Jeszcze tylko operacja Teda na nóżkę w piątek i może na chwilę będzie spokój. Bardzo poproszę. Niestety stres nasila problemy histaminowe, więc kolejna jazda zaplanowana jest za 3, 2, 1 bum!

W międzyczasie, jak widać powyżej, byliśmy się powłóczyć w fajnym miejscu, bo przecież trzeba coś robić, żeby nie zwariować. 

I tak się kulam pamiętniczku w nadziei, że kulanie następuje w dobrą stronę. 


Taka złota myśl nas dopadła w Prinsenpark (To, na czym się skupiasz, rośnie) skupiam się na pozytywach i kulam się dalej, może w końcu do kolejnej certyfikacji😂

sobota, 4 kwietnia 2026

Niech będą…


Niech Ci będzie dobrze w te Święta.

Ze względu na ludzi, z którymi je spędzasz, na historie, które za czas jakiś będą opowiadały się same. Na nastrój oczekiwania na tych, którzy jeszcze w drodze. Na stół, który zachwyci jutro, bo dzisiaj jeszcze działa tryb ‚zostaw, to na święta’. Ze względu na ten czas, który zwalnia na chwilę, żeby Cię utulić. 

Niech Ci zwyczajnie będzie dobrze…


sobota, 21 marca 2026

Wiosna, ach to ty…


 Cytując mistrza Jeremiego ‘ja zawsze byłam za wiosną,  bez względu na porę roku’. Dziwnie jednak celebruje się pierwszy jej dzień, kiedy tu temperatury zaliczyły już urocze 24 stopnie i pełnię słońca, a pierwsze żonkile już przekwitają. No ale to jednak dzisiaj oficjalnie jest wiosna. I w sumie nie ma znaczenia, jak bardzo kwitną, albo nie kwitną kwiatki, bardziej chodzi o to, w jaki czas wchodzi nasze ciało. 
Na poziomie biologii reaguje ono na zmianę kierunku energii i światła. Układ hormonalny i rytm dobowy przechodzą w fazę aktywacji i pojawia się naturalna gotowość do działania nie z poziomu presji, ale z poziomu synchronizacji z naturą. 
Wiecie dlaczego tak słabo realizują się nasze noworoczne postanowienia? Bo podejmujemy je w chwili, kiedy nie jesteśmy jeszcze gotowi działać. To dzisiaj, 21 marca jest moment, żeby ruszyć w nowym kierunku, z energią, nie tylko własną, ale też z energią ziemi. 
Od kiedy się o tym dowiedziałam nigdy nie podjęłam wyzwania w styczniu. Moje ciało spało, jak miś w gawrze. 
Lekkie ruchy zaczęłam dwa tygodnie temu. Trochę Tai Chi, tak tylko na rozruch. Od poniedziałku ruszam pełną parą, trochę, jak z pracami w ogrodzie. Może NW, może step, trochę treningu siłowego, jeszcze nie wiem. Mam cały weekend, żeby to zaplanować. 
Ted z usuniętym płynem z kolana, wstrzykniętym sterydem siedzi na d… i nie przeciąża nogi. Za tydzień rezonans i kolejne spotkanie z ortopedą. Nie pospacerujemy sobie w naszym ulubionym parku, w którym dzisiaj, tradycyjnie pojawią się, pierwszy raz po zimie, budki z najlepszymi w okolicy lodami.

Dobrej wiosny Wam życzę i dobrego weekendu💚

czwartek, 19 marca 2026

O matko co to był za weekend i…

 … teraz wcale nie jest lepiej. 

Plany na weekend były takie, żeby gdzieś się ruszyć. Zweryfikowała je pogoda, bo miało lać. Zdecydowaliśmy zatem, że jedziemy do centrum handlowego bo tam zrealizujemy zamówienie zajączkowe Młodej i Krzysia, a przy okazji zjemy bajgla w naszej ulubionej knajpie. 

O jakaż ja byłam naiwna myśląc, że ten plan się powiedzie. W sobotę obudziłam się czując się nienajlepiej, a to w związku z faktem, że biorąc probiotyk od miesiąca wierzyłam, iż jest nieźle i ostatni tydzień pozwalałam sobie wieczorami a to na ciastko, a to na czipsy. Nienajlepiej to delikatne określenie tego, co wydarzyło się w chwili, kiedy byłam właściwie gotowa do wyjścia. Zapłaciłam pełną cenę plus vat i odsetki za wszystko, czego nie powinnam zjeść. Mój konsultant nazwał to ostrą reakcją jelitową. Było to bardzo uprzejme określenie tego, co działo się z moim układem  pokarmowym, bo ja bym to nazwała ostrą s… . Na koniec rozmowy usłyszałam ‘przy nietolerancji histaminy i zmianach  w mikrobiocie, jelita potrafią reagować bardzo gwałtownie na coś, co kiedyś wydałało się być w miarę ok. To nie znaczy, że coś się pogorszyło, tylko, że jelita w trakcie regulacji są bardziej reaktywnie, nie mówiłem ci tego?’ No kur… nie. 

W związku z zaistnieniem pewnych faktów wczoraj pierwszy raz zjadłam coś, co nie było sucharkiem. Był to ryż z gotowanym jabłkiem, a cieszyłam się jak na policzki wołowe z musem z ziemniaków i czerwoną kapustą. 

Ted ledwie chodzi, kolano po usg, naznajdowali tam skarbów, konsultacja ortopedyczna wyznaczona na 16 kwietnia, ale dzisiaj już nie zdzierżył. Zadzwonił do kliniki w centrum miasta. Wizyta jutro o 16, trzeba będzie wyjechać o 14:30 bo to piątek i będzie masakra komunikacyjna. 

Musimy się ogarnąć bo zaraz święta, a my mamy gości, w PL oczywiście. Trzeba tam dotrzeć, coś ugotować, zjeść i w moim przypadku znieść to bez uszczerbku na… Wy już tam wiecie na czym. 

Oraz rozdali Oskary i Timothee Chalamet nie dostał, bo był uprzejmy wyrazić swoje niepochlebne zdanie na temat szlachetnej sztuki opery i baletu. Niefortunnie, przyznam, ale kurcze miał prawo wyrazić pogląd. Nawiasem mówiąc nie minął się z prawdą w swojej wypowiedzi, bo badania pokazują, że tylko 2% populacji ogląda spektakle operowe i baletowe, w tym ja, ale nie poczułam się urażona. Mają tam w kraju idiotę, który mówi i robi takie głupoty, że szkoda słów i jeszcze nikt nie kopnął go w nogę od stołka, żeby się wypier…, że faux pas Tymka można było nazwać drobnym potknięciem. Poprawność polityczna kazała zlinczować chłopaka i pozbawić Oskara zanim rozpoczęła się gala. 

sobota, 7 marca 2026

Wiosna w pyle…

znad Sahary. Tak, dobrze widzisz Czytaczu, Sahary. To cykliczne zjawisko tu, w Belgii, powodujące żółto- pomarańczowe, zamglone niebo oraz osad na samochodach i oknach. To coś nazywa się ‚kalima’ i spowodowane jest przez napływające gorące powietrze znad Afryki. W prognozach pogody pojawiają się informacje o paskudnej jakości powietrzu i sugestie, żeby pozostać w przestrzeniach zamkniętych. 
I cóż z tego, że to piękne zjawisko, zwłaszcza o zachodzie słońca, skoro nie mogliśmy dzisiaj cieszyć się fajnym dniem na tarasie.
No nic, jutro podobno ma być już lepiej.
Wygrzewanie się na słońcu było planem na ten weekend w związku z popsutym kolankiem Teda. Męczy się chłopak już od jakiegoś czasu. Nie bardzo pomagają leki przeciwzapalne, we wtorek ma usg i dowiemy się co nawywijał. Niby wiemy, bo jesienią przydzwonił tym kolanem, aż mu się ciemno w oczach zrobiło, ale potem kolano wróciło do normy. Do czasu. Kolano podobno nie wybacza kontuzji. Odezwało się miesiąc temu torbielą Bakera. Leki i lekka rehabilitacja nie bardzo pomogły, trzeba zatem zajrzeć do środka i to nastąpi we wtorek. A potem ma być lepiej, bo na Wielkanoc jedziemy do Polski. Mamy gości. Jest plan, żeby było super, więc uprasza się o niebolenie i niepsucie planów. 

A jutro, taras, muffiny z borówkami, kawa, koty, psy i luz w rajtuzach, bez smogu z Afryki bardzo proszę. 

Pięknej niedzieli Dziewczyny i Chłopaki🥂 Świętujcież, jak lubicie, albo wręcz przeciwnie😀

poniedziałek, 2 marca 2026

Wiosna czyli…



 … dlaczego mnie łeb napier…?

Myślałam, że to przez probiotyk, ale chyba jednak nie. Jednego dnia jest 9 stopni i leje, a drugiego 18 i świeci słońce, aż oczy bolą. To przez wiosnę, kruca bomba! 

Mój stan się trochę poprawia, nie boli mnie już wszystko w środku, tylko losowo tu i tam. Nadal bolą mnie stawy. Wysypka na twarzy jest, ale już nie przyrasta lawinowo. Chyba się ustabilizowałam. Nadal biorę 3/4 dawki, bo po ubiegłotygodniowym apogeum mam stracha. Ted mówi, że mam to wziąć na klatę. Sam niech se bierze😉 No dobra, dzisiaj wieczorem przejdę na całą dawkę, najwyżej w amoku przegryzę mu tętnicę szyjną😂

I taka mnie naszła obserwacja, że od jakiegoś czasu nie mam mgły mózgowej, nie zatyka mnie mentalnie. Jest mi jakoś łatwiej się skupić. Sprawdzam na sobie jak regeneruje się oś mózgowo-jelitowa. No bardzo poproszę, zwłaszcza w perspektywie kolejnej certyfikacji😀

Oraz nie da się nie oglądać wiadomości. Co ten pomarańczowy łeb ma w środku? Zbawca i naprawiacz świata, myśli (albo wręcz przeciwnie) że tupnie nóżką i wszystkie klocki wpadną na miejsce, jakie im wyznaczył. A ludzie? Gdzie w tym wszystkim są ludzie, których życie tak radoście ryzykuje? Zaczął się rok Ognistego Konia, a ten cymbał wziął tę nazwę dosłownie. 

Idę się schować w papierach. Włączę coś spokojnego do uszka i przez chwilę będzie normalnie. 

P.S. 

Krokusy już prawie przekwitły, długo musiałam szukać jednego ogarniętego krzaczorka.


środa, 25 lutego 2026

Akceptacja

Powinnam zacząć od ‚matko, już prawie koniec lutego’, żeby było konsekwentnie i żeby nie było, że AI😂

No ale jest prawie koniec lutego, a mnie wchłonął real. 

Zapier… kurs. Znowu wisi nade mną certyfikacja. Kursy są fajne, ale nadal nie lubię egzaminów😉 i o ile praktyka jest super, mimo, że potem siedzę i opisuję to dwie, trzy godziny o tyle egzamin z teorii i patrzenie, jak ucieka mi czas, to paskudne uczucie. Chyba jednak nie powinnam się skarżyć, sama sobie tę ścieżkę wybrałam😃

W tak zwanym międzyczasie, nasmarowałam, zrobiłam prezentację i poprowadziłam sześciogodzinny trening z mojego podwórka, co było wyzwaniem, bo w edukacji nie siedzę już czas jakiś. Osoba zapraszająca mnie do współpracy wiła się mówiąc ‚wiesz, to tylko jeden trening, nie musisz być idealna’. Po zakończeniu stwierdziła ‚robimy z tego szkolenie i sprzedajemy’ 😃 I tak zostałam trenerem w pewnej firmie na stałe. 

Na deser zostawiłam najśmieszniejsze. Ha! ha! Wszystkie symptomy histaminowe wylazły, jak zombie spod kamienia. Do tego, co robię od prawie dwóch lat trzeba było w końcu dorzucić probiotyk. Bardzo się przed tym broniłam, bo wiedziałam czym to pachnie. Ale… trzeba, to trzeba. I tak od trzech tygodni jestem obolała i wkurwiona (nie będę tego gwiazdkować, tak jestem wkurwiona). Mam zawroty głowy, jest mi niedobrze, boli mnie wszystko w środku oraz stawy i mam podły nastrój. Do kolekcji mam całą twarz w ropnych wypryskach, jak nastolatka w okresie dojrzewania, z tą różnicą, że one się nie leczą, a codziennie przybywa nowych. Na dokładkę non stop boli mnie głowa. Jak gadam podczas treningu o osi mózgowo- jelitowej to jestem chodzącym przykładem jak wygląda, w praktyce, jej zaburzenie.Nie robię kursu tak intensywnie, jak bym chciała, gdyż zwyczajnie nie mam siły. Już dawno rzuciłabym to g… (probiotyk znaczy) w cholerę, ale w głowie kołaczą mi się słowa ‚będzie pogorszenie, będzie źle, ale nie przestawaj’. Siedzę sobie teraz i piszę, a mój brzuch boli sobie w losowo wybranych miejscach skurczami, jak popieprzony. ‚Nie przestawać’. A to dopiero 3/4 dawki.

‚Ja bym tak nie mogła, bez kawy, czekolady, bez czipsów’- usłyszałam ostatnio. A co ja mam zrobić? Bez wymienionych wyżej można żyć, mogę się jeszcze obudzić z mordą na kaflach i wylądować w szpitalu, bo nie mogłam żyć bez czegoś. Więc mogę. Mogę bez i mogę z… probiotykiem, który chce mnie wykończyć, ale ja się nie daję. 

Akceptuję sobie ten mój dziwny czas. Nie potrafię się nim dzielić. Blog powstał, bo był moją terapią, miejscem wylewania moich tęsknot. Jak wszystko akceptujesz, nie wylewa się frustracja. To dziwny dla mnie stan, bo kiedyś frustracja była moim drugim imieniem. 

I wiecie co? Dobrze mi tak, jak jest. Z tą wieczną pogonią za certyfikacjami, presją kolejnego treningu, bólem w dziwnych miejscach. To wszystko zmierza w jakimś kierunku.  

Oraz w Belgii jest już wiosna. 


Zdjęcie zostało zrobione 1 lutego. Dzisiaj pewnie są tam już krokusy, ale nie mam siły iść zobaczyć i to jest też ok.  Zajrzę do Was, jak będę miała lepszy dzień. 

P.S. 
Udało mi się odczarować wstawianie zdjęć 💪🏻

piątek, 16 stycznia 2026

Matko już połowa stycznia

 Podobno czas zapierdala ludziom ‘w pewnym wieku’ dlatego, że ich mózg się nudzi i nie rejestruje tej nudy, bo i po co? 

Otóż mózgu mój, przestań mi zapierdalać czasem gdyż ja nie nudzę się fffcale. Przez 1/3 tego czasu byłam w Polsce. Spotkania, dobre jedzenie, nasiadówki do 5 rano, dobre jedzenie, wino, dobre jedzenie, pogaduchy o wszystkim, szampan (tak, szampan, a nie wino musujące), spacery i to szczególne rozprężenie bo dom, bo białe ściany, bo moje miejsce na ziemi jednak. 

Powrót do domu tu to plany, chociaż zwykle unikam na początku roku. Plany wpierniczyły mi się w zasięg same, usiadły, rozgościły się, poprosiły o herbatę i zaczynają przekształcać się w rzeczywistość. Już 25 stycznia prowadzę pierwsze szkolenie. Następne robimy razem z Tedem i… kolejne też. 

No i mam do zdania kolejny egzamin, ale nie mam się czasu do niego przygotować. Trochę dużo teorii do wkucia i praktyka do zrobienia, a trzeba jeszcze pracować i spać w międzyczasie.

I do tego wszystkiego tyję. Z moich minus 15 kg zostały może ze 4. Zaczęło mnie to martwić więc poprosiłam o konsultację. To, co usłyszałam uszczęśliwiło mnie, jak gwizdek. Otóż to, że tyję, to dobry znak. To znaczy, że leki działają!!! Suple dobrane dobrze, mała korekta przy vit B6 i ogromna w odżywianiu. 

- Owsianka w twoim przypadku wygląda dobrze tylko na papierze- usłyszałam- to dzięki niej tyjesz oraz kilku innym błędom. Od wczoraj wszystko stoi na głowie i… wieczorem nie czułam potrzeby podjadania, a dzisiaj na śniadanie zjadłam o 1/3 mniej niż wczoraj. Kortyzol spadł po jednym (JEDNYM!!!) dniu. I znowu trzeba się tego nauczyć. 

Taka to nuda u mnie szanowni Czytacze, jeżeli jeszcze tu jesteście, bo przy takiej intensywności pisania mogliście umrzeć… z nudów😂

Trzymajcież się tam mimo nudy i zapierdalającego, z jej powodu, czasu. 

Ahoj!

P.S.

Chciałam wrzucić obiecane fotki z sylwestrowego menu degustacyjnego ale blogger nie wpuszcza mnie do mojej własnej galerii. Zostawię to bez komentarza.

Oraz to pisałam ja, a nie to coś, co mi się tu wcina i sugeruje, że zrobi to lepiej. 


czwartek, 1 stycznia 2026

Happy New Year

 Jeszcze odpoczywam po wczorajszych wyczynach, bo kiedy moi znajomi podsyłali mi memy o tym, jak wybrali już dresy na wieczorne party przed tv, ja stałam przed lustrem w pełnym makijażu i w wieczorowym garniturze. Potem było istne szaleństwo pod hasłem ‚ośmiodaniowe menu degustacyjne przygotowane przez szefa z gwiazdkami Michelin’, a prywatnie koleżankę Młodej z liceum, która na wyspie otworzyła restaurację. 

Jako, że mieliśmy wczoraj rocznicę ślubu, wróciłam z koszem róż, butelką niezwykłego wina i kartkami zrobionymi przez Młodą, którymi się nie pochwalę, bo mam zakaz, co nie znaczy, że nie wrzucę ich na relację na ig i bezczelnie jej nie oznaczę. 

Kolacja była niezwykłym doświadczeniem, które było na mojej liście marzeń do spełnienia. Kuchnia była francuska, bo Ewelina jest absolwentką Le Cordon Bleu i pierwszą Polką, członkinią francuskiej akademii kulinarnej, ale z polskim twistem, bo polskie ma serduszko. 

Dzisiaj odpoczywam i myślę, czego Wam życzyć. 

Wczoraj rozesłałam życzenia przed wyjściem i w sumie chyba są to życzenia dla każdego, a ponieważ kolega R. pięknie na nie odpowiedział, wrzucam całość. 

Niech nowy rok ma mniej „muszę”, a więcej „chcę”.

Mniej czekania na idealny moment,

a więcej: „dobra, robię to teraz”.

I oby kawa zawsze była ciepła, a weekendy za krótkie tylko z dobrego powodu. 

Aby Twoje „chcę” miało budżet bez dna, a Twoje „muszę” trafiało prosto do folderu Spam.

Niech ta kawa będzie nie tylko ciepła, ale i pita w towarzystwie ludzi, przy których nie musisz udawać, że wiesz, co robisz ze swoim życiem.

Wdzięczna za poprzedni, ślę Wam mnóstwo radości i miłości na ten Nowy, niech Wam będzie pięknie❤️🥂

P.S. 

Nie mogę wrzucić zdjęć. Wstawię je i opiszę w następnej notce.