Wczoraj o 20:15 odtrąbiłam wakacje.
Czuję się dziwnie.
Jak pies, po latach spuszczony ze smyczy.
Kupiłam truskawki, zjadłam michę z jogurtem i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić.
Muszę się, na powrót, nauczyć odpoczywać.
Muszę sobie przypomnieć, jak to jest nic nie musieć.
Tak mogę musieć.
Nie lecimy do Londynu.
Z kilku powodów.
I nie... zamachy nie mają z tym nic wspólnego.
Naprędce organizowaliśmy zamiennik.
Nie możemy odjechać za daleko od domu.
W grę wchodzi zasięg kilku godzin jazdy samochodem.
No... Nowe buty do chodzenia po górach już czekają.
Rezerwacja zrobiona.
Jest nadzieja na chwilę ciszy.
Jest nadzieja, że będzie pięknie.
Idę na spacer (Ted w pracy oczywiście) poobserwować świat.
Ekhhhhh.
Jestem wolna.
Aż nie mogę uwierzyć.
Jakoś się z tym pogodzę.
Chyba 😁