środa, 21 grudnia 2016

Chrzanić wszystko, niech będą Święta

Przyjechała Młoda i dom zaczął pięknieć.
Na początek rozbłysł czystością.
Pojawiły się akcenty i elementy oraz ornamenty.
I zapachy.
Jesoo, jak dobrze mieć duże Dziecko.
Ja nadal w pracy i tak będzie do czwartku do godziny 21.
Potem tylko trochę zadymy z kuchni i nadjedzie jeszcze większa pomoc.
I śmiech będzie i zabawa.
Będzie muzyka.
I planszówki.
I leniwe spacery.
I kaczki faszerowane.

Na chwilę ucichnie cyklon wokół.
I na tę ciszę chciałabym złożyć Wszystkim niedobitkom, tu zaglądającym, życzenia
nadziei, bo bez niej oszalejemy,
zdrowia, bo bez niego nie damy rady cieszyć się z tego, co nas spotyka,
miłości, bo poczucie, że jest Ktoś obok jest bardzo ważne,
czasu, na pasje i leniuchowanie, gdyż czasem tak trzeba,
i pięknych, smacznych świąt, bo dlaczego nie?

W opozycji do lastchristmasów i jinglebelsów życzenia ubarwiam piosenką.
Jest szczególna, bo każdy z Was odbierze ją osobiście, ale wszystkim życzę, żeby mogli zaśpiewać z Robbiem refren w poczuciu, że tak właśnie jest.
Kocham moje życie- dla Was, Ho! Ho! Ho!
Bądźcie sobą, na zdrowie!

środa, 14 grudnia 2016

Poooooślizg

Wieniec adwentowy, który w naszym domu odlicza niedziele do Bożego Narodzenia powstał w ostatnią. Zapłonęły na nim jednocześnie trzy świece.
Jak będę działała z takim poślizgiem, Wigilię obejdę z prawosławnymi.
Nie mam nic przeciwko świętowaniu 6 stycznia, ale goście chyba jednak planują przyjazd 24 grudnia.
Cholera!
Nie czuję tych świąt.
Za oknem wiosna/jesień- coś na wzór obu.
W domu nas nie ma, więc może jednak, za sprawą krasnoludków toczą się jakieś przygotowania, ale ja nic o tym nie wiem.
Lodówka zapełniona w standardzie, tylko tym, co potrzebne do przeżycia.
Jakie zakupy, jakie przygotowania?
Ale, ale ...
Prezenty są.
Dla wszystkich.

Czyli plan jest taki, że robimy barszcz z papierka, rozpakowujemy z gazet prezenty i gramy w Scrabble.
No... to może jednak zdążę na 24 grudnia :D

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Blink

Jak ostatnio mrugnęłam- był piątek i kończyłam pracę.
Dzisiaj, poobijana weekendowym galopem, przeciągnęłam się i, z bólem dupy oraz innych części ciała, poszłam do pracy.
Co to się kuźwa wydarzyło i dlaczego tak szybko przemknęło?
Sama zastanawiam się, dlaczego  ja to jeszcze lubię.
Co mnie gna?
Jak długo jeszcze tak pociągnę?

Ludzie biegali po dużym mieście w poszukiwaniu prezentów.
Pili kawę pierniczkową, kupowali ciasteczka korzenne.
Jesooo.

Dlaczego my biegliśmy pod prąd?
Dlaczego nie było zakupów?
Dlaczego zamiast przedświątecznie zwolnić, my zawodowo przyspieszamy?
Przecież bardziej się nie da.

Teraz siedzę w pracy i marzę.
Od 27 grudnia do 1 stycznia będę miała wolne.
Skończy się świąteczna zadyma, zamknę drzwi, zrobię sobie kawę, obłożę się książkami i nie odbiorę żadnego telefonu.

Taaaaa
Marzenia, dobra rzecz.

Na moim nieistniejącym adwentowym wieńcu nie zapłonęła już  druga świeca.
Jest plan, żeby Wigilia dobyła się zgodnie wyznaczoną datą, ale nikt sobie za to ręki nie da obciąć.

czwartek, 1 grudnia 2016

Ja pier... czyli grudzień

Mariah otworzyła uroczyście sezon na rycie bani świętami.
Nie mam czasu podrapać się w dupę, a oni z anteny pytają mnie, czy posprzątałam już dom na święta.
Kupiłaś już prezenty? Wabią reklamy. Jeżeli nie, chodź do nas, my mamy to, czego potrzebujesz.
Otóż potrzebuję spokoju.
Czasu też potrzebuję.
Zatrzymania w biegu.
Kilku wolnych dni.
Poczytania książki, dłużej niż do opadnięcia powiek po jednej stronie.

Nie potrzebuję rzeczy.
Nie jestem posiadaczem.

Jestem kręcącym się wokół pasiastym bączkiem z dzieciństwa.
Uprzejmie proszę nie dokładać mi stresów i wyrzutów, że jeszcze nie myślę o świętach.
Chciałabym pomyśleć o czymś innym, niż praca.
Chciałabym.
Ale nawet wieniec adwentowy mam jeszcze w rozsypce.
A zaraz trzeba będzie zapalić drugą świeczkę...


piątek, 11 listopada 2016

Na ogólne dodupie...

jest Robótka, jak każdego roku.
W ubiegłym roku zapierniczyłam się w akcji, kartki częściowo zrobione utknęły w pokoju Młodej.
W tym roku, gdzieś między kursem, egzaminem, biegiem i siedzeniem na dupie, ale za to z trzaskiem umysłu, spróbuję je dokończyć.
Źle się czułam bez Nieboraczków w zeszłym roku.
Skończę kartki w tym, żeby nie wiem co...
I Was też zachęcam.
Bo ONI tam czekają.
Niech nie myślą, że nikogo już nie obchodzą.
Niech obejdą nas wszystkich.



Z notatnika belfra od języka trudnego:
Dzieci poznają rzeczowniki na literę E, jednym z nich jest an egg*, Franek, lat 8 pyta nagle:
- Proszę pani, jak jest po angielsku 'bez', ale nie kwiat, tylko 'bez czegoś'.
- Without- ja mu na to niczego nieświadoma.
- Without eggs!!!- wypala Franek z gwiazdami w oczach.
Kocham dzieciaki!

___________________________________________
* jajko- to dla Niekumatków :D

niedziela, 6 listopada 2016

Listopad

Za oknem, jak mawia Młoda, 'pizga złem'.
Ted zaraził mnie, ja Młodą czyli ogólnie glut popas.
Nad kolejnym puzzlem mojego dzieciństwa zapłonął znicz.
Kuźwa, za wcześnie zapłonął.
Zawsze jest za wcześnie, ale On był najmłodszy!!!
Listopad przysmucił.
Okropnie.
Postanowiłam dotęczowić, dobarwić i docieplić.
Tak!




A teraz okopuję się pod nowym kocem, z termoforem oraz kubkiem herbaty i... muszę odreagować, bo ostatni tydzień mnie przerósł.

piątek, 21 października 2016

A ku ku...

Informację, że ktoś może i chce nam pomóc przyjęłam z niedowierzaniem.
Kiedy przyszło do finalizacji sprawy zdecydowane NIE wzbudziło mój szok.
Co ludzie mają w głowie?
Tej osoby nigdy nie poprosiłabym o pomoc, to raczej ona mogła na nas liczyć.
Teraz wiem, że może pomóc, ale nie pomoże... bo nas kur... nie lubi???
Szukam celu tej akcji i, oprócz bolesnej lekcji, żadnego nie znajduję.
Może pomożecie poszukać, bo ja bez flaszki tego nie rozbiorę, a w pracy pić nie mogę, bo młodzież patrzy.

środa, 12 października 2016

Karuzela z Madonnami?

O nie, Madonny już dawno pospadały.
Myślałam, że życie nie może już bardziej przyspieszyć.
Źle myślałam.
Wokół widzę już tylko zamazane obrazy.
Czasem boję się, że puszczę pawia.

Trzeba by odpocząć.
Na horyzoncie majaczy dłuższy weekend 29 października/ 2 listopada.
Sami go sobie przedłużamy, ale już wiem, że nie odpoczniemy.

Miałam taki plan, żeby okopać się w ten, nadchodzący weekend, ale jako, że ostatni spędziliśmy w pełnym biegu, trzeba będzie jednak nadrobić zaległości, czyli z okopywania się nici...

Zastanawiam się, jak się znalazłam w tym wirze i jedyne, co przychodzi mi do głowy, to powiedzenie mojej Babci Wielkopolskiej, że 'robota lubi głupiego'.

Oraz w założeniu, ani na moment, jako, żem głupek nie byłam Madonną.
Chyba, że z łopatą...

sobota, 1 października 2016

Uwaga, jesiennie, marudnie...

Za oknem zaczynają się złocić topole i kasztanowce.
Ja pod kocykiem, popijając herbatę owocową z miodem i wcinając czekoladowe ciastka, kradnę sobocie chwilkę dla siebie.
Zaraz muszę się ruszyć.
Nadrabiać zaległości, żeby mnie domowe obowiązki nie przywaliły, jak jesienne liście.
Ale jeszcze chwilka.
Jeszcze moment dla mnie.
Wracam myślami do dzisiejszego śniadania.
MamaZ zrobiła rybę po grecku.
Przyniosła mi ją wczoraj wieczorem, do biura, Ciocia.
Kiedy wieczorem, po pracy zadzwoniłam do Mamy, żeby podziękować, ta przyznała się, że ona wcale nie była dla nas.
Kim trzeba być, żeby palnąć takiego fopasa (faux pas :)???
Tedowi zrobiło się przykro.
Nie pierwszy raz.
Obstawiam, że nie ostatni.
Dzisiaj zadzwoniłam też do Cioci, żeby podziękować, że zawalczyła o trochę ryby dla nas.
Ciocia się tylko uśmiechnęła i powiedziała:
- Pomagałam jej dzielić tę rybę, był pojemnik dla mnie, dla niej, dla Zygiego (brat Teda), a dla Teda i Dreama?- zapytałam.
- Nie pomyślałam- odpowiedziała tylko.

Kiedyś naskoczyłam na Teda, bo powiedział w złości, że MamaZ jest głupia.
Nie pamiętam, ile razy już Go za to przepraszałam.
Dzisiaj zrobiłam to ponownie.

Jesień nie ma z tym nic wspólnego.
Niestety :(
Lepiej pójdę prasować...

niedziela, 25 września 2016

Ludzie myślą...

... a w zasadzie nie myślą.
Dają sobie prawo do oceny.
Ciebie, innych, wszystkich.
Kurwa!
Zeźliłam się.
Nie zamierzam się z tego tłumaczyć, że mam dużo pracy.
Na wolnym rynku jest to raczej powód do dumy.
Aż tu wczoraj usłyszałam, że nie potrafię być wdzięczna.
Tak, dostałam coś.
Coś, o co nie prosiłam.
Coś, na co nie czekałam.
Coś, co mi się nie przyda.
Bo ktoś sobie ubzdurał, że to dla mnie zrobi.
Lubię rękodzieło, żeby nie było, ale MUSI być niezwykłe.
To, że ktoś coś zrobił własnołapnie nie jest jeszcze powodem do braw.
Powodem będzie, jeżeli zachwycę się tak, że zabraknie mi tchu.
Nie zabrakło, powiem więcej, dobrze, że nie mam małych dzieci, bo chyba by się wystraszyły 'dzieła'.
I usłyszałam, że jednak oczekiwano na show w postaci fotek i podziękowań na fb.
Ja mam tylko firmowego fejsbuka!!!
Między ogłoszeniami o moich zajęciach i kolejnych kursach Teda mam wstawić zdjęcie misia?
Litości!
Już jakiś czas temu postanowiłam, że nie zamierzam oglądać się na innych.
Robię swoje i nie wchodzę innym w drogę, a jeżeli wchodzę, to na ich wyraźne zaproszenie.
Wczorajsza rozmowa utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem na dobrej drodze... żeby nie oszaleć z powodu tego, co ludzie myślą.

Oraz wpadł mi telefon do kibla.
Tak, nie ma zakazu wybuchów dzikich ryków :D

czwartek, 22 września 2016

Biegiem...

Biegiem zaczęłam pracę.
Potem biegiem, przez działalność szkoleniową Teda, przelecieli kontrolerzy z firmy-matki.
Teraz biegiem nadeszła jesień.

Nie chcę jeszcze opatulać się szalem.
Nie chcę kurtek i pełnych butów.
Chcę jeszcze na rolki, na kije, na plażę.
Za oknem świeci słońce, ale nie dla mnie.
Siedzę w pracy do wieczora, niektórzy mówią, że do nocy.

Nie jęczę jednak.
Próbuję łagodnie wprowadzać dzieciaki w kierat.
One są ogłuszone wiadomościami co będzie, a czego nie będzie.
Też nie chcą...

Nie chcemy razem i raźniej nam tak.
Bo razem nawet biegnie się lepiej niż solo :D

wtorek, 6 września 2016

Spotrzeżenia Spryciuli

Młoda nie ma w mieście akademickim telewizora, włączyła więc w sobotę wieczorem tv, żeby się napawać. Guziczek na pilocie wybrał losowo 'Mam Talent'.
W programie pan strzelał do pani z broni dziwnej.
Jurorzy zastanawiali się, nad tym, jak bardzo muszą się kochać i jak bardzo sobie ufają.
-No tak- mruczy Młoda- jak kobietę zabije w domu to się nazywa zabójstwo, w telewizji to sztuka.

P.S.
Mam Talent to u nas w domu wybryk jednorazowy, żeby nie było na mnie :D

sobota, 3 września 2016

Grafomańsko, jak cholera...

Jak zawsze, kiedy działo się coś ważnego, Magda nie mogła pozbierać się i ogarnąć rzeczywistości.
- Jeszcze tu jesteś?- zapytał naczelny kiedy biegła do windy
- Nie, to mój hologram, zapomniał laptopa- warknęła w odpowiedzi.
- Magda stój- zatrzymał ją ostrym tonem- Nie zabij się. Oni tam są, na miejscu. Wiedzą co robić. Ty tylko zrób z nim wywiad. Na deser. Najlepszy, jaki potrafisz.
- Wiesz, jak on udziela wywiadów- westchnęła.
- Ale ty to zrobisz, masz asa w rękawie.
- A jeżeli już nie mam?- zapytała zmartwiona.
- Wtedy zadzwoń, ja to zrobię- zakończył naczelny.
Lubiła Marka, był szefem z ludzką twarzą, a nie korpo-sępem. Marek wiedział, że ten wywiad będzie najtrudniejszym, jaki miała przeprowadzić w całej swojej dziennikarskiej karierze.  Spróbuję chociaż- pomyślała.
Na parkingu ledwie dopadła auta, a już dzwonił telefon.
- Magda- jęknęła jej do słuchawki Zofia- gdzie ty kurwa jesteś? Oni tu są, gotowi do pracy!!! Co ja mam robić???
- Zośka, wyluzuj się- próbowała uspokoić fotografkę, najlepszą, jaka zna- weź aparat i rób to, co potrafisz najlepiej.
- Ale on tu jest, kręci się między modelkami, poprawia im kiecki...- panikowała dalej Zośka.
- No i co z tego? Przecież to normalny człowiek jest. Jak dobrze pamiętam, całkiem miły, dosyć grzeczny i raczej profesjonalny, chociaż z tej strony go nie poznałam. Jedyne o czym musisz pamiętać, to staraj się go nie dotykać.
- Co???- zbaraniała Zośka
- Nie zaburzaj jego przestrzeni, on tego nie lubi, Zosiu muszę kończyć, jak mam dojechać do was, do końca zdjęć.
Rozłączyła się.
Odetchnęła.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i zaczęła mechanicznie wykonywać wszystkie czynności.
Kiedy była już na wylotówce, poczuła, że się uspokaja.
Jechała szybko, ale płynnie.
Zaraz będzie na miejscu.
Musi być profesjonalna.
To jej praca.
Da radę przecież.

Wpadła na miejsce dwie godziny później.
Nikt do niej w międzyczasie nie dzwonił, nie przeczuwała żadnej afery.
W pięknych wnętrzach dworku modelki w obłędnych kreacjach Van Pattersona wyglądały jak bajeczne motyle.
Zośka pracowała w ciszy.
- Gdzie on jest?- zapytała Maćka od świateł.
- Nie wiem, zniknął gdzieś, chyba nie czuł się najlepiej, ale pełna profeska, jestem pod wrażeniem, jak jest konkretny, żaden tam rozkapryszony gwiazdorek.
Zaczęła szukać Barbie, szefowej planu. Duży ten dworek- pomyślała przechodząc przez kolejne sale. W jakimś pomieszczeniu zauważyła na podłodze czarny zwój tkanin.
- Co to kuźwa jest?- mruknęła do siebie. Podeszła bliżej i zamarła. W czarnym śpiworze, na podłodze pod oknem leżał... Piotr Van Patterson, znany projektant mody.
Wzięła głęboki oddech i pochyliła się niżej. Tylko ona wiedziała, jak bardzo chciała go dotknąć i tylko ona wiedziała, jak bardzo nie powinna..
- Piotr- szepnęła i zdziwiła się miękkością swojego głosu. - Piotr, nie możesz tak tu spać.
- Mogę- mruknął.
Podniósł głowę, która natychmiast opadła na skórzana kurtkę pod jego głową.
- Magda- szepnął- podobno jesteś tu szefową.
- Piotrze- odpowiedziała szeptem- podobno jesteś tu gościem.
Nie poruszył się, ale widziała, że się roześmiał. Po chwili się podniósł, ale nie wstał. Ona usiadła obok niego.
- Co jest? - zapytała, jakby te dziesięć lat od ich ostatniego spotkania nie minęło.
- Nie potrafię odpoczywać- westchnął.
- Jadłeś coś?
- Nie- dlaczego ją to nie zdziwiło? Nigdy nie jadł, jak coś się działo.
- Ile masz czasu?- zapytała.
- Kolekcja z ekipą jutro wraca, ja myślałem, żeby zostać tu do przyszłego tygodnia. Na piątek jesteśmy umówieni na wywiad.
- Zbieraj się- rzuciła przez ramię. Idąc, szukała telefonu w torebce.

Kiedy wróciła składał śpiwór.
- Gotowy?- zapytała.
- Do czego?- ciągle jeszcze nie podążał jej tokiem rozumowania.
- Do drogi- odpowiedziała.
- Dokąd jedziemy?
- W góry.
- Wiesz, że ze mną fatalnie się podróżuje- szepnął- mam znaną mordę.
- Dzisiaj wyglądasz, jak kloszard, nikt cię nie pozna, poza tym jedziemy tam, gdzie o Van Pattersonie nikt nie słyszał- rzuciła.
Myślała, że zaprotestuje, ale tego nie zrobił. Widziała, jak podchodzi do swojej ekipy, coś mówi i  podaje każdemu rękę. Gestem pokazuje, że będą w kontakcie telefonicznym. Bierze czarną skórzaną torbę i podchodzi do niej.
- Co dalej?- zapytał.
- Musisz wyjść na boczną drogę za dworkiem. Przed bramą stoją paparazzi.
- Uprzedzałem- powiedział smutno.
- Załóż czapkę i idź w kierunku Małej Grzędy- zabiorę cię za kilka minut.


Pół godziny później jej małe autko mknęło na południe.
- Dokąd jedziemy?- ponowił pytanie.
- Do mojego domu w górach- odpowiedziała spokojnie.
Na pytający wzrok, doprecyzowała:
- ... pozostałość po facecie, który nie umiał upilnować rozporka, ale miał jaja, żeby nie zostawić mnie zupełnie na lodzie.
- Kto tam mieszka?
- Nikt, wynajmuję go turystom, teraz nikogo tam nie ma.

Nie rozmawiali wiele. Piotr naprawdę był zmęczony. Patrzył przed siebie, albo drzemał, czasem patrzył na nią z uśmiechem,  ale tylko na tyle było go stać. Fajnie się postarzał. Dorósł. Nie wiedziała, jak to nazwać. Ciemne włosy na czubku głowy miał związane w modny kucyk. Kilkudniowy zarost dawał mu poczucie, że nikt nie pozna wystylizowanego projektanta z wybiegu. Czarny sweter i czarne, skórzane spodnie dopełniały całości. Nosił... glany? Pięknie pachniał. Nie znała tego zapachu.
Obudził się, kiedy Magda zjeżdżała na parking.
- Musimy coś zjeść- zakomunikowała- zostań, powiedz tylko co chcesz.
- Cokolwiek i kawę- mruknął nieprzytomnie.
- Białą bez cukru- dopowiedziała sobie sama.
Zjedli w samochodzie.
- Po jakiemu się wkurzasz?- zapytała przerywając milczenie.
- A dla kogo jest ten wywiad?- zapytał czujnie.
- Jak zacznie się wywiad, to cię uprzedzę, poza tym, dostaniesz go do autoryzacji- odpowiedziała ostrzej, niż chciała.
- Przepraszam- powiedział- nie lubię wywiadów, nie ufam dziennikarzom.
- No teraz to mi poprawiłeś nastrój na resztę tygodnia.
Oboje parsknęli śmiechem, rozluźniła się atmosfera.
- Wkurzam się w różnych językach, staram się jednak nie przeklinać. To, że jestem wściekły nie znaczy, że mogę kogoś zwymyślać. Najlepiej na zespół działa 'guys come on!'.
- Pamiętasz, jak kiedyś klęliśmy, jak szewcy?- zapytała z rozrzewnieniem.
- Bardzo to było dojrzałe- podsumował.


Późnym wieczorem zajechali przed mały domek w górach.
W domu paliły się światła.
- Mówiłaś, że nikogo tu nie ma- powiedział niespokojnie.
- Bo nie ma- odpowiedziała- pani Maria napaliła w kominku, zapaliła światła i zaopatrzyła lodówkę.

Weszli do środka i dopiero kiedy znaleźli się w jednym małym pomieszczeniu Magda zauważyła, jak jest wyczerpany, ale i potężny i... przystojny.
Poprowadziła go prosto do sypialni.
Rozejrzał się doceniając wnętrze.
- Ta jest twoja- powiedziała.
- Wygląda na sypialnię właścicieli- zauważył.
- Nie sypiam w niej od czasu, jak odszedł Robert, tam jest łazienka- wskazała na drzwi- ja zajmuję pokój na górze. Jeżeli czegoś potrzebujesz, zwiedzaj, zaglądaj, tylko nie budź.

Obudził ją jednak czyjś dotyk.
Za oknem świeciło słońce.
- Wstawaj śpiochu, musisz coś zjeść- usłyszała, ale nie mogła przypisać głosu do obrazu. Był miękki i ciepły. Ktoś głaskał  ją po włosach.
- Otworzyła oczy. Miał mokre, rozpuszczone włosy i tak samo, jak kiedyś błękitne oczy. Podobała jej się ta iskra, nad którą nie panował.
Wyplątała spod koca dłoń. Zanim się zastanowiła, odgarnęła z jego twarzy mokry kosmyk. Nie cofnął się.
- Chodź- zrobiłem śniadanie, obiad, whatever- roześmiał się.
- Słynny Van Patterson robi mi śniadanie? - zdziwiła się.
- Tak, tylko nikomu tego nie mów- zaśmiał się ponownie i wyszedł.

Zaraz po jego wyjściu znalazła telefon, nerwowo wybrała numer.
- Marek- szepnęła do telefonu- w piątek przywiozę Piotra, przygotuj się, to ty z nim będziesz rozmawiał, tylko żadnych banalnych pytań o holenderskie pochodzenie i skąd czerpie inspiracje, bo wiesz, jak on 'chętnie' udziela wywiadów.
- Magda, stało się coś?- zapytał zaniepokojony naczelny.
- Nie wiem...

Po kuchni w domku nigdy nie kręcił się żaden facet.
Stanęła w drzwiach i z przyjemnością obserwowała, jak parzy kawę.
Odwrócił się, słysząc skrzypiącą deskę.
Uśmiechnął się.
Stał bosy, w spodniach od dresu i wyciągniętej koszulce z logo swojej firmy. Nie zdawał sobie sprawy, jak jest sexy.
Jej widok go poruszył. W przydużym swetrze, leginsach i z włosami w nieładzie wyglądała rozczulająco bezbronnie. Poczuł ucisk w żołądku. Nie pamiętał już, kiedy jakaś kobieta zrobiła na nim takie wrażenie.
Podeszła do stołu i skubnęła grzankę.
- Co teraz?- zapytała.
- Teraz zjemy, a potem okaże się, że życie wcale nie jest takie do dupy, jak nam się wczoraj wydawało- odpowiedział leniwie.

______________________________________

... a najzabawniejsze, że mi się to wszystko przyśniło i to ja byłam bohaterką tej bajki :)


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Taka skaza na charakterze

Polacy to dziwny naród.
Jęczący, narzekający, krytykujący.
Jak Polacy odpadali z Euro w ćwierćfinale odtrąbiono sukces.
Trener stał się guru i piłkarze idolami.
Oferty od zagranicznych klubów sypały się, jak z rękawa.
Skończyła się Olimpiada.
Na portalach listy niewykorzystanych szans.
Lament.
Polscy siatkarze odpadli w ćwierćfinale!
Masakra.
Naród odwołuje trenera.
Polscy piłkarze ręczni odpadli w półfinale.
Tragedia.
Naród zwalnia drużynę, kopie liderów.

Ludzie!!!
A dlaczego oni mają być dobrzy???
Ile kasy idzie na rozwój polskiego sportu?
Gdyby było go tyle, ile w polskim footballu, bylibyśmy mistrzami świata.
Paweł Fajdek na Mistrzostwach Europy w LA miał tylko jedno marzenie- wyspać się. Jego łóżko miało metr szerokości, a tyle to on ma w barach. Dał plamę na Igrzyskach, to fakt, ale gdyby ktoś zechciał pamiętać o tym, co zdarzyło się w Londynie, przed Rio zapewniłby mu wsparcie psychologa.
Polacy na Olimpiadzie plasowali się i finałach, w pierwszej ósemce na świecie. Tyle osiągnęli o własnych siłach, ambicją i wolą walki, ale trzeba im pomóc, żeby wskoczyli na podium.
Hotel na Lazurowym Wybrzeżu, samolot czarterowy- to dla polskich piłkarzy. I aplauz po przyjeździe do kraju. Za ćwierćfinał w Europie.
Wioska olimpijska, loty samolotem rejsowym i kop w dupę, za ćwierćfinał dla siatkarzy, za półfinał dla ręcznych na Igrzyskach!!! Czyli na świecie.

Jeżeli nie możemy być obiektywni, milczmy, proszę.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Słabo u mnie z paluszkami pianisty...

... kilka razy już siadałam, żeby napisać i nic.
Muza nie płynie.
Słowa po ekranie nie skaczą, jak nuty po pięciolinii.
A mogłyby, ale nie wiem, czy chce mi się rozdrapywać.
Bo, jak patrzę, kiedy moi bliscy boją się żyć, chce mi się krzyczeć.
Ale przecież to nie moje życie, nie mogę go przeżyć za kogoś.
Bo, jak widzę strach w oczach dzieci, które nie nauczą sie odwagi, bo od kogo, to mi zwyczajnie żal.
Bo nawet chomiki miewają depresję, albo focha, kto je tam wie.
Takie dziwne to lato.

To nie twoja sprawa, zajmij się swoją dupą- powtarzam do siebie.
I zajmuję się.
Czasem pracuję.
Czasem spoglądam wokół i nie wierzę.
Takie dziwne to lato.

Ktoś na FB umieścił zdjęcie jednego Pałacu z mojego rodzinnego miasta.
I tęskno się zrobiło nagle, nostalgicznie.
W tym roku już nie dam rady pojechać.
Zresztą do kogo?

Ktoś inny namalował dla mnie obraz.
Idzie pocztą.
Takie dziwne to lato.

czwartek, 14 lipca 2016

Jestem chudą nudziarą

Przeglądam bloga.
Wrzuciłam archiwum dla tych, którzy mają dużo czasu.
Japierniczę jakie ja kiedyś brawurowe popełniałam teksty.
Nie wiem, czy tłuszcz tu i tam powodował, że miałam ułańską fantazję?
Czy na poziomie wyobraźni byłam szczupłą brunetką i to powodowało, że szalałam werbalnie?
Dzisiaj JESTEM szczupłą brunetką i nudziarą na maxa.
Kiedyś byłam gruba i nie mówiłam o mojej wadze, bo... był to temat delikatny.
Dzisiaj jest delikatny, bo nie jestem, ale może urażać innych.
Jakie to bez sensu.
Nie będę pisała o diecie i ćwiczeniach, zdrowym trybie życia i prawidłowych wynikach.
Nie będę wstawiać fotek ze zbalansowanymi posiłkami, ani na nie przepisów.
Zapomnijcie o linkach do super ćwiczeń, które spalą wszystko, od samego na nie patrzenia.
Nie czuję się fachowcem, zresztą niektórzy z Was wiedzą, że 'trochę' przy tym chudnięciu narozrabiałam.
Powiem Wam o tym, czego doświadczam.
Ludzie w sklepach, zachodząc mnie od tyłu, mówią do mnie na 'ty' i to jest przezabawne.
Ich miny, kiedy orientują się, co zrobili, są bezcenne.
Reakcje ludzi, ze wskazaniem na tę żeńską część, którzy dawno mnie nie widzieli to taki rasowy baran, że aż miło patrzeć.
Chwilami pławię się w ich zazdrosnych spojrzeniach.
Jestem nudną, chudą, suką, hahahaha!
Ale dlaczego nie mam się tym cieszyć?
Przecież to mój sukces, prawda?
A ja delikatna, żeby nikogo nie urazić, zaraz zacznę przepraszać, że niektóre panie zatrzymały się na etapie pontona, kiedy ja... zawalczyłam, żeby spuścić ze swojego powietrze.
Przeczytałam dzisiaj, że jesteśmy najszybciej tyjącą nacją na świecie.
Plaża weryfikuje.
Plaża dołuje, albo... łaskocze ego.
Weryfikuje spacer po Promenadzie Lanserów.
To, co ludzie w siebie wrzucają, to jakieś szaleństwo jest.
Ja rozumiem, że na urlopie można się trochę wyluzować, ale żeby zaraz jeść...  WSZYSTKO?
HURTEM?

Mówiłam, że jestem nudziarą.
No i ch... ale za to chudą :)


piątek, 8 lipca 2016

Lato

Właśnie wróciliśmy z krótkiego i intensywnego wyjazdu.
Udało nam się zrobić mnóstwo fajnych rzeczy, razem.
Razem bo we dwoje i razem, bo przez chwilę w akcji brały udział Młoda i Aga.
Powiem nawet, że w szóstkę, gdyż do zabawy przyłączały się momentami dwa kochane gryzonie.
Lubię takie wypady.
Nie udało mi się nic zarezerwować, bo do końca nie wiedziałam, czy jedziemy.
W niczym nam to nie przeszkodziło.
Nasza działalność miała szerokie spektrum, od grasowania po parku linowym, po wypad do kina na najgłupszy film, jaki w tym dniu grali.
Wcale nie był najgłupszy, jak się potem okazało.
Były też do zrobienia rzeczy bardzo ważne.
Spotkaliśmy się z Kimś, kto bardzo pomaga Młodej.
To było dobre spotkanie.
Dało nam pewność, że Młoda jest w dobrych rękach.

Dzisiaj (znowu leje) siedzę w domu i rasowo się opier...
Pomalowałam paznokcie.
U rąk i... u nóg ( na rószofffo :), bo może jednak pochodzę w sandałkach, które to nabyłam w nadziei na upały.
Piję zieloną herbatę.
Czytam, czytam, czytam.
Jem dobre rzeczy, bo mam czas, żeby pokręcić się po kuchni (fotek nie będzie, sorry).

Nie jestem jednak bezrobotna.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto musi NATYCHMIAST zgłębić mój język.
I ja go ratuję, :)

Oddycham pełną piersią, a co za tym idzie moje ciśnienie i puls dogadały się z całą resztą.
Odstawiłam wszystkie tabsy, poza suplementami, której jednak, pod kontrolą, muszę przez czas jakiś...
Lubię lato, nawet kiedy pada.
Balkon otwarty na Narnię.
Pięknie pachnie to lato.


wtorek, 28 czerwca 2016

Kobieta- Świder

- Wy kobiety to Świdry jesteście- wygłosił przy śniadaniu złotą myśl Ted.
- Doprecyzuj co to jest świder, według ciebie- poprosiłam.
Zajęty jednak kanapką z polędwicą, serem, warzywami i kiełkami rzodkiewki na chlebie na zakwasie, nie doprecyzował. Albo doprecyzował, ale ja też byłam zajęta swoją... kanapką znaczy.
Kiedy moja zawartość paszczy została przełknięta, ruszyłam szturmem.
- Skoro męczysz się tak, świdrowany i nękany, daj sobie spokój, nic na siłę.
- Ale po co? Pewnych spraw nie przeskoczysz.- zadziwił się, że nie rozumiem, Ted- Nie wiem, na jaki trafię. Po co mi Świder- Idiotka, skoro wiem, że teraz mam Świder z Diamentową Końcówką.

I kuźwa nie wiem, załamać się czy ucieszyć.

Oraz teorię o Kobiecie- Świdrze ukuł ktoś, kto świdrował przez ostatnie półtora miesiąca i w związku z tym zmieniamy samochód :)

czwartek, 23 czerwca 2016

Ojciec

Nie, nie! Nie będzie wspomnienia o moim Rodzicielu, bo Go zwyczajnie nie pamiętam.

Czy Wy myśleliście kiedyś, jakimi rodzicami będą Wasi kumple?
Szurnięte koleżanki?
Nadmiernie wyluzowani koledzy?

Kiedyś wpadli do nas przyjaciele z 'dawnych lat', wokół kręciła się Młoda, wówczas w początkach gimnazjum. W pewnym momencie zwróciła się to Teda 'tatusiu'.
- Ona do ciebie mówi tatusiu...- zauważyła radośnie dziewczyna- jaki czad!
- A twoje do ciebie mówią 'proszę pani'...- skonstatował jej własny małżon.

Zastanawiałam się kiedyś, jakim ojcem będzie Ted.
Trochę się, szczerze mówiąc, bałam.
Relacje Tedowego brata z jego dziećmi pozostawiały wiele do życzenia, a i Ted raczej ukochanym wujaszkiem nie był.
A potem urodziła się Ona.
Ted pilnie uczył się być rodzicem  konsekwentnym, bo szalonym był zawsze.
Kochał mądrze, a nie strasznie.
Budował relację na odległość przez dwanaście lat.

Dzisiaj razem knują.
Jest wsparciem, kiedy trzeba.
Wymaga, kiedy należy.
W środku nocy Koty potrafią przyjechać na dworzec i przywieźć Tatałkowi kawę, bo właśnie jedzie do Warszawy i ma w Poznaniu pięćdziesiąt minut czasu.
W środku nocy odśpiewały mu wczoraj 'sto lat', bo było już po północy i 'to już, dzisiaj'.

Nie pamiętam mojego Ojca, ale gdybym mogła wybierać, chciałabym mieć takie wspomnienia, jak Młoda.


wtorek, 21 czerwca 2016

Lato

Pierwszy dzień lata, co to był jeszcze astronomiczny, a nie kalendarzowy, był moim pierwszym dniem wolnym od pracy.
Dzieciaki naumiane, egzaminy zdane, na wyniki matur ciągle czekamy, można dać na luz.
Jak wyluzowuje dreamu?- zapytałby ktoś.
Otóż, dreamu sprzątnęła szafkę na buty, nagle zrobiło się tam miejsce na nowe :)
Ze swojej szafy wyrzuciła wszystkie za duże ciuchy, nie łudźmy się, nie założę ich, nie ma tego w planach.
Do końca dnia radośnie oddawała się zwalczaniu góry prasowania... i jeszcze nie skończyła.
Po drodze zjadała obiad i kolację i... z pracy wrócił Ted, a zaraz potem skończył się dzień.
Ja to potrafię... wyluzować :D
I muzyka, ( w temacie wyluzowywania oczywiście) żeby było ślicznie i... idzie nowe, oraz podoba mi się baaaardzo, zwłaszcza ze względu na Starszych Panów.

Oraz ciągle jeszcze nie wiem dokąd i  czy w ogóle, jedziemy odpocząć na te pier... pięć dni.
Pełen, kuźwa, relaks :D

środa, 15 czerwca 2016

O uropie słów kilka

Bycie wrednym kapitalistą ma swoje dobre strony.
Nie mam szefa.
Sama sobie jestem sterem i tymi innymi do kompletu.
Ja decyduję z kim i za ile pracuję.
Ale kiedy przychodzi do planowania urlopu, pogodzenie pracy Teda z jego kapitalistycznym ogródkiem, który nie może leżeć odłogiem, i moich obowiązków, kurwica mnie bierze jasna.
I tak, z zaplanowanych dwóch tygodni, zrobił się jeden, a wieści z ostatniej chwili ćwierkają coś o pięciu dniach.
Mam z tego powodu, i kilku innych też, ciśnienie tysiącpięćset na stodziewięćset i w perspektywie duuuuużo wolnego czasu na przemyślenia wszelakie.
Jestem przekonana, że osiągnę pierdolone zen, jeżeli wcześniej nie trafi mnie szlag jasny.
Siedzę w necie i szukam alternatywy dla wyjazdu w góry, bo przecież nie mam czasu bujać się przez kraj nasz piękny, marnując jeden z tych pięciu dni na dojazd i kolejny, na powrót.
Nic mi nie przychodzi do głowy.
Zostaniemy w domu i będziemy chodzili na plażę, jak turyści, jadali rybki na promenadzie, lansowali się pośród gawiedzi i zachwycali się zachodami słońca.
Jesoo!!!
Jakieś pomysły???
I nie zakładajcie, że będzie ładna pogoda, bo z moim szczęściem...

niedziela, 12 czerwca 2016

Balon rośnie, że aż strach...

Na 30 minut przed rozpoczęciem meczu wyludnia się okolica.
Podenerwowani ojcowie wyciągają z Narnii niepocieszone latorośle.
Ostatni kibice pędzą do pobliskiej  biedry po czipsy i piwo.
Samochody oflagowane, balkony ozdobione.
Grupy kibiców zbierają się przed okolicznymi knajpami w których okna zastąpiły plazmy.
Po mieście przetacza się, na razie nieśmiało, 'Polska- BiałoCzerwoni'.
W tivi już mielą wióry.
Ted siedzi obok mnie i ironicznie się uśmiecha.
Ciekawa jestem... chociaż nie tak podekscytowana, jak przed meczami siatkarzy o Rio.

Mam nadzieję, że za dwie godziny odszczekam z balkonu, zgodnie z umową z Tedem, że pierwszy zagramy 'otwarcia', drugi 'o wszystko', trzeci 'o honor'...
Zagrajmy na maxa...
Zagrajmy tak, żeby na koniec powiedzieć, wypluliśmy płuca na boisku.
Zagrajmy tak, żeby na koniec, po naszej stronie była zwyczajnie jedna bramka więcej.

P.S. dopisane po północy

Hauuuuu, hauuuu oraz nigdy nie było mi bardziej przyjemnie palić głupa na własnym balkonie.
Nie wyglądałam głupio, bo wszyscy śpiewali i klaksonami aut wykazywali zachwyt  :D

środa, 8 czerwca 2016

Ja nie mam co na siebie włożyć...

... i to wcale nie jest zabawne.
Kiedy nagle zrobiło się gorąco sięgnęłam do odmętów garderoby w poszukiwaniu moich ulubionych lnianych spodni i żakietów.
Przymierzanie ich nie było przyjemne.
Nie pamiętam, kiedy Ted miał ze mnie taki ubaw.
W ubiegłym roku latem byłam minus osiem, więc większość rzeczy jeszcze jakoś na mnie wyglądała.
Ten rok pokazał, że trzy rozmiary w dół to za dużo, żeby ciuchy z lat ubiegłych obleciały.
Oblatuję sklepy zatem.
W desperacji.
Nie mam się w co ubrać!
Nawet buty są za luźne!
Ted już przestał się śmiać.
Zamiast jednego czy dwóch fatałaszków, dla poprawy nastroju, trzeba odtworzyć garderobę letnią.
Idę w... sukienki i pierwszy raz w życiu chyba baaardzo mi się to podoba, a i Ted, mimo, że trzyma się nerwowo za portfel, zaczyna doceniać ten stan.
Dziecko mnie chwali.
Nadal trzeba dokupić to i owo.
Na cholerę mi to było?

I jeszcze cytat z rozmów śniadaniowych:
- Wiesz, zaraz zrobi się tak ciepło, że będziemy mogli wybrać się na plażę- to Ted.
- ... stroju też nie mam... - ja mu na to :D

niedziela, 5 czerwca 2016

Otoczona kociołkami

Gdzieś usłyszałam ostatnio, że dla jakiegoś wokalisty muzyka jest jak mikstura Panoramixa.
Ktoś wie, o czym piszę?
Mieliście kiedykolwiek tyle z dziecka w sobie, żeby obejrzeć Asterixa i Obelixa?
Otóż każdy z nas, myślę, ma taką miksturę, która go napędza.
Zaczęłam zastanawiać się, co napędza mnie i doszłam do wniosku, że jestem otoczona kociołkami z wszystkich możliwych stron. W każdym jest coś innego, ale ich zawartości, zmieszane ze sobą, tworzą miksturę, dzięki której podnoszę się, za każdym razem, kiedy wydawałoby się, że bardziej na kolanach nie można już być.
Na pierwszy ogień idzie śniadanie.
Jeżeli myślicie, że teraz palnę Wam gadkę o konieczności spożywania zbalansowanego posiłku, który daje nam energię na początek dnia, to możecie dalej nie czytać, albo wręcz przeciwnie.
Nie ma znaczenia CO jem, ważne z KIM. Zestaw idealny to WSZYSCY, ale ostatnio się to nie zdarza, dlatego ważne jest, żeby zjeść je z NIM. Czasem zdarza się, że Teda nie ma, wtedy jem w pośpiechu i bez przyjemności. Razem śniadanie nabiera smaku, a i wartości odżywcze rosną, mam wrażenie :)
Ważna jest też muzyka. Najfajniejsza jest ta niedzielna, kiedy zupełnie nie interesuje mnie, co dzieje się na świecie, ani która jest godzina, słucham wtedy Radia Swiss Jazz- to jest zupełnie inny wymiar muzy, bez papki i sieczki. Tam nawet piosenek Rihanny da się słuchać (wiem, jestem okropna :)
Ważny, coraz ważniejszy, staje się ruch. Bez niego jakoś nie funkcjonuję od czasu, jak postanowiłam coś zmienić. Wieczory, kiedy jestem po pracy, kiedy opada napięcie dnia, są baaaardzo przyjemne, mogę, niespiesznie zrobić coś dla siebie, podreptać bez celu, ale nie bez sensu.
Rozmowy z Młodą i Agą są ważne. Kończę trening, robię zieloną herbatę i dzwonię. Czasem gadamy kilka chwil, niekiedy parę godzin zaśmiewamy się do łez, a czasem jest źle i trzeba wznieść się na wyżyny dyplomacji. Trzeba podjąć trudne decyzje, ale to też mnie napędza, bo mimo, że to już Duże Baby są, chcą dzielić się z nami wszystkim, co je cieszy i tym, co nie daje żyć.
W ostatnim kociołku są... podróże. Uwielbiam włóczyć się gdziekolwiek. Może to być las nad wydmami dwa kilometry od domu, albo Bryce Canyon, na drugiej półkuli. Wiele podróży odbyliśmy oddzielnie, dlatego ważne jest, żeby jednak razem i tu również obowiązuje zasada, jak przy śniadaniu... Teraz marzą mi się góry... jakiekolwiek.
Dobra książka jest mi do życia niezbędnie konieczna i wkurza mnie, że nie mam czasu czytać, czytać, czytać, bo czytanie przerywa mi proza życia, praca, pranie, prasowanie, gotowanie i inne temu podobne, nudne rzeczy.


A Ty, co masz w swoich kociołkach?
Nie musisz pisać, pomyśl.
Czasem taka świadomość, że masz pod ręką miksturę, która podniesie Cię z kolan, wystarczy, żeby zacząć... się podnosić.

czwartek, 2 czerwca 2016

Takie podsumowanie w środku roku, którego i tak pewnie nikt nie przeczyta czyli...

... notatki z  umierającego bloga.
Nie chce mi się pisać bloga.
Chyba już nie.
Nie ma ruchu, blog gaśnie, marnieje, odchodzi...
Nie mam motywacji, a wszystko, o czym chciałabym, obwarowane jest ustawą o ochronie danych osobowych, bo chętnie napierdalałabym personalnie.
Dlatego milczę sobie na vivat.
Ale ja nie o tym
10 maja minął rok.
Obiecałam sobie, że napiszę notkę, ale znajdowałam się w oku cyklonu i mi nie pykło.
Od czego ten rok minął?
Od przejścia na dietę.
Chociaż nie można tego nazwać dietą.
Wywróciłam wszystko, chociaż zmieniłam niewiele.
Żarcie przestało być celem, zaczęło być środkiem.
Po 15 kilogramach trzeba się było uspokoić, bo ileś tam trzeba jednak ważyć.
Uspokoiłam się w grudniu.
Od grudnia utrzymuję wagę z wahaniem rzędu jednego kilograma w prawo lub w lewo.
Nie zamierzam pisać, że było ciężko, bo nie było.
Jeżeli chodzi o straty, oprócz kilogramów zaliczyłam jedną wizytę w szpitalu ze wstrząsem mózgu i wszystkimi badaniami.
Wyniki mam dobre, a powodem wielkiego dup był niski poziom potasu- pilnujcie potasu, bo to bardzo ważny skurczybyk i wali po sercu i ciśnieniu.
Ja pilnuję.
Teraz już pilnuję.
To coś, co początkowo było dietą, a teraz stało się stylem życia, będzie towarzyszyło mi już zawsze, bo to fajne jest.
Nie będę wypisywać co zmieniłam, ani co powinni zmienić inni jeżeli chcą osiągnąć mój sukces.
To była moja droga, nadal jest.
Znajdź swoją, nie idź po cudzych śladach, bo to mało odkrywcze.
Znajdź swoją motywację, swój katalizator, albo tego, kto zupełnie w Ciebie nie wierzy i mu, kuźwa, pokaż.
Moja teściowa twierdzi, że powinnam utyć jakieś  pięć kilogramów, chociaż to ona właśnie powiedziała mi 'w twoim wieku to ty już chyba nie schudniesz', a od szpitalnego dup dzwoni co kilka dni i pyta, jak się czuję.
Ona też była... katalizatorem :)
Siniak z czoła ciągle jeszcze mi nie zszedł, ale nadal nie tracę nadziei.

Idę pouprawiać.
Sport znaczy.
Nie wiem, czy sport to zdrowie, ale mnie po treningu spada ciśnienie.






sobota, 21 maja 2016

Maturalnie rzecz biorąc

Wysyłając do boju kolejne Orły nerwowo czekam na dwie informacje: pierwszą, zaraz po wyjściu z Ich odczuciami i drugą, już z konkretem w postaci wyniku w procentach.
W piątek do walki ruszył Bartek.
10:40 teoretycznie wchodził.
11:15 zero informacji.
12:00 nic.
12:30 nie wytrzymałam i piszę:
- Bartek, pisz co się dzieje, bo oszaleję.
- Nic, czekamy bo wszystko się opóźniło, ponieważ jeden koleś zabalował i nie dotarł- on mi na to.
- To bardzo miła komisja, że tak czeka na kolegę- wzruszyłam się w imieniu abiturientów- pewnie pani dyrektor 'uprzejmie' ich poprosiła. ( bo jak znam jedną z egzaminatorek, zamknęłaby bałagan minutę po wyznaczonym czasie z satysfakcją wymalowaną 'od pasa w górę').
- O tak, prosiła bardzo uprzejmie- Bartuś mi w odpowiedzi- przyszła nawet do nas i zapytała, cytuję: 'gdzie on, kurwa, jest?'
- Bardzo pedagogicznie zapytała- ucieszyłam się wrednie.

Poza tym reszta w normie oraz wszystkie ustne egzaminy zdane, na wyniki pisemnych czekamy do 5 lipca chyba.
Teraz głównie śpię z przerwami na jem.
Dobranoc.

piątek, 13 maja 2016

Słodko-gorzki

Z zajęć wychodzą dziewczyny- gimnazjalistki, w korytarzu obgadują jakąś nauczycielkę, która postawiła jedynkę 'nowej' za sprawdzian, którego ta nie pisała, gdyż jeszcze nie chodziła do ich szkoły.
Do rozmowy włącza się Alicja- absolwentka tegoż samego gimnazjum.
- O kim mówicie?- pyta.
- O pani Iksińskiej- pada odpowiedź.
- Nic się nie zmieniła, zawsze była 'nie fair'-  podsumowuje- nauczyciele zawsze tacy są.
- Hej- dołączam się do dyskusji- ja też jestem nauczycielem!
- Pani nie jest nauczycielem- protestuje Alicja- pani jest... Człowiekiem.

Od wielu lat 'robię' w tej materii. Wiem, że Dzieciaki mnie lubią, ale nigdy nie myślałam, że doczekam się kiedyś takiego komplementu.

Matury trwają.
Mamy już pierwsze 90% z ustnej.
Cały czas do pobicia, Darek rzucił wyzwanie reszcie.
Mamy też takich, o których się boimy, czy zdążą wyzdrowieć, czy nie zje ich stres.

Jak obrobię się w edukacji, wrócę i opowiem Wam parę fajnych historii.
Trzymajcie kciuki za 'moje Dzieciaki'.
Do poczytania wkrótce.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Niedzielne cha!cha!cha!

Wczoraj było piwo... dużo piwa.
To znaczy oni pili, a ja miałam zabawę, gdyż ja nadal nie mogę.
Moja twarz odzyskała już standardowe barwy z niewielkimi przebarwieniami  jedynie, co pozwoliło mi pokazać się w miejscu publicznym.
Okazją był powrót Pawła.
Z dalekich podróży.
Już nie pamiętam, na szczęście, jak to było, kiedy wracał Ted.
Ekipa była zacna, trunki mniej, ale generalnie było wesoło.
Jak zwykle.
W obrazek genialnie wpisał się pan kelner, który, z każdą kolejką, donosił nowy dowcip.
Na okoliczność dnia książki wygrał ten:
Dlaczego naród nie czyta?
Bo Rząd nie publikuje.
Piwo sprawiło, że ryknęliśmy śmiechem... ale to przez piwo. Chyba.
Paweł jest gawędziarzem.
Uwielbiam jego opowieści.
Z wczoraj zapamiętałam tę, jak to mały Pawełek nie lubi ryb i zostało mu to z dzieciństwa.
W przedszkolu rybkę z obiadu instalował do kieszeni fartuszka na brzusiu i wychodził z jadalni. Dzieci jednakowoż sprytne są tylko w swoim własnym pojęciu, dlatego też Pawełek, zamiast udać się do toalety i spuścić znienawidzoną rybkę z wodą, wpadał do szatni i podrzucał ją do butów, kurteczek, czapek czy rękawiczek współtowarzyszy niedoli.
Jako matka, oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak moje dziecię, wychodząc z przedszkola, przyodziewa kurteczkę, sięga po rękawiczki, a tam z kieszeni wystaje rybi ogon :D
Oczywiście sprytny Pawełek wpadł, ale dosłużył się specjalnego traktowania w 'rybny dzień', jadał bowiem jajeczko sadzone, albo inne, akceptowalne przez niego, przysmaki.
Dlaczego?
Ponieważ jedną rybkę zainstalował w bucie córki... pani dyrektor.
Cóż, trzeba wiedzieć, komu podłożyć świnię... przepraszam, rybę.

Miłej niedzieli.
Idę na spacer.
Z Tedem.
Dzisiaj wyjątkowo ma wolny dzień, ale nawet, jeżeli nie ma, nie muszę witać go po pół roku, imprezą piwną.
I za to jestem wdzięczna jakniewiemco.


czwartek, 14 kwietnia 2016

Złapana na gorącym...

uczynku czyli klaps w dupsko.

Wieczór.
Kolacja zjedzona.
Herbatka zielona stoi na ławie.
W TV leci jakiś durny film.
Czegoś brak.
A gdyby tak... poćwiczyć?
Delikatnie.
Bez interwałów.
Nastawiłam timer na trzydzieści minut.
Zrobiłam delikatną rozgrzewkę i wolno ruszyłam.
Obiecałam sobie, że jak tylko poczuję się  źle, natychmiast przerwę.
I człapałam tak sobie rekreacyjnie, aż tu nagle usłyszałam domofon.
Kurcze!
Szybka myśl: zdążę zeskoczyć, kopnąć stepper pod ścianę, zarzucić bluzę i usiąść na najbliższym fotelu.
To bez sensu, jestem dorosła, wiem, co robię, co może mi zrobić Ted?

Wpadł do salonu i wymierzył mi siarczysty strzał.

Ja skończyłam.
Odetchnęłam.
Poszłam do kuchni i zmierzyłam ciśnienie.
117/74 puls 62.
Hej, nie zrobiłam nic złego.
Dzisiaj zrobię to samo.
30 minut spaceru beż obciążenia?

Za co od razu po dupie???
Za pozytywne nawyki???

sobota, 9 kwietnia 2016

Small talk potłuczonych :)

W pierwszym dniu pracy, po wielkim DUP, do biura, otwierając drzwi z kopa (kulą) wchodzi Majka.
Staje w przedpokoju, podnosi głowę i mówi:
- Myślałam, że pani będzie się ze mnie śmiała, ale (tu wymownie spogląda na lewą stronę mojej twarzy, gdzie uprzejmie rozgościła się tęcza) widzę, że pani też nie próżnowała!
Obie parskamy śmiechem, bo cóż innego można zrobić?

Nie jest źle.
Chyba namierzyliśmy wroga.
Da się go ogarnąć, co niniejszym czynię.
Tęcza z twarzy kiedyś zejdzie... mam nadzieję, że wcześniej, niż później, chociaż chwilowo wygląda, jakby nigdzie się nie wybierała :D

wtorek, 5 kwietnia 2016

Mam już dosyć

Długo i cierpliwie milczałam w nadziei.
Że szaleństwo, które ogarnęło nasz biedny kraj, uspokoi się, jak na konto pewnych ludzi zaczną regularnie wpływać odpowiednie, wysokie kwoty.
Chyba jeszcze za mało wpłynęło, a mnie się przelało.
Mam dosyć tego, że ktoś uparcie próbuje zajrzeć mi do dupy.
Zaglądał przy powstrzymywaniu in vitro.
Teraz zagląda konstruując gniota antyaborcyjnego.
Mam nadzieję, że ci, którzy go wdrażają, za kilka lat spotkają się z dobrymi Polakami poczętymi z gwałtu, nienawidzonymi przez poranione psychicznie matki, a oni okażą się być dobrymi ludźmi i zabiją ich od razu i nie będą się nad nimi znęcać.
Napisałam to.
Wiem, że nie powinnam, ale wiem też, że tak będzie.
Jestem Katolikiem.
Mój Bóg dał mi rozum i wolną wolę i jeżeli chcę do końca życia żyć w grzechu za cenę patrzenia, jak bawi się i dorasta moje dziecko, On daje mi takie prawo.
Jeżeli do końca życia, zamiast patrzeć na warzywo ze wszystkimi zespołami świata, decyduję się nie przywoływać go na świat, to również jest mój wybór.
Mam do niego prawo.
I tylko mój Bóg ma mnie prawo oceniać.
Nie mój premier.
Nie mój prezydent.
Nie żadem mały, zawzięty człowiek, który sam nie spłodził syna, nie zasadził drzewa, a dom zbudował mu tatuś.

Dosyć już tego państwa wyznaniowego, bo moja Konstytucja w tym względzie daje wszystkim równe prawa i nie każe nikomu na siłę wierzyć w mojego Boga.
Wracamy do wypraw krzyżowych?
To nie jest rozwój Panie i Panowie.
To nie jest nawet stagnacja.

P.S.
Uprzejmie chciałam zauważyć, że wzniosłam się na wyżyny i ani razu nie zaklęłam.
Chociaż sytuacja aż się prosi... o cały pakiet kurew.

sobota, 2 kwietnia 2016

Nie jestem...


... twardzielem.
Chociaż myślałam, że jestem.
Zabolało.
A najbardziej bezsilność i strach w Ich oczach.
Bardzo chciałabym napisać, że już więcej nie będę.
Ale chyba tego właśnie, chwilowo, nie mogę obiecać.

wtorek, 29 marca 2016

Jestem kobietą czyli zakupy

Od miesiąca szukam sukienki.
Jedyna, która mi się podobała była od tego tam, z dziwnym imieniem i po przecenie kosztowała tyle, co pół, średniej klasy, samochodu. Przepraszam, ale nie!
Koniec końców kupiłam (tak, tak, przewidziałam to jeszcze przed wyjazdem do P.) garnitur. Jest genialny, wyglądam w nim świetnie,(matko, powiedziałam to !) do niego mam cudne szpilki i od dzisiaj bluzka, w odjechanym kolorze, dopełnia całości.
Aż tu nagle, w drodze do domu zobaczyłam w sklepie sukienkę. Czarno-białą. Leżała idealnie, podkreślała to, co trzeba i wyglądała bajecznie. Pewnie bym ją kupiła, bo mam też żakiet w podobnym stylu, gdyby nie to, że na zakupach byłam z Młodą.

Stoję więc w przymierzalni, jestem sobie zadowolona a ona na to:
- Podobasz się sobie?
- Chyba tak. Sukienka dobrze leży. Żakiet mam, buty też się znajdą. Jest dobrze.
- No nie do końca- wali między oczy Panna Czepialska.
- A co tobie się nie podoba?- pytam zaczepnie.
- Ma niezły krój, ale to nie wszystko, wiesz co o tobie mówi?
- ??? - w odpowiedzi unoszę brew zdziwiona, że kiecka, którą mam na sobie od trzech minut, już jej zdążyła coś o mnie nagadać.
- Mówi 'jestem kobietą ale chyba nie wiem, dlatego pokażę ci jaka jestem zgrabna, a że może jestem też dziewczyną, to dla zabawy sobie na niej pierdyknę motylki'. Nie kupuję tej ściemy. Zdejmujemy to.
Nie przegadasz projektanta, a jak do tego jest on socjologiem, to umarł w butach.
Dobrze, że byłam z Młodą, bo gdybym ją kupiła, wdziała na tę ważną imprezę, a ona sprzedałaby mi tę opowieść o motylkach przed wydarzeniem, wypaliłyby mi france znamię na d... :)

Jak tam po świętach?
Żyjecie?
Czas wrócić do normalnego odżywiania i treningu.
Od jutra koniec z sernikami i mazurkami.
Dobrze, że już po... :)


czwartek, 24 marca 2016

Zmasowany atak

... wiosny sprawił, że bezczelnie oraz nie bacząc na piętrzące się setki rzeczy do zrobienia, poszłam na spacer.
Szłam sobie gapiąc się na wystawy sklepowe, zające w nich i kurczaki, piórka i bukszpany i było mi zupełnie fajnie.
Nie pamiętam, kiedy w środku dnia miałam czas na taką rundkę.
Od jutra zabiorę się za przygotowanie świąt.
Będzie szybko i bez napinki.
Nie zamierzam szaleć, gdyż imperatyw...
I dlatego mam brudne okna i firanki nieuprane, Trochę kurzu tu i tam i dobry nastrój.
Posprzątam, jak mnie najdzie chęć.
Święta najdą mnie zaraz dlatego, żeby nie ucierpieli na tym moi bliscy, zrobię coś pysznego do jedzenia, zadbam o stół i siebie i... mam zamiar cieszyć się czasem wiosny, świąt i odpoczynku.

Życzę Wam Kochani spokoju, dobroci i pięknie spędzonego świątecznego czasu.

Znikam bo przyjeżdża Młoda i mamy zamiar dobrze się bawić, czego i Wam życzę.

poniedziałek, 21 marca 2016

Small talk w drodze

- Dlaczego przedtem jechałeś 120, jak mogłeś 140, a teraz 140, kiedy możesz 120?
- Bo tu mam z górki.

Pokrętna jest logika faceta.
Nie tylko my, kobiety, jesteśmy nierozsądne i nielogiczne.

poniedziałek, 14 marca 2016

Jakośtak nieświątecznie, niewiosennie, nijaaak...

- Zaraz święta- rzucił luźno Ted.
- No i... - dopomniałam się o ciąg dalszy wypowiedzi.
- Nic, trzeba pomyśleć o menu, bo muszę dobrać wino.
- Upiekę wam kaczkę, więc dobieraj do kaczki, ale będzie też indyk, żebym i ja przeżyła, Młoda zrobi pisanki, coś tam sklecimy na śniadanie, upiekę wam mazurka, sernik i białą kiełbasę
To tyle w kwestii świąt.
Nie mam siły na porządki.
Nie mam pomysłu na dekoracje.
Nie ma wiosny jeszcze.

Milczę, bo nie mam ochoty wdawać się w pyskówki polityczne.
Patrzę i opada mi wszystko.
No niby to wiek, ale nie tylko jednak.

Paulinka na zajęciach wymachuje nogami, radośnie brudząc ścianę.
- Niech pani popatrzy, jakie piękne, złote!- woła- Mama przywiozła mi z Nowego Jorku!
No co ja mam powiedzieć? Identyczne widziałam w 'żółtej stopie' na wystawie (gdyż z natury nie wchodzę do środka), za 29,99.
- Mam nowy głośnik- jara się Duży- jak wali basem na korytarzu w szkole, to z gabinetu wyłania się Dyr,
Nowe telefony lądują na stole, za każdym razem, kiedy jest się czym pochwalić, są i próby z tabletami i ski passami po powrocie z nart w Alpach. Gonię, jak Burka każdego, kto szpanuje. Na blacie stoją pojemniki z długopisami, ołówkami, gumkami, z boku kredki i flamastry. Targowisko próżności nie u mnie.

I tak sobie dochodzę z wolna do wniosku, że to, co gdzieś kiedyś przeczytałam to prawda święta jest.

Kiedyś ludzi kochało się lub szanowało, a rzeczy się używało, dzisiaj popierdoliły pomyliły się definicje zdecydowanej większości. Dlatego mamy to, co mamy, a patrząc na tych, co po nas, nie mam już na nic nadziei i nawet nadchodząca Wielkanoc tego nie zmieni, chociaż podobno to właśnie takie święto...

czwartek, 10 marca 2016

To z kim śpisz...

definiuje również ciebie- cisnęło mnie się do twarzy rzez cały czas rozmowy z Małgą.
Małga nie dzwoni, nie ma już czasu.
Jak rozstała się się z facetem, jak ten ją, z przeproszeniem, walił po rogach znała adres, numer telefonu, pamiętała, gdzie pocieszają płaczących.
Teraz ma nowego męża, nowy dom i w dupie.
Gdyby nie miała interesu, nie odezwałaby się.
Miała.
Nie spodziewała się.
Zakpiłam z niej, zamykając jej usta.
Zrobiłam to bez satysfakcji, na pełnej obojętności.
W końcówce, jakże krótkiej rozmowy, padło imię obecnego dostarczyciela kasy.
- Wiesz, jesteśmy dorośli, nie mogę brać odpowiedzialności za to, co mówi on- broniła się żałośnie.
O tym, jak bardzo mi lata, niech świadczy fakt, że nie podjęłam tematu.
Wiem jedno, gdyby mój nowy mąż obraził moich wieloletnich znajomych, zareagowałabym dosyć ostro.
No ale to przecież on jest dostarczycielem kasy na konto, trzeba stać u jego boku w milczeniu, bez względu na okoliczności.
To z kim śpisz, definiuje również ciebie, dziewczyno.
Z przyjemnością nie wypiję już z tobą żadnej kawy, a moje ciasto drożdżowe może ci się ewentualnie przyśnić.

Nie tylko dzieciakom zacierają się wartości.

niedziela, 6 marca 2016

Ciąg dalszy bajki o...

Dawno, dawno temu- czyż nie tak powinna zaczynać się bajka?
Dawno, dawno temu, kiedy po ziemi chodziły jeszcze dinozaury, albo Mojżesz, jak kto woli, Rodzice nauczyli nas co jest ważne, a co najważniejsze, co można olać, a czego nigdy, przenigdy nie należy.
Rodzice nauczyli się tego od Dziadków, a Dziadkowie od swoich Rodziców. Potem, z nieznanych nikomu przyczyn, a w zasadzie, za sprawą tego, co życie miało nam ułatwić, łańcuszek przekazu został przerwany.
Teraz ważne jest to, żeby na portalu społecznościowym wylansować się przed hotelem na Kanarach, przed nową furą, jachtem, w hipsterskiej knajpie, albo chociaż pochwalić eko-śniadankiem i treningiem z trenerem personalnym. Ważna jest kasa, kasa, kasa, a potem lans i... chwilami tlen. Taki sam wzór Rodzic-Lanser przekazał swoim potomkom. Dlatego też selfie w kiblu stało się tak samo ważne, jak zaliczenie sprawdzianu z matmy, tyle, że selfie robi się o własnych siłach, a sprawdzian zalicza na ściągach. Liczy się efekt, wrażenie, liczy się cel, nie droga, nie powód, dla którego w nią bezrefleksyjnie rusza stado... Wszyscy lezą, co co tak sam tu będę siedział?

Bajka jest o miękkiej fai.
Faja okazała się dzieckiem Rodziców-Lanserów.
W międzyczasie Ktoś (wiem kto, bo mnie o tym fakcie uprzejmie poinformował) napisał pod moim tekstem 'przyznaj się tchórzu, bo przez Ciebie nie będzie Wielkiej Bitwy'. Chciał się nawet podpisać, ten ma jaja, faja, przeczytała i nic.
Nie zaskoczyło mnie to.
W poniedziałek w miejscu, gdzie pojawiają się wszystkie ogłoszenia ogólne powieszę kartkę z tekstem:
'W związku z tym, że twórca "dzieła" nie miał odwagi się do niego przyznać, z przykrością informujemy, że zmuszeni jesteśmy odwołać czerwcową Wielka Bitwę.'
Padło pytanie co będzie, jeżeli faja przyzna się po terminie.
Już nic.
Faja miała czas do piątku. Ament.
Jeżeli rodzice moich uczniów nakładając na nich karę, zapominają o tym po dwóch dniach, to ich problem. Ja OBIECAŁAM i DOTRZYMAM SŁOWA. Obiecuję rzeczy dobre i pamiętam, dlaczego miałabym zapomnieć o karze?
Konsekwencja- tego też nauczyli mnie Rodzice i Dziadkowie.
Trzeba umieć przyjąć na klatę odpowiedzialność za własne czyny.
Wiem, że faja się tego nie nauczy i zapomni o tym najszybciej z nich wszystkich, ale jeżeli coś zrozumie chociaż jeden z nich, będę wygrana.

wtorek, 1 marca 2016

Marzec...

zaczął się, kuźwa, z przytupem.
Akcję zapoczątkowała mama Kuby smsem 'Kuba jest chory, nie będzie go dzisiaj'.
Potem posypały się kolejne i z dziewięciu zaplanowanych na dzisiaj godzin zostały mi CZTERY.

Zimo, zdecyduj się kurwa, póki jeszcze trwasz w kalendarzu!
Przyjdź, pierdolnij i wybij wiruchy, bo się wszyscy wykończymy!
Błagam!!!

Zośka przyszła w czwartek chora.
- Co ty tu robisz Zosiu, przecież ty nie wiesz, jak się nazywasz- ja jej na powitanie.
- Mama mówi, że mam nie udawać, tylko wziąć się w garść- Zofia na swoją obronę.

W poniedziałek na zajęciach nie było kilku dzieciaków z klasy Zośki, wszyscy padli powaleni grypą.
Werka, jedna z niewielu jeszcze walczących, radośnie mi obwieściła:
- Wie pani, że Zosia w weekend wylądowała w szpitalu? Od piątku miała 40 stopni gorączki.

Patrzcie Państwo, jak się dziewczyna zapędziła w udawanie.
Głupota niektórych ludzi odbiera mi wiarę... we wszystko i nadzieję... na cokolwiek.

poniedziałek, 29 lutego 2016

And the Oscar goes to...

Cieszę się z Leo- już za Gilberta powinien go dostać.
Pocieszający jest ten dla Spotlight.
Nie rozumiem za co Sam Smith- tak wyjęczanej piosenki do Bonda chyba jeszcze nie było.
Zupełnie nie rozumiem zachwytów nad Mad Maxem, ale ja zawsze miałam problem z superprodukcjami.
Żałuję, że nie dotarłam na Zjawę.

Chętnie obejrzę galę mimo, że boję się przyciężkawych tekstów Chrisa Rocka oraz Sachy Barona Cohena. Mam nadzieję, że nie wytną Pete Doctera, niektórzy rodzice moich uczniów muszą usłyszeć coś w tiwi, żeby do nich dotarło.

Wykopaliska w kraju naszem trwają nawet zimą.
Odkopują kolejne szafy.
Co to się porobiło?

niedziela, 28 lutego 2016

Siedem rzeczy...

Po powrocie z kina ja do Niego, z łazienki:
- Kochanie, czy ja mogę się przebrać w spodnie od dresu?
Iskry w jego oczach- bezcenne.

Nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie wiedziała.
Chociaż...
Same/ sami sprawdźcie ;)

piątek, 26 lutego 2016

Zawsze znajdzie się bohater...

... który anonimowo spieprzy sprawę.

Dzieci są lustrami swoich rodziców.
Zupełnie niechcący znamy poglądy polityczne rodziców naszych uczniów zatem.
Ich stosunek do Żydów, gejów i komuchów, do obecnej władzy i do poprzedniej.

Na stole w klasie leży bloczek kartek.
Żeby zrobić  szybką notatkę, która nie powinna znaleźć się w zeszycie.
Krótkie info o zmianach godzin zajęć.
O zajęciach dodatkowych.
Zapisać litery, które padły w wisielcu.
Te kartki stały się miejscem wymiany poglądów na życie między Naszymi Dzieciakami.
Wszystko zaczęło się od Zośki, która wystosowała odezwę do reszty w sprawie szkoły muzycznej i strat moralnych, związanych z uczęszczaniem na zajęcia kształcenia słuchu.
Posypały się słowa pocieszenia od innych i ruszyła lawina swobodnej wymiany myśli:
"nie zdam z chemii", "pani od geo jest dziwna", "nienawidzę matmy i nie zdam", "nienawidzę matmy, ale zdam", "siema, siema, co tam, co tam?" itp.
W okolicach Bożego Narodzenia składali sobie życzenia, przed feriami życzyli sobie dobrego wypoczynku.
Tak długo, jak trzymali standard, nie wtrącałam się w te dialogi. Było to nawet sympatyczne.
Jednak ostatnio ktoś postanowił zepsuć zabawę.
Na całości tekstu, dużymi literami napisał "GÓWNO".

Zrobiło mi się niefajnie.
Ktoś spaprał ciekawie rozwijającą się korespondencję.
Gówno nie wnosiło nic do zabawy.

Wyrwałam wszystkie kartki z bloczka. Na ich miejscu pojawił się list ode mnie, że nie będziemy tolerowali takiego słownictwa i w związku z tym przerywamy zabawę. Do tego, ktoś, kto to zrobił, proszony jest o przyznanie się i przeprosiny. Ma na to tydzień.
W przypadku braku odwagi jednostki, zastosujemy odpowiedzialność zbiorową i odwołamy Wielką Bitwę, czyli to, co oni lubią najbardziej (dwie godziny gry w naszą autorską planszówkę z jedzeniem czipsów, lodów, batoników, piciem coli i innych okropności).

Teraz czekam.
Przede wszystkim na bohatera i jego przeprosiny, ale też na ukradkową falę hejtu w stylu "przyznaj się tchórzu, bo po dupie zbierzemy za ciebie wszyscy". Na to, w swojej uprzejmości, przymknę oko.
Bardzo jestem ciekawa, jak rozwinie się sytuacja.
Oni nas znają i wiedzą, że jak  coś obiecujemy, dotrzymujemy słowa, jak  obiecaliśmy, że nie będzie Bitwy, to jej nie będzie.
Chyba, że...
I... chyba wiem, kto jest miękką fają*... :)

Czy miękkimi fajami są też rodzice? Czy oni nauczyli swoje dziecko, jak uniknąć odpowiedzialności rozkładając ją na innych?

*miękka faja użyta absolutne świadomie, oraz wrednie, wiem :)

wtorek, 23 lutego 2016

Zawroty i migoty

Na dworze stany dziwne.
W głowie szumy i zawroty.
A pracować trzeba.
Kreuję atmosferę zrelaksowaną, bo jak ja mam migoty, zakładam, że oni też... i mam rację.
Jest wesoło, mimo, że pracowicie.
'Mój jest ten kawałek podłogi' gra w tle.
Szykują się Olimpusy i Foxy.
Wywieszają się listy maturalne.
Kiełkuje wiosenny zgiełk.
I tego będę się trzymała.
Z premedytacją milczę na temat naszej rzeczywistości.
To co myślę i czuję spisane na kartach bloga sprawiłoby, że nocą załomotaliby mi do domu, albo zablokowali bloga.
Na szczęście mam tyle pracy, że wracam po wszystkich wiadomościach, a kanały z niusami omijam szerokim kołem.
Staff, jak mantra mi się tłucze po głowie.
'Będziemy mieszkać w swoim własnym domu...'
Tyle razy ratował już nadzieję, przed śmiercią, może i teraz uratuje?

P.S.
Nie pytajcie, co dzieje się z czcionką na blogu. Odbiło jej nie nie mogę się z francą porozumieć. Przepraszam. Nie wiem, czy widać już wszystko dobrze, Mam nadzieję, że tak.

czwartek, 18 lutego 2016

Wielki Motywator

Bawi mnie, kiedy wchodzę i czytam różnych ludzi, a oni uzurpują sobie prawo.
Bo im wyszło.
To, że coś zadziałało dla ciebie, nie znaczy, że zadziała dla mnie- mam zwykle chęć napisać.
Nie piszę jednak.
Odchodzę robić swoje.
Bo wielki motywator nie ględzi, wielki motywator działa i w ten sposób pociąga za sobą innych.
Skąd to wiem?
Otarłam się o Takiego.
Kiedyś.
Dawno temu.
Dzięki Niemu jestem tu, gdzie jestem, taka, jaka jestem.
Nie jest źle.
Tak myślę.
On pokazywał, gdzie patrzeć, nigdy nie mówił, co zobaczyć.
Mówił tylko 'jeżeli coś jest warte, żeby o to zawalczyć, znajdziesz sposób, jeżeli nie, znajdziesz wymówkę'.
Zostawiał Cię z tym zdaniem i odchodził.
Pozwolił wybrać.

Jako motywator jestem do dyspozycji moich uczniów, a oni, ku mojej satysfakcji, przychodzą nie tylko po wiedzę o języku.
Jeszcze nie napiszę wielki, ale satysfakcja rośnie.

... czego i Wam życzę w każdej dziedzinie, której dotkniecie.
Albo chociaż w jednej ;)

niedziela, 14 lutego 2016

Dzień świra

Święty Walenty jest patronem chorych psychicznie, nerwowo i epileptyków.
Radujmyż się, gdyż walnięci jesteśmy wszyscy, tyle że różnimy się stopniem upośledzenia.
I nie piszcie mi, że tak nie jest.

Wszystkiego słodkiego.


A ja pędzę na tę kolację.
Fotorelacji nie bedzie.
Smacznego.

czwartek, 11 lutego 2016

Surprise, surprise...

Między Tedowym  Krakowem, Warszawą i Gdynią próbujemy normalnie żyć.
Tak normalnie, jak tylko można.
Przez tak szaleńcze tempo ktoś lub coś musi ucierpieć.
Te wyjazdy są jednak na tyle ważne, że jesteśmy w stanie zaakceptować wszelkie chwilowe niedogodności.
Jak bomba do domu wpadła Młoda.
Trzeba zrobić całe mnóstwo rzeczy.
Kupić kilka nowych ciuchów.
Przeorganizować odżywianie.
Zrobić nowe okulary.
Odpocząć.
Aż tu nagle...

Mamy zaszczyt zaprosić Panią/ Pannę (tu imiona i nazwisko) na romantyczną, walentynkową kolację w restauracji (tu jakieś dziwne znaczki i pięć gwiazdek) w dniu 14 lutego o godzinie 19:00- wszystko to w trzech językach. Martwię się, bo jednego z nich nie znam, może w nim właśnie obwieszczają mi, że potem będę musiała odrobić posiłek na zmywaku.

Nie myślałam, że mamy tyle czasu, że możemy przestać pędzić.
Ted się tylko śmieje...
Tak, zaskoczył mnie.
Bardzo.


niedziela, 7 lutego 2016

Bezrefleksyjni?

- Mamo, ten semestr tak nas wykończył, że każdy podupadł na zdrowiu- powiedziała ostatnio Młoda- i posypały się informacje, ten cierpi na zapalenie tego, tamta tamtego, ten ma depresję, tamta ataki paniki...- szczerze mówiąc dziwię się, że ja jestem jedynie wyczerpana.
- Ktoś oprócz ciebie się uchował?- pytam zdziwiona, że Młoda jeszcze nie padła na zapalenie oskrzeli, bo tak kiedyś reagowała na stres.
- Mateusz- słyszę natychmiastowa odpowiedź- on jest jakimś fenomenem, wiesz? Jest poukładany, że aż strach. Przed szkołą siłownia, squash, wieczorem basen. O 9:00 smoothie, potem lekka zupa, wszystko na czas, z zegarkiem. Nie ma opcji, żeby się z czymś spóźnił, gdzieś zawalił, trzeba zapierniczać, to on zapiernicza. Nie chcę go oceniać, ale wygląda na to, że bez refleksji jest łatwiej.

Czy bez refleksji?
Ja też ostatnio działam jak automat.
Dzień dobry. Śniadanie, zakupy, przygotowanie obiadu. Praca, przerwa na obiad, praca c.d. Kolacja. Trening. Powrót Teda. Dobranoc.

Czy w tak ułożonym dniu jest czas na refleksję?

Tak, tyle, że nie ma czasu na pierdoły:
Na jęczenie, że ciężko i źle.
Że ktoś ma mnie w dupie.
Jak to będzie, jak nowa miotła zamiecie wszystko.

Jest czas na marzenia, jak to będzie, jak zwolnię.
Jak będzie pięknie i co fajnego zrobię w sobotę.
Jakie zioła i kwiaty posadzę wiosną.
Kiedy i dokąd pojedziemy razem na urlop.

Nie mam czasu na dzierganie chust i szali.
Nikt w tym sezonie nie dostał ode mnie nic własnoręcznego.
Nie mam czasu na pisanie i odpowiadanie na komentarze, co pozbawia tlenu mojego bloga.
Mam jednak chwilę na odkrywanie nieodkrytego.
Potrafię takie rzeczy, o jakie się nie podejrzewałam.
Może nawet o tym kiedyś napiszę.
Działa to na korzyść moją i mojej rodziny.
Nawet Ted, ku mojemu zaskoczeniu, podchwycił tę grę.

Refleksja w takim kieracie przychodzi w międzyczasie.
Muszę być dla siebie dobra, jeżeli mam tak jeszcze chwilę pociągnąć.
Muszę zdrowo się odżywiać i uprawiać sport.
Muszę się wysypiać.
Muszę nauczyć się inaczej odpoczywać.

I tak oto refleksja dotyczy tylko mnie.
Ale to dobra refleksja.
Kiedyś na starym blogu miałam w ramce taki cytat: 'zanim otoczę się murem, muszę zdecydować, co zostawiam wewnątrz, a od czego się odgradzam'.

Mateusz nie jest bezrefleksyjny.
On zdecydował.
Ja też.


czwartek, 4 lutego 2016

Pączki? To nie dla mnie czyli jak przeżyć tłusty czwartek i nie oszaleć

- Nie zjesz pączka- postanowiło moje rozsądne ja- przecież to 300 kalorii!
- Ale dlaczego nie?- zbuntowało się to permanentnie zbuntowane- przecież zwykle jesteś grzeczna i odżywiasz się rozsądnie. Raz nie zawsze...
- Bo to głupie? Bo nie jadasz cukru? Bo nie jest ci do niczego potrzebny?- ględziła panna rozsądna.
- Ale cukier jest smaczny, słodki i dlaczego nie?- czepiała się czepialska.- No i tradycja jest taka, że mus.

- Cisza!!!

Głosy w mojej głowie?
Kurcze, myślałam, że wraz z kilogramami, pozbyłam się ich już jakiś czas temu.
Wróciły przy okazji pączka?


Trzeba nakarmić jedną i drugą pannę bo się pozabijają, a wtedy nie wiadomo co będzie ze mną.
I tak powstały pączki rozsądne, bo dlaczego nie?
Pączki jednak prawdziwe też muszą być, gdyż czwartek musi być tłusty.






Oraz raz się żyje, więc dlaczego ma nie być smacznie?
Czego i Wam życzę.




wtorek, 2 lutego 2016

Co to kur... jest?

Za oknem pięćset w jakiejś dziwnej skali i okna meniskiem wklęsłym wbijają się do domu.
W zatokach taki ucisk, że bolą mnie uszy.
Oczy podkrążone, jak po dwudniowej libacji.
I tak oto odpoczywam...

Jak tak dalej pójdzie, zupełnie nie zauważę, że były jakieś ferie.

Jestem zmęczona zmęczeniem, tym poprzednim i tym obecnym, bolesnym.
Mogę znieść wiele, ale nie ból ucha.

Czy ktoś to kuźwa może zatrzymać?

Nie miałam planów na wolne dni.
Miało być leniwie.
Czytająco.
Muzycznie.
Smacznie.
A tymczasem jest do dupy... czego i Wam nie życzę.



sobota, 30 stycznia 2016

Zespół odstawienia czyli ferie

Obudziłam się o 8 rano, gdy Ted wrócił z Krakowa, zagarnęłam Go pod kołdrę i wstałam... o 10:30.
Początkowo zareagowałam paniką, ale zaraz przypomniałam sobie, że dzisiaj jest sobota, nie trzeba pędzić, gnać, działać.
Leniwie poczłapałam go kuchni, a gdy śniadanie było prawie gotowe, zapach kawy wywabił Teda z sypialni.
Za oknem było tak, że nie chciało się wychodzić, ale musieliśmy.
Trzeba było zrobić jakieś zakupy.
Wolniutko.
Spokojnie.
Nie spędzimy tego dnia razem, bo przecież On  zaraz idzie do pracy.
Gdzieś tam, między lekkim smuteczkiem, że On musi iść i planami, co zrobię, tliła się taka myśl, że jest jakoś inaczej.
Mam feeeeeeerieeeeee!!!
Cały tydzień luzu, bo drugi już zaplanowany.
Co ja zrobię z taką ilością wolnego czasu?
Czuję się jak pies spuszczony z łańcucha po dziesięciu latach niewoli. Niby wolność, ale trzeba chyba zostać koło budy, czy jakoś tak.
Mój organizm na kilka dni wolności zareagował uciskiem w zatokach.
Nie panikuję.
Kupiłam krople, które ratują mi życie, zaraz wpakuję twarz w inhalator i postaram się z tego wyjść bez antybiotyków.
A tymczasem zmieniłam pościel, zrobiłam pranie, przetestowałam nowe danie z indyka i zjadłam pół krakowskiego obwarzanka.
Przygotowałam sobie książkę, albo nie... przygotuję dwie, jedną w sypialni, drugą w salonie, bo nie wiem, od której zacząć.
Jutro będę robić nic (no, poza treningiem małym... malutkim?)
I... żadnych planów na poniedziałek.
A potem się zobaczy :D
No przecież umiem leniuchować, tego się nie zapomina.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

List do G.

Grzegorz jest przystojnym facetem z gitarą.
Przynajmniej na obrazku.
Pisze, że ma 45 lat.
I Syberiana Husky'iego.
On i jego pies chcą się ze mną wybrać na spacer.

Omatkokochanaomatkojedyna!
Ledwie schudłam lecą na mię faceci i psy!
Gdyż chciałam tu zauważyć, że to nie pierwsza taka propozycja.


Szanowny Grzegorzu (i psie Grzegorza),
gdybym chciała zmienić Teda na nowszy (młodszy) model, byłbyś za stary, sorry.
Nie wiem jakie masz poczucie humoru, ale to tedowe wystarczy za Twoją gitarę zepsem.
Oraz nie masz szans, bo Ted ma jeszcze kilka(naście) przymiotów, które dyskwalifikują KAŻDEGO  innego faceta.
Jeden cenię szczególnie.
Ted jest MARZYCIELEM z tendencją do przekuwania marzeń w rzeczywistość i NIGDY, nigdy się nie poddaje.
Cierpliwie przeczekuje.
Mam nadzieję, że znajdziesz jakąś miłą panią, która będzie dopełnieniem Twojego życia, gdyż każdy na taki stan zasługuje.
I jeszcze jedno, nie pisz maili do obcych kobiet.
Wyjdź do ludzi i poznaj jakąś żywą istotę.
Stare metody ciągle jeszcze działają lepiej, nie zakochuj się w słowie pisanym i obrazku tylko w geście, brzmieniu głosu i... zapachu.

Z poważaniem, albo bez jak tam wolisz.
Pozdrów psa.

P.S.
Czy wiecie, że wróbel jest o lata świetlne głupszy od sikorki?

sobota, 16 stycznia 2016

Zupa, czyli do niczego nie przyznam się z własnej woli :D

- Co to jest?- zapytał Ted wskazujac na paczkę na stole.
- Soczewica- odparłam z diabelskim ogniem w oku, a on wiedział, że znowu będziemy eksperymentować.
- Lubię zupę z soczewicy- zaskoczył mnie zupełnie.
Ja nigdy jej nie robiłam, ale przecież on jada w pracy.
- To dobrze, bo mi zimno i mam zamiar się dogrzać gorącą zupą.
Stosuję ostatnio przeciwdziałanie żarciem.
I tak, już od jakiegoś czasu zamiast aspiryny, jest herbata imbirowa, zamiast witaminy c, jest bomba witaminowa w szklance, zamiast kropli do nosa, inhalacje z właściwego olejku, w zależności od potrzeb, a zamiast magnezu, ręcznie robiony balsam. Kiedy zaś przychodzi mróz, gotuję Zupę (taką przez duże z).
- Mamo- zaniepokoiła się ostatnio Młoda- ale ty nie stałaś się ekoczubem?
No co ja jej mam powiedzieć?
Od ekoczubów biorę to, co jest mi potrzebne, co nie zaburza mi rytmu dnia i co wygląda tak, że nie odrzuca tego mój wewnętrzny krytyk. Dlatego nie będę jadała sojowych kostek, cukru, który nie jest cukrem, warzywnych brej i innych świństw, za to korzystam z kilku fajnych patentów i jestem połowicznym, ćwiercicznym, ułamkowym ekoświrem, ale... się to tego nie przyznaję :D

środa, 13 stycznia 2016

Przemyślenia raczej w tonacji goryczy

Nie wiem, co dzieje się z ludźmi i chyba już nie chcę wiedzieć.
Nie mam nawet pytań.
Mam tylko odpowiedzi.
Niecenzuralne jednakowoż, więc się powstrzymam.
Dla dobra.
Waszego.

Jestem już taka zapalona w bojach, że zen osiągnęłam po 45-minutowym treningu.
Teda trzymało dłużej.
Chyba nadal trzyma.
- Nie wierzę- powtarza.
- Uwierz! Zła wiadomość jest taka, że nie możesz zmusić ludzi, żeby cię lubili, byli dla ciebie mili lub zwyczajnie w porządku, nie możesz mieć na nich wpływu. Dobra jest taka, że dla ciebie nie ma to żadnego znaczenia.
- Ej, to dobre jest, kto to powiedział?
- Nie mam pojęcia, ale przyznaj, że miał rację.


piątek, 8 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne...

... kto to kuźwa wymyślił?
Znacie kogoś, kto ich dotrzymał?
Ja, osobiście, nie dotrzymałam NIGDY. 
Postanowienie zadbania i swoją formę i masę nie było zatem tym noworocznym.
Było impulsem.
Było z tych 'a co, jeśli to zadziała?'
Postanowienie uczynione pod wpływem szampana, albo po nieprzespanej nocy też jest impulsem, tyle, że potem przeradza się we frustrację 'muszę', a następnie 'jestem niemotą, nawet to mi nie wyszło'.
Dlatego postanowiłam sobie, już czas jakiś temu, nic nie postanawiać.
Jeżeli jest coś do zrobienia, raczej podejmuję decyzję.
Czym różni się decyzja od postanowienia?
Za decyzją idzie akcja.
Próbując przechytrzyć system mogłabym postanowić, że utrzymam wagę.
Haha!- nie przeszkodziły mi w tym nawet święta.
Albo, że będę uprawiała sport- w drugi dzień świąt już mnie poniosło, więc to łatwe.
Tyle, że to wszystko są konsekwencje decyzji z maja.

W tym roku odpocznę, odpoczniemy RAZEM.
Będzie ciężko, bo w naszych obowiązkach służbowych i dniach wolnych mijamy się koncertowo.
Ale podjęłam decyzję.
Mam dwanaście miesięcy na jej realizację.

A tym czasem napier... napadało śniegu.
I żeby było zabawnie, tempertura wyskoczyła na plus.
Napierdziela mnie łeb.

Idę do pracy.
Do tego nie potrzebuję ani postanowienia, ani decyzji.


sobota, 2 stycznia 2016

Jak to leciało?

'Jaki Sylwester, taki cały rok', czy 'Jaki Nowy Rok, taki cały rok'?
Muszę to szybko ustalić, bo doświadczenia są zgoła różne.
W Sylwestra plan był prosty, zaszyć się pod kocem z talerzem muffin z ricottą i szpinakiem, butelką białego wina, obłożyć się książkami, zagrać dobrą muzę i mieć w dupie. Planem awaryjnym było obejrzenie jednego filmu, co to mnie bawi i nigdy nie obejrzałam go od początku do końca.
Ehhhh- to tyle w kwestii komentarza.
Wszyscy, dosłownie wszyscy mieli misję towarzyszenia mi tego wieczoru... telefonicznie albo fejsbucznie.
Skończyło się muffinami jedzonymi w biegu, winem, które nalałam, ale zapomniałam wypić, obecnieczytaną książką, która smętnie została w sypialni i filmem, którego początek bardzo mnie zaskoczył, gdyż w tle usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek... i to tyle, gdyż nie obejrzałam nic więcej oprócz napisów początkowych.
Za to były długie i, przyznam szczerze, bardzo fajne rozmowy, dużo śmiechu i ciepłych życzeń.
Tyle, że nie pamiętam, jak to było, z tym Sylwestrem, bo jak moje plany w nowym roku mają tak się posypać, to dupa blada.
Jeżeli chodzi o Nowy Rok, było spokojnie, smacznie i leniwie...
No i tego chyba też nie chcę.
No nic, chrzanić gusła, odpoczywam tylko do 4 stycznia, a potem sprawy trzeba wziąć w swoje ręce.

P.S.
Zapomniałabym!
Świat wydał kolejny już raz furę kasy, żeby fajerwerkami celebrować naszą rocznicę ślubu.
Ja wolałabym muzykę jednak.
Taka mi się kojarzy z nami, a i mentalnie jakoś tak przystajemy do obrazka :D