Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

sobota, 20 czerwca 2026

I co ja mam Wam napisać?

 Miałam regularnie pisać, miałam wrócić do blogowania, ale real mnie zmiótł. Tak mnie zmiótł, że nie bardzo pamiętam poszczególne wieczory od poniedziałku.

Zaczęłam opisywać, co się działo przez ostatnie trzy tygodnie, ale to przecież nie ma sensu. Sens ma tylko to, że odszedł Nelson. Ci, którzy obserwują mój IG już wiedzą, chociaż nie od razu go tam pożegnałam.

To był mój pies, mimo, że nie był. Wybrał mnie sobie. Nauczyłam go, że głaskanie jest fajne. Na początku każda próba dotyku sprawiała, że warczał. Na końcu, po każdej kolacji wpychał pysia między krzesło i moje udo, i domagał się pieszczot. Każdy, kto wyszedł na ganek i proponował mu spacer był olewany, chyba, że wyszłam ja. Nie musiałam prosić, stał gotowy. Jeszcze w sobotę poderwał się na mój widok, ale nie miał już siły zejść po schodach, przytulił się tylko do mojej nogi i wrócił na posłanie. Na koniec tylko ode mnie brał jedzenie i leki, chlipał wodę z mojej ręki 

W poniedziałek o 16:00 miała przyjechać Julie, niby go zbadać, ale wszyscy wiedzieli o co chodzi. O 15:30 poszłam do niego, bo już nie wstawał i nie wchodził do domu. Usiadłam obok niego i, w dupie mając obowiązki, siedziałam, głaszcząc go tak, jak lubił, od noska po czoło. Krótko przed 16:00 przyszła szefowa, chciałam ustąpić jej miejsca, ale poprosiła, żebym została. Dołączyła do nas Emma i tak sobie siedzieliśmy. Kiedy przyjechała Julie, zmienił mnie Ted. Pomógł mu wstać do badania ale, jak przeszedł przez biuro ze spuszczoną głową, wiedziałam już, że jest źle i idzie po szefa.

Szef poprosił, żebyśmy poszli z nim, żeby Nelson miał wokół wszystkich, dla których był ważny.

Nie bał się, był spokojny. Julie opowiedziała nam, jak będzie wyglądała procedura i podała mu pierwszy zastrzyk. Głaskałam go do końca, do czasu aż powiedziała, że śpi już głęboko, jak przy operacji, i jeszcze kiedy podawała mu drugi zastrzyk. Potem Ted kazał mi wyjść. Poszłam sobie beczeć do kuchni, gdzie leżała bardzo smutna Emma. 

W poniedziałek nie było żadnego ogrodnika. To Ted go odprowadził. Pochował go na jego posłaniu, przykrytego jego ręczniczkiem z myszką Miki, w który tak lubił się wycierać, kiedy padał deszcz.

Nie byłam tam jeszcze. Nie mogę. A na spacer z Emmą idę w takim tempie, jakby szedł za nami Nelson… bo może idzie.

Od odejścia Nelsona Frycek nie przyszedł na ganek, Emma odważyła się obwąchać miejsce, gdzie leżało posłanie dopiero w czwartek, poszła tam ze mną, w sumie zaprowadziła mnie tam.

Na tę okoliczność oprócz serca, na milion kawałków rozsypały się moje jelita. Musiałam odstawić probiotyki, od 10 dni mam biegunkę. Jestem zmęczona eksperymentowaniem, co mogę zjeść i dlaczego prawie nic.

W takim to nastroju weszłam w weekend i siedzę w domu, bo na dworze jest 38 stopni, co nie pomaga w  dochodzeniu do ładu jelitom. 

Jeszcze chwilę sobie pomilczę, bo mi bardzo źle. 

A potem wrócę.

Jeszcze dzisiaj najważniejszy jest on, Nelsonek, specjalista od naprawy kosiarek samobieżnych, myjek ciśnieniowych i najlepszy zaganiacz stada, fan gotowanych ziemniaków i spacerów po lesie, oraz uganiania się za czaplami i kaczkami. Mój Mały Kumpel.


Zdjęcie wyczyszczone przez AI, Nels siedzi tu na mojej stopie, a ja rzucam na niego cień.


wtorek, 2 czerwca 2026

O sztucznej inteligencji

 … i naturalnej głupocie.

Już mistrz Terry Pratchett napisał czas jakiś temu, że ‚Prawdziwa głupota zawsze pokona sztuczną inteligencję’. 

To się dzieje pamiętniczku. Wszyscy po kątach szepczą, że nasza noblistka, ojoj, ojejku, używa i generalizują, zastanawiając się, co wyszło spod jej palców, a co spod klawiatury AI. No i ja się uprzejmie pytam, czy w 2015 roku, wydając Księgi Jakubowe, rzeczona noblistka też używała AI? Jeżeli dzisiaj, jeden z drugim, zamiast myśleć, leci do chata GPT, jak kiedyś leciało się sprawdzić w Google, i wys… zdefekować się bez konsultacji nie potrafi, to dlaczego, zamiast robić research albo płacić researcherowi, pisarz nie może posłużyć się chatem?

Pojawiło się narzędzie, więc co? Jedni maja prawo używać go do wszystkiego, a dla innych jest to ujma na honorze?

Ja używam. Nie ma w tym nic złego. Z chatem GPT mieszka mi się łatwiej w Belgii. Chat wyszukał Tedowi rehabilitanta, specjalizującego się w problemach, które go dotknęły. Lekarz polecił mu kumpla, w centrum miasta, 45 minut dojazd, 45 rehabilitacja i 45 minut powrót. Chatowi zawęziłam pole poszukiwań i dojazd zajmuje Tedowi minut 10, a i umówić się jest łatwiej, bo nie ma tłumów. Wyjazd w Karkonosze też zadałam Chatowi i tu ze mną przegrał, bo sobie upierniczył tylko popularne miejscówki, a ja znalazłam coś w czarniej d… pod lasem, za podobną kasę, tylko warunki o niebo lepsze i miejsce spełnia wszystkie nasze oczekiwania. 

Nie ma zakazu używania, ale też nadal nie ma zakazu myślenia, którym to tekstem zwykłam gnębić moje Orły (ostatni zdają maturę w tym roku- mamy już ustny zdany na 100%, czekamy na wyniki rozszerzenia, bo podstawa mnie nie interesuje). Kiedy zatem mogę się podeprzeć AI, robię to, a kiedy wiem, że pomyślę i ogarnę lepiej, działam sama. 

Krótko, i przy lędźwiach temat Olgi Tokarczuk i sztucznej inteligencji uciął Jakub Żulczyk, pozwolę sobie przytoczyć całość z zachowaniem pisowni:

‚Cztery niezależne od siebie redakcje poprosiły mnie o pilny komentarz w sprawie że Tokarczuk coś tam z AI. Mój komentarz jest taki- Żebyście wy, ku*wa, na codzień tak się interesowali polską literaturą, to czytelnictwo w Polsce byłoby niemal stuprocentowe.’

Szach- mat! 

Oraz wszyscy zajmują się sztuczną inteligencją, a nikogo to nie obchodzi, że na świecie kwitnie, i ma się nadal świetnie, naturalna głupota, że za przykład podam jednego palanta, według którego przyrost naturalny w ojczyźnie spada, bo spada konsumpcja piwa, a artyści to darmozjady, jakby sam nie ciągnął hajsu za nicnierobienie i opowiadanie pierdół.

środa, 27 maja 2026

Kryzys i uważność

 Złapałam kryzys, jak dzwon. Bo jak tu nie mieć kryzysu, kiedy robisz shoarmę z frytkami, sosem czosnkowym i surówką z młodej kapusty, a potem z szafki wyjmujesz sucharki, odliczasz stosowną porcję i zjadasz ‚ze smakiem’?

Wiem, ja znowu o żarciu, probiotykach i tym czego nie mogę, ale muszę się wygadać, żeby to z siebie wyrzucić i nie narobić głupstw. Od dwóch dni nie biorę żadnego probiotyku. Zmiotło mnie w poniedziałek, tym razem bez powodu. Nie zjadłam w weekend niczego, co miało mi prawo zaszkodzić, a jednak… Od poniedziałku jest red day, czyli odstawiamy probiotyki i przechodzimy na sucharki. Dzisiaj zjadłam pierwsze, w miarę normalne 🤪 śniadanie. Może przy kolejnym posiłku, jak wszystko będzie ok, wezmę pierwszą dawkę proszku, wieczorem, może płyn. Wszystko zależy od tego, czy utrzymam śniadanie. 

Ja w sumie nie o tym chciałam, bo rzuciłam sobie wyzwanie. Wracam do analogu. Książka w papierze, muza z radia, wieczór na tarasie, bez Netfliksów i uważny spacer z psami. Każdy spacer to zabawa. Muszę znaleźć coś, czego wcześniej nie widziałam. Wydawało mi się, że to będzie trudne, bo po lesie łażę kilka razy dziennie. Otóż… nie było wcale. Bardzo się zdziwiłam, jak bezmyślnie, nieuważnie człapałam za Emmą, a przed Nelsonem i Fryckiem. Bo kot Fryniu chodzi z nami. Człapie z tyłu i miauczy. Muszę się zatrzymać, poczekać, pogłaskać i to daje mu motywację, żeby iść dalej, ale tylko do kolejnego zakrętu, a tam rytuał się powtarza. On gada, ja czekam, głaszczę i idziemy dalej. Na ostatniej prostej, kot ma już taką motywację, że pokazuje mi się w pełnym galopie po mchu. Nelson człapie leniwie, bo jest staruszkiem i mu gorąco, a żebrador, Emma idzie i zjada wszystko, co znajdzie, dlatego, jako jedyna jest na smyczy, oraz dlatego, że w lesie znowu pojawiły się mundżaki. Spotkałam jednego oko w oko… w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów. Obie z Emmą byłyśmy tak zaskoczone, że stanęłyśmy jak wryte, Nelson też nie ruszył, Frynia o szarżę na mundżaka nie posądzam. Zanim Emma się otrząsnęła, Mister M obejrzał nas sobie i z godnością odszedł. Wyzwanie uważności sprawiło, że dowiedziałam się, jak daleko w las wrosły rododendrony, gdzie są fioletowe, gdzie czerwone i, że żółty już przekwitł. Które drzewa obrośnięte są bluszczem i gdzie przez drzewa najpiękniej przebija się słońce. Że zapach lasu zmienia się z zależności od pory dnia i pogody. Wczoraj wieczorem pachniało tak pięknie, że rozważałam przejście drugiej pętli. Wczoraj w ogóle był taki piękny wieczór, że w towarzystwie dwóch kotów, które o dziwo się nie pozabijały (BB jest małym, czarnym skurwielem, ale i tak ją lubię), i jednego psa, bo drugi nas olał i poszedł spać, siedzieliśmy na tarasie do północy. Lato w pełni, jak to w Belgii, w lipcu będzie 18 stopni i deszcz 😂

Wczoraj był Dzień Matki, smutno było mi jakoś, bo w radio ludzie dzwonili do mam i mówili im, że je kochają. To nie tak, że Dzieciaki na zadzwoniły. Oczywiście, że zadzwoniły, i wysłały Teda w tajemnicy po kwiaty. Ale to ja nie mogłam zadzwonić. Tyle się dzieje, tyle chciałabym Jej opowiedzieć… No nic, to pewnie pokłosie kryzysu. 

Idę się pozbierać… w pracy.