środa, 3 maja 2017

Siedzę na d... czyli długi weekend

Patrzę i słów mi brak.
Na przemarsz oszołomów w czarnych koszulach przez Warszawę (mój Dziadek się w grobie przewraca!!!), na propozycję dyskusji referendalnej z narodem, na temat konstytucji, na używanie flagi do celów, nazwijmy to delikatnie, różnych, na gównianą pogodę, na plany które w związku z tym legły w czarnej dupie...
I tak sobie siedzę przy laptopie i dla odmiany... pracuję, żeby zająć myśli.
W myśleniu jednak trzeba czasem zrobić przerwę, zatem szybko biegnę po blogach...
Długi weekend, puchy.
Aż tu nagle u Ameryki jest nowy post.
O znamiennym tytule Acapulco.
I tak popatrzyłam na fotki, posłuchałam muzy i mi się przypomniało.
Z Acapulco mieliśmy długo na pieńku, a zaczęło się to tak:
Kiedy miałam kilka lat, w TV obejrzałam film 'Przygoda w Acapulco', stary, jak świat, ale moja Mama miała słabość do Presleya. W filmie główną rolę gra (pal sześć Presleya) La Quebrada- jedna z głównych atrakcji miasta. Z tego klifu młodzi nurkowie skaczą do wody i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że całe dno pokryte jest skałami. Trzeba zatem nieźle kalkulować, kiedy skoczyć i wypłynąć. Oni to potrafią.
To, co robili ci młodzi ludzie w filmie sprawiło, że wygłosiłam, niepomna skutków, zdanie, że zobaczę to kiedyś na żywo. Teraz wyjazd do Meksyku jest kwestią kasy, kiedyś można było łeb sobie rozwalić o żelazną kurtynę. Dlatego też mój Braciszek namiętnie mi dokuczał, jak tylko nadarzała się okazja, że Acapulco zobaczę, jak świnia niebo.
Mijały lata, wokół zmieniało się to i owo i ja też... z małej wystraszonej dziewczynki z warkoczykami, zmieniłam się w kogoś, kto pewnego dnia zapytał sam siebie 'dlaczego nie?'
Nie pytajcie, jak to zrobiłam, sama się z tego śmieję do dzisiaj, ale... wylądowałam po tej drugiej stronie Atlantyku. Skutkiem tego wyjazdu był doszlifowany język, zwiedzone Stany, Kanada, Meksyk, Alaska i... wyspy Ameryki Środkowej.
Nadarzyła się też okazja pojawienia się w Acapulco.
Pierwsze kroki po przybyciu skierowałam do sklepu z pamiątkami, kupiłam największą kartkę, z największym napisem 'Welcome To Acapulco' i wysłałam do Polski.
Co napisałam?
'Jestem w Acapulco, pocałuj mnie w dupę'.
Następnie, z resztą szurniętego towarzystwa, udałam się na La Quebradę.
Dobrze jest czasem mieć takiego antymotywatora.

I jeżeli dzisiaj siedzę na dupie z nosem w komputerze, kiedy inni grilują, to tylko po to, żeby tam jeszcze wrócić, albo pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było (a był Ted, gdyż Ted był, jak Chuck Norris, wszędzie :) bo lubię się włóczyć po świecie.

W tym roku Europa, ale w przyszłym... kto to wie? :D

13 komentarzy:

  1. To widzę że podobnie jak u mnie... z tym, że u mnie weekend to siedzenie na d... albo w domu albo w pracy, tak pół na pół, dobrze chociaż, że gdzieś pomiędzy udaje mi się poczytać książki.
    Przeraża mnie momentami to co się dzieje, te wszystkie przemarsze, jakby historia nie pokazała już nieraz jak się takie wyczyny mogą skończyć. Tym bardziej, że sama trzymam się z dala od wszelkich skrajności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też, ale stanie z boku nie pomaga sprawie 😐

      Usuń
  2. Juz nie pamietam, kto powiedzial, ze jedyne ograniczenia narzucamy sobie sami.
    Txt Twojej pocztowki przypadl mi do gustu bardzo. Zaczne takie rozsylac moim znajomkom tez :D:D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiłam to tylko raz, ale bardzo dobrze się z tym czułam 😉

      Usuń
    2. Z Acapulco wyslalam kartke z obryzowana dlonia z wystawionym srodkowym palcem:)))
      Bardzo mi sie Acapulco podoba, bardzo.

      Usuń
    3. Bosze jak ja pisze, oczywiscie z obrySowana dlonia.

      Usuń
  3. Był też słynny film "Casablanca" i do głowy by mi nie przyszło, że moja noga w tym mieście postanie. Postała! :)
    Ugrzęzłam w ten weekend sama jak palec z dala od cywilizacji (tj. 7 km od domu) i bardzo mi z tym dobrze. Mimo że dysponuję tutaj dwoma telewizorami, nie wpadło mi do głowy, że mogłabym któryś włączyć. Nie robiłam tego od lat... Myślę, że to zdrowo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kusisz tą Casablancą 😊 TV nie włączam, net na mnie ryczy takimi słodkościami.

      Usuń
    2. To ja mam chyba Internet wybiórczy, bo na mnie nie ryczy :)))

      Usuń
    3. Bo tu wszystko jest spotęgowane wiatrem. Wiesz jak piździ?

      Usuń
    4. Wiem. Jak u mojej ciotki w Gdyni i u wujka w Gdańsku :)

      Usuń
  4. Poczułam się jeszcze mniejsza niż jestem od czytania o tych podróżach. Może kiedyś i ja pojadę gdzieś dalej, a nie tylko będę o tym czytać (i pisać).

    Za każdym razem, kiedy słyszę bądź czytam coś o tych młodych gniewnych pomylonych, przypomina mi się komentarz, na który gdzieś się natknęłam w sieci. Nie wiem czy to na jakimś blogu, pod artykułem czy gdzieś, no nieważne. W każdym razem ten ktoś napisał, że nie może zrozumieć jak można być w Polsce faszystą (czy nazistą). Czy taka osoba nie miała babci czy dziadka, nikt jej nie opowiedział o wojnie?

    OdpowiedzUsuń
  5. byłam i jestem zajęta wyjazdami...i robotą na najwyższych obrotach, wytrącona jestem też nadmiarem roboty i dobrze bo nie oglądam, nie słucham nie wkurzam się...mam więc na razie wywalone...z konieczności.
    My niestety głownie ładujemy w dom, ale zaczymany mysleć o podróżach razem.

    OdpowiedzUsuń