poniedziałek, 30 listopada 2015

Słoń...

W sobotę, po dwustu trzech dniach skończyła się moja faza odchudzania.
Zaczyna się stabilizacja wagi.
Nagle, z dnia na dzień więcej mi wolno.
Duuuużo więcej.
Nie potrafię z tego korzystać, hahaha!
Jestem jak słoń.
Podobno wystarczy mu do nogi zainstalować łańcuch, żeby zakodował, że jest więźniem, nie musi być przywiązany.
Ja też mam zakodowane.
Tak sobie marzyłam, że jak będę mogła...
I zjadłam.
Kawałek (kawałeczek!) zaległego tortu imieninowego i dwa (dwa!!!) mini eklerki.
Ten drugi mnie przerósł.
Idę kupić olej z czarnuszki.
Gdzieś trzeba nadrobić te kalorie i nie zamierzam tego robić cukrem.
Muszę przestać chudnąć ;)

P.S.
W tym zamieszaniu zapomniałam o wieńcu adwentowym chociaż świece z cyferkami czekają od września :(

środa, 25 listopada 2015

Czasem lubię...

Raz do roku.
Z zaskoczenia, po północy.
Grubą księgę jakubową dostać.
I zamiast kwiatka płytę.
Pod poduszką.
Premierową.
I śnieg po odsłonięciu rolet.
I obiad wspólny.
Bo dziwnym zrządzeniem losu On ma wolny dzień.

Nie upiekę dzisiaj pierniczków.
Nie wiem, czy w ogóle upiekę.
Ale to też chyba lubię.



czwartek, 19 listopada 2015

Tylko mi nie wymiękaj...

Kilka dni temu Ted wrócił do domu późnym wieczorem, a ja powitałam go tekstem:
- Dobrze, że jesteś... zjedz galaretkę.
Tu musi się pojawić małe wyjaśnienie. Nie jadam słodyczy od czasu przejścia na dietę, ale jak już kiedyś pisałam, jestem na diecie, a nie na zesłaniu za grzechy całego świata. Jadam więc słodycze wegańskie, suszone owoce i, od czasu, do czasu, kawałek 'normalnego słodycza', ale zawsze jest to odrobina ugryziona od kogoś :) Taki człowiek próba ze mnie. Ten gryz zupełnie zaspokaja moją potrzebę, bo wiem, że bezkarnie wolno mi to zrobić.
Wróćmy jednak do naszej opowieści.
- Tylko mi nie wymiękaj!- zareagował nerwowo Ted, bojąc się chyba, że zarzucę dietę.
- No coś ty!- obruszyłam się- Nie teraz kiedy jestem prawie u celu!

W sobotę na zakupach.
- Kochanie nie ma już w domu nic słodkiego, na co masz ochotę?- zagaiłam między półkami.
- Wiesz, chyba na nic, kupię sobie suszone figi, już od dawna mam na nie ochotę- zadziałał prewencyjnie Ted.

Hahahahaha! Myśli, że przechytrzył system.
To ja przechytrzyłam.
Ted przestaje jeść słodycze :D
Na zdrowie, Kochanie! Na zdrowie! :D:D:D

piątek, 13 listopada 2015

Petycję mam taką do świata albo dwie

Ten tydzień minął tak szybko, że prawie go nie zauważyłam.
Zapiernicz był raczej standardowy czyli piętami po dupie, ale wolna środa sprawiła, że poszło pershingiem.
I w związku z tym, że idzie nowe i szykują się zmiany oraz mamy nowa miotłę, uprzejmie upraszam o śródweekendzie czy jakoś tak.
Taki wolny dzień w środku tygodnia daje oddech i pozwala na piątek spojrzeć z innej, bliższej, perspektywy.
Chrzanić kasę, pracownik wypoczęty, to pracownik kreatywny.
Ja chcę być kreatywna.
Uwielbiam to.
Wykreuję sobie coś fajnego.
Zieloną herbatę z płatkami róży.
Albo coś innego...
Jeszcze nie wiem co, ale na kreowanie mam cały weekend.
Oraz chyba obejrzę Jamesa Bonda.
Albo nie...
Kreatywni ludzie mają podobno pięćset myśli na minutę.
Tak...
Człowiek wypoczęty to przyszły twórca.
Oraz wkurwiają mnie reklamy świąteczne, które latają w tiwi od 2 listopada.
Jak przyjdzie co do czego, na święta będę miała pełny wyrzyg.
Czy ktoś to może powstrzymać?

środa, 11 listopada 2015

Dzień Niepodległości oczami piątoklasistów czyli...

... strach się bać.
Jako, że nasze Święto Niepodległości pokrywa się z Vetarans Day w USA, chciałam o tym opowiedzieć dzieciom, ponieważ muszą też znać podstawowe święta krajów anglojęzycznych.
- Jakie jutro mamy święto?- pytam wczoraj wiedząc, że Orły są po apelach, przedstawieniach i innych eventach, w których sami brali udział. Naiwnie liczę na szybkie przejście do zakończenia pierwszej wojny światowej i meritum w postaci Święta Weteranów.
- Nooo dzień niepodległości- odpowiadają pewnie.
- Po co obchodzimy to święto?- szybko zmierzam w kierunku...
- Bo odzyskaliśmy niepodległość?- już pytają.
- Mogłam słuchać na apelu- wzdycha Maryśka w tle licząc, że nie słyszę.
- Ale co się wydarzyło, że musieliśmy ją odzyskać?- dociekam wrednie.
- No skończyła się wojna- strzela Kacper i już myślę, że jesteśmy u celu. Jeszcze tylko jedno pytanie...
- Jaka?
- Nooo druga- pada strzał z armaty, Orły nieświadome mojego załamania nerwowego, ciągną niezrażone- pokonaliśmy Rusyjczyków Austryjaczyków i...
-... i Niemców!- duma maluje się na ich twarzach.
Ja tracę nadzieję.

Radosnego świętowania!!!

sobota, 7 listopada 2015

Łykendunio, łykędzik...

Hołubię.
Poprzedniego nie pamiętam.
Pełen bieg i konieczność bycia w trzech miejscach jednocześnie jakoś zamordowała mi święto.
Oraz nie pamiętam, żebym choć na chwilę usiadła nie zerkając na zegarek.
Chociaż nie... usiedliśmy przy kawie i cieście.
Ja upiekłam cukiniowe, wegańskie, moja bratowa placek drożdżowy ze śliwkami.
O matko, jakie to było pyszne.
Pierwszy raz od 180 dni zjadłam 'normalne' ciasto, no... drugi, bo zgubioną dychę świętowałam listkiem czekoladowo-wiśniowego.

Dzisiaj było leniwe wstanie.
Wyprawa do koleżanki na działkę po mini kiwi i kwiaty.
Potem trzeba było z tym urobkiem coś zrobić... ale znowu jest leniwie.

Chyba poczytam.
Zrobiłam sobie prezent czas jakiś temu i teraz zerkam na niego, a on wprawia mnie w doskonały  humor.
Zamówiłam sobie prenumeratę 'Świata Dysku' i raz w miesiącu pan listonosz przynosi mi dwie świeże, pachnące (uwielbiam zapach farby drukarskiej) książki Terrego P.
Zaraz zaaplikuję sobie na głowę princessę kokosową, zrobię zieloną herbatę i... niech tam sobie będzie jesień.

P.S.
Nie chcę zapeszyć, ale niektórzy ludzie przywracają mi wiarę w to, że nasze szkolnictwo nie schodzi zupełnie na psy... i nie chodzi mi o edukacyjne rewolucje nowej miotły.
Napiszę coś, jak się sytuacja rozwinie, bo chwilowo jest to jedynie kiełkujące nasionko.

Leńcie się, jako i ja czynię.