niedziela, 30 grudnia 2012

Już kocham Cię tyle lat...

To taki czas, kiedy mus podsumowywać.
Odnalazłam sobie notkę podsumowującą rok poprzedni.
Absolutny brak pokory!
Jakieś bzdury o kopaniu go w dupę i żeby nigdy nie wracał, gdyż ten, nowy, jako iż tak sobie winszuję, ma być lepszy.
Noooo, bezczelne żadania to i bezczelna odpowiedź...
Nie był.
Tyle tytułem podsumowań.
Ale jest kilka rzeczy za które muszę podziękować, gdyż 'dziekuję' trzeba umieć powiedzieć nawet przez łzy.
Jesteśmy razem (to jest chyba najcenniejsze, zwłaszcza w perspektywie kilkunastu ostatnich lat).
Jesteśmy zdrowi
Mamy pracę.
Mamy pasje (każdy swoją, a co, ale też wspólne).
Schudłam.
Młoda nam dorośleje.
Dobro do nas wraca od zupełnie innych ludzi, niż ci, którym je uczyniliśmy.
Mamy naszą magię, naszą muzykę, nasz kieliszek wina i nasz chleb.
Za to jestem wdzięczna 2012.
Dzięki niemu nauczyłam się czekać cierpliwie, nie obnosić się z rozgoryczeniem i mieć nadzieję, mimo wszystko.
Zmądrzałam?
Sie jeszcze zobaczy.
Czego bym chciała od 2013?
Obdaruj mnie zwyczajnie, jeżeli taka będzie Twoja wola:
Ulubioną piosenką z radia, świecącym słońcem z rana, różą z rękawa.

Jutro jest taki szczególny dzień.
Nie dlatego, że zmienia się kalendarz na ścianie, ale dlatego, że dawno, dawno temu dwójka idealistów ruszyła w jednym kierunku.
Dalej idą.
Czasem jest ciężko.
Ale trwają.
Dziękuję za te wszystkie lata...

Was Kochani na ten Nowy Rok zostawiam ze zdaniem Ivy B. Priest:

"Ziemia jest okrągła i miejsce, które wydaje się końcem, może okazać się  początkiem".

Dobroci.
Miłości.
Początku...

I jeszcze muza, bo to ważne.

czwartek, 27 grudnia 2012

zaskrzeczała poświąteczna rzeczywistość

A kiedy nam do serca bram
stukają podłe myśli
i CKM przykryty bzem ustawią u drzwi
Gdy nie ma szans
i opór zgasł
babcia Nadzieja śpi
Zostawmy te idee w szkle
cofajmy się i :

      Pilnujmy marzeń
      żeby sen miał po co przyjść
      Pilnujmy marzeń
      dusza musi z czegoś żyć
      Pilnujmy marzeń
                            Andrzej Poniedzielski (tu całość)

No zaskrzeczało zupełnie bez szacunku dla potrzeby odetchnięcia po świętach.
Kuźwa!
Nie zna ktoś jakiegoś miejsca pod lasem, gdzie 'we mchu' rośnie kasa?
Pilnie potrzebuję.
Najpilniej.
Już.

Jako, że mój Mistrz każe mi pilnować marzeń, idę stanąć na straży.
Ewo, Adamie, jesteście cudni.
Skąd wiedzieliście?
Dziękuję.

niedziela, 23 grudnia 2012

Moje Święta



Moje Święta w tym roku będą moje.
Najbardziej moje od kilkunastu lat.
Nigdzie nie jedziemy, nigdzie nie idziemy.
My zapraszamy, my podejmujemy, my kreujemy atmosferę.
Będą magiczne, mimo tysiąca powodów, dla których nie powinny.
Będą spokojne.
Będą radosne.
I... wiem to od godziny, będą białe

Wasze niech również takie będą.
Spokojne Waszym spokojem.
Piękne Waszą miłością.
Dobre jak chleb.
Błogosławione Jego małą łapką.
Niech Wam będzie najpiękniej w te Święta.
I niech Was ukołysze dobra muzyka...

Wesołych Świąt.

wtorek, 18 grudnia 2012

Let it snow*

Siedząc przy komputerze z dłońmi na klawiaturze, bezmyślnie gapiła się w okno.
Wielkie płatki śniegu cichutko przysiadały na parapecie.
Każda Panna Śnieżynka była  posągowo piękna.
Nie to, co ona.
Ostatnio u fryzjera była 'niepamiętamkiedy'.
Kosmetyczka?
A kto to jest?
Ludzie na ulicy przestali ją poznawać, a ci, którzy jednak poznali, taktownie nie zasypywali jej tekstami 'świetniewyglądaszcouciebie'.
Co to się kuźwa porobiło?

Coś zaiskrzyło się w czapie śniegowej za oknem.
Śnieżynka.
Inna niż wszystkie.
Złota.
Uśmiechnęła się do niej.
Ona odpowiedziała grymasem, który wydawał jej się uśmiechem.
- Co tam?- zagadnęła swojsko Złota.
- Zajebiście- odpowiedziała i szybko rozejrzała się, czy nikt nie widzi, że gada z zaspą na parapecie.
- Nie wyglądasz, jakby było zajebiście...
- Bo nie jest- przyznała szczerze- ale co ja cię będę zanudzać.
- Wiesz dlaczego tu jestem?
- Pojęcia nie mam, a w Mikołaja nie wierzę.
- Szkoda, wiesz?- zasmuciła się Śnieżynka- Bo jakbyś tak obiektywnie spojrzała na wszystko...
- ... to wyszłoby mi, że jestem w czarnej dupie, nie chce świąt i mam wyjebane. Nowy Rok zacznie mi się wojną z bankiem, rachunkami, i zalewającym mnie z każdej strony gównem.
- No tak nie będziemy rozmawiać!- naburmuszyła się Złota- Jestem tu, bo niektórzy widzą w tobie to, czego ty już nie widzisz.
- Może nie znają mnie tak dobrze, jak ja siebie?
- Jesooo, nie wkurzaj mnie!- warknęła Śnieżynka, zdenerwowana nie na żarty- Teraz ja mówię! Są tacy, którzy widzą twoją mądrość i (tak kurwa! to nie jest wada!) dobroć. Widzą, jak walczysz, jak się nie dajesz i jak ogarniasz wszystko. Doceniają, że potrafisz czytelnie wyjaśnić, dopierdolić i jednocześnie przytulić. Uznają to, za wyższy stopień wtajemniczenia. Oni tam są i obiecuję Ci, że z niektórymi się kiedyś spotkasz.
-... - chyba pierwszy raz w życiu nie wiedziała co powiedzieć.
- Wstaw już, kurwa to cholerne piny i spadam.
- Może to głupie, ale klniesz jak szewc- zauważyła delikatnie.
- Jak ktoś pierdoli, to klnę- odcięła się Śnieżynka- a teraz nagrody w klapę i uśmiech na twarz. Walcz, to potrafisz najlepiej!!!

Podeszła do okna. Kurna, nie pada żaden śnieg. Wszystko się topi. Jakie zajebiste idą święta. Na parapecie coś błysnęło. Złota gwiazdka? Z karteczką, Od Frytki:

za zajeb**** mądrość życiową

Ale, ale, jest jeszcze coś...


                                                      
Bo ja znalazła Nauczyciela Roku, którego nagradzam jednoosobową nagrodą ( tu po lekkiej modyfikacji, gdyż tamta przyznawana jest przez Szacowne Gorono i ktoś ma na nią zaiksa, jak mniemam)

- No... i co?- burknęło za oknem- Dalej będziesz jęczała, czy pójdziesz w końcu upiec pierniczki?

___________________________________________________

Za wszystkie nagrody i prezenty, które dostałam, albo dostanę w dowolnie wybranym przez Pocztę Polską terminie, serdecznie dziękuję. Przywracacie mi wiarę w Ludzi.

A tytuł Nauczyciela Roku przekazuję w godniejsze ręce (chociaż wiecie, co sądzę o łańcuszkach):  Niki i Teatralnej, moich Inspiracji.

* Niech sobie pada na zdrowie ( dowolna interpretacja tytułu dla nieczytatych )

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Ciąg dalszy historii z poprzedniej notki.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, historia z poprzedniej notki, za sprawą Młodej, dorobiła się swojego (czy ja wiem, czy ulubionego ale jednak) ciągu dalszego.
Otóż Młoda bolejąc i cierpiąc przez dni pięć dokonywała rozrachunku.
Przeczytałam Jej wszystkie Wasze rady i komentarze. Szczerze się ucieszyła na okoliczność posiadania całej gamy zaje***ch Cioć i Wujków (Desper to chyba do Ciebie ;o).
Podjęła decyzję, że takiego zachowania nie zostawi bez echa.
- Mamusiu, ja mogę nadstawić drugi policzek, ale w wypadku Angela już mi się policzki skończyły- rzuciła luźno i poszła wysłać do niej smsa długiego, jak list.
'Że to, co Angel zrobiła było nie fair, że widocznie nie jest dla niej ważna, że nie zamierza już błagać o atencję, że bez względu na wszystko wierzyła, że ich przyjaźń przetrwa, ale się pomyliła i to jest bardzo bolesne itp.'
Nie minęło pół godziny przyszła odpowiedź i dobrze, że byłam w domu, bo zwaliła mi Młodą z nóg.
'Swoim smsem wbiłaś Angelowi nóż prosto w serce, nawet nie masz pojęcia, jak ona na Ciebie czekała...' i dalej w tym samym, ryjącym banię tonie.
Wiecie już, kto go napisał?
Jasne, że moja (doskonała, perfekcyjna idealna wręcz matka, która nie ma pojęcia, co przez ostatnie osiemnaście lat działo się w głowie jej dziecka) bratowa.
I tu szlag jasny trafił mnie, gdyż mogę znieść, że szantażuje emocjonalnie swoje dzieci (w sklepie: 'jak mnie kochasz, to to przymierz'), ale od mojego jej wara!
' Angel zaprosiła nas na czternastego grudnia- poszła odpowiedź- a ja Jej napisałam, żebyście się organizowali, a my w miarę możliwości Teda dostosujemy się do terminu. W niedzielę, dziewiątego zadzwonił Twój Mąż i powiedział, że już jest po imprezie, zapytał, czy Angel dzwoniła, powiedział, że nie mogliście czekać i że przeprasza. Młoda się rozpłakała. Nikt nie dał jej możliwości wyboru. Ty coś mówisz o wbijaniu noża w serce? Jeżeli to według Ciebie jest przyjaźń, to ja znam chyba inną definicję'.
Od piątku panuje głucha cisza na łączach.
Zwykle w niedzielę od Mamy dzwoni mój Brat.
Czy ja coś kurwa źle zrobiłam???

Merry Christmas again!!!

Jeżeli chodzi o Młodą, od soboty wszystko pali Jej się w rękach.
-Nie dam się więcej r***   w  d*** - stwierdziła niecenzuralnie i z pieśnią na ustach ruszyła uczyć się angielskiego, francuskiego i geografii oraz pomagać przy szyciu takich różnych ;o)))
To ja Jej zagram tę pieśń, bo piękna jest niesamowicie.

piątek, 14 grudnia 2012

Zupełnie nieświąteczne rozważania Osiemnastolatki o życiu

Uwaga, czytasz na własną odpowiedzialność, gdyż ocena świata przez Młodą jest druzgocąca.

Moja bratanica miała urodziny. Osiemnaste.
Przypadały w środku tygodnia.
Coś kręcili, coś kombinowali i na trzy tygodnie przed nie było jeszcze wiadomo, czy domówka, czy w iście hollywoodzkim stylu, czy w ogóle.
Jakiś czas temu Jubilatka zadzwoniła i poinformowała mnie, że impreza odbędzie się 14 grudnia i Ona bardzo by chciała, żebyśmy byli.
Angel i Młoda przyjaźnią się od zawsze i kiedy my urządzaliśmy Młodej przyjęcie- niespodziankę z okazji Jej 'osiemnastki', nie wyobrażałam sobie, że Jej nie będzie. Co więcej, zrobiłam wszystko, żeby była Ona i Jej rodzice.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się w ubiegłą niedzielę, że jest już po imprezie... a Młodej nikt nawet nie zawiadomił.
Jakież było zatem zdziwienie Młodej...
Jako, że Angel jest Jej przyjaciółką od zawsze, bez względu na to, czy my byśmy mogli jechać, czy nie. Ona miała w planie przejechać te trzysta kilometrów, choćby stopem.
Ale nikt nie dał Jej wyboru.
Wczoraj przy obiedzie Młodej się przelało.
- Czuję się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Ja nie jestem wściekła, jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro, że Angel zdecydowała, że nie jestem wystarczająco ważna, żeby ze mną pogadać.
Ponieważ zaraz po obiedzie Młoda biegła na zajęcia, założyła glany i jakby wstąpiło w nią coś złego:
- Świat to kurwy, złodzieje i nieudacznicy- rzuciła łapiąc płaszcz.- Najgorzej, jak ktoś jest kurwą i złodziejem albo kurwą i nieudacznikiem, bo złodziej-nieudacznik siedzi w pierdlu, sorry. Reszta to bierni obserwatorzy, którzy dają się wykurwiać kurwom, okradać złodziejom albo brechtają nieudaczników.
Stałam, jak oniemiała, a ona szarpiąc guziki płaszcza dokończyła tyradę:
- Niech buduje pontonowy, bo ja już się stąd nie ruszam (tu trzeba dodać, że wszelkie problemy Angela zawsze rozwiązywała Młoda, stała przy Niej murem, ocierała łzy, kazała oddychać)!
- Nienawidzę ludzi!!!- rzuciła wściekle, złapała teczkę z pracami, dała mi buziaka i... wyszła.

I co ja mam Jej powiedzieć, że to co widzi nie jest tym, co widzi?

No Merry Christmas po raz kolejny.

I jeszcze muzyka dla dekoracji tego pasztetu, wiem, że Młoda to lubi i jakże boleśnie adekwatne jest.

czwartek, 13 grudnia 2012

Nie mam pomysłu na tytuł...

gdyż szlag mnie trafił wczoraj jasny, ale od początku.
Żeby nakręcić się jednak na święta zaczęłam czytać książkę pod znamiennym tytułem 'Święta, Święta'.
'Na planowanie Bożego Narodzenia nigdy nie jest za wcześnie.'- głosi pierwsze zdanie.
No tak, ale my mamy dzisiaj na liczniku jedenaście, czyli ja już mam za późno.
Posiedzę i poczytam w takim razie, gdyż autorka wyraźnie bawi się ogólnym pierdolnięciem przedświątecznym ogarniającym ludzkość płci żeńskiej, co mię cieszy do wypęku (jak mawia Akular).
Potrzeba ludzkości, żeby wszystko uczynić rękami swemi jest wypunktowana i obśmiana.
Uciekłam zatem w dworowanie sobie z faktu, że pasztet, i pierogi, i (w mojej książce) pudding, gdyż chwilowo to nie święta spędzają mi sen z powiek, a pewna instytucja, która w swoim założeniu ma wspierać polskich przedsiębiorców.
Otóż dostaliśmy od niej (tej instytucji znaczy) zaproszenie na 'firmową wigilię' połączoną z promocją pewnej inwestycji. Te imprezę uświetnią wybitni specjaliści od wina z Hiszpanii. Kuźwa!!!
Wybitny specjalista z Hiszpanii jest już po wstępnych rozmowach z Tedem, gdyż chce wybitnie wyszkolić swoich polskich współpracowników, tyle, że nie ma uprawnień do wystawienia im międzynarodowych certyfikatów, które to uprawnienia ma Ted.
Nie wiem ile zapłacą wybitnemu specjaliście za palenie głupa, ale Ted jest na miejscu i nie wziąłby przynajmniej za dojazd.
Merry Christmas, kuźwa oraz rozumu życzę.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Ehhh

Wyrąbało mi się na święta chwilowo.
Powiedziałabym nawet, że wyjebało...
U wszystkich porządki, prezenty, świąteczny rozgardiasz, a mnie opadły skrzydła.
Nasypało śniegu w hurcie i nawet to mnie nie cieszy.

Nie potrafię zebrać się w garść.
Ted znosi to dzielnie.
Mówi, że to minie.
Nie mija.

Wczoraj spotkaliśmy się na chwilę z przyjaciółmi.
Było wino, trochę fajnego jedzonka, dużo śmiechu...
Powinno pomóc.
Nie pomogło.

Kuźwa!!!
Co mam zrobić, żeby mnie odetkało?!?!

Okopać się mam chęć.
Śniegiem.
I obudzić.
Wiosną.

czwartek, 6 grudnia 2012

Ho! Ho! Ho!

Śnieg za oknem wygłuszył dzwonki sań Mikołaja.
Nasze duże już Dziecko dostało od nas kapciuchy.
Kosmicznie wielkie trampaje, które kocha, a które w ubiegłym sezonie rozpadły się w drobiazgi.
Chińskie gówno.

Moje Dzieciaki, Młoda i te starsze, postanowiły same zabawić się w Mikołaja.
Zamiast robić sobie prezenty na klasową Wigilię, zebrały pieniądze.
Poszły do pobliskiej organizacji z zasady zajmującej się pomocą i powiedziały, jaką zgromadziły kasę. Do klasy Młodej dołączyli inni.
Szef zbaraniał na ogrom kasy i uczciwie powiedział, że zanim pieniądze zostaną zaksięgowane jako dar i rozdysponowane zgodnie z potrzebami, będzie już po Świętach. Zaproponował, żeby za tę kasę zrobić zakupy. Waśnie powstaje lista potrzeb.
Jutro Dzieciaki ruszają w miasto. Przygotują paczki.

Jestem z nich dumna.

I nie wiem teraz czy to śnieg wygłuszył te dzwonki, czy ich zwyczajnie nie było, gdyż w tym roku Dzieciaki wzięły się do pracy.

Ah ta dzisiejsza Młodzież ;o)))

P.S.
Wieniec adwentowy na ławie w salonie z nadpaloną pierwszą świecą już jest. Kalendarz adwentowy na ścianie w klasie wisi, a bałwanek uczepił się woreczka z szóstką. Chyba można odtrąbić, iż wygląda na to, że zbliżają się święta ;o)))

wtorek, 4 grudnia 2012

Ja pier...

moja wyobraźnia mnie kiedyś wykończy oraz jaksięcieszężejesteście.
Każdemu z Was winna jestem drożdżówkę. Te z obrazka się zjadły.
Spotkanie odbyło się dopiero dzisiaj, ponieważ Pani Właścicielka zażyczyła sobie nas w duecie, a to jest ostatnio bardzo trudne.
Podpisaliśmy aneks do umowy, gdyż  dokonaliśmy zmian (o których Pani wiedziała), ale nie ujęte były one w umowie.
Jesoo, nie mogłam myśleć o niczym innym przez dwa dni.
Przesunięcie terminu spotkania było dla mnie torturą.

Żeby zająć banię robiłam kartki dla 'nieboraczków'.
Fajne wyszły.
Jeszcze chwilka i wysyłamy je do Kaczki i Bebe.

Uff!!!

Dopiero poczułam, jaka jestem głodna...

niedziela, 2 grudnia 2012

Niedziela

Miała być spokojna, jak zwykle.
Z kawą z drożdżówką, za słońcem za oknem.














Z wykańczaniem kartek dla 'nieboraczków'.

Jeden SMS 'musimy się jutro spotkać' zburzył wszystko.
Jak nam wypowie umowę na biuro będzie duuuuży kłopot.
Nareszcie łapaliśmy pion.
Kuźwa!

I ten pieprzony skurcz żołądka...

środa, 28 listopada 2012

Kiss

Pocałunek może być przyjacielski.
(cmok) - Witam cię Krzysiu.
Albo namiętny.
(cmoook) - Wrrrr, wejdź, mąż będzie dopiero wieczorem.
Głupi.
(cmok, cmok w powietrzu w okolicach  uszu) - Czeeeeść dziewczynki, to gdzie idziemy na zakupy czy na kawkę?
Współczujący.
(cmok) - Wiesz, że jestem, daj znać, jak będziesz czegoś potrzebował.
Elegancki.
(cmok w dloń, koniecznie z Ł przedniojęzykowym) - Calujerąszki pannie Basieńce.
Wredny.
(ssssmok zasysający w szyję) - Niech ta twoja zołza wie, że ktoś cię kocha!
                                               - Oszalałaś!? To jest matka moich dzieci!!!
Na myśliwego.
(mlask w uszko) - Przepraszam, chciałem tylko polizać.
Może być przyzwoleniem.
- Tu mnie możesz pocałować. ( tu jest miejscem wskazanym przez mówiącego i może być dowolne).
Litościwy.
(cmok) - Cześć Marysiu, co tam u ciebie? (Maria płonie)
Podejrzany.
(cmok) - Dreamu, w dniu twojego święta, życzę ci wszystkiego najlepszego.
             - Dziękuję mamusiu.

Oraz nasz.
... - Chodź tu wariatko...

Dzisiaj jest święto buziaka, wiecie o tym?
Gdzieś w przelocie usłyszałam, że z tej okazji mus się całować tak, jak w Tłusty Czwartek zjeść pączka.
Do dzieła Rodacy!!!

Ja zaczynam: CMOK muzyczny dla Was wszystkich oraz miłego całowania w realu.

P.S.
Wpadła Młoda, posłuchała Prince'a i poprosiła:
- Wyłącz to, bo mnie boli jego wokal. Zapodaj TO. Kawałek o całowaniu musi być słodki. No to słodzimy dla tych, co jak Młoda zdzierżyli do końca jedynie z grzeczności.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rodzinka zestresowana

Teściowa nam się wczoraj wbiła na kawę.
Wbiła się gdyż nie miała wyboru (sama dobrowolnie by nie przyszła) i przyciągnęła swoją siostrę ale to akurat było miłe.
Wizytę mamusi Ted postanowił odreagować obejrzeniem TV.
Włączył jakiś film, mało ambitny, gdyż odreagowywał.
Film przerwały rekalamy, a jedną z nich była rekalma telefonii komórkowej, na której to (reklamie, a nie telefonii) łażą sobie po ekranie golasy.
- Nie podoba mi się ta reklama... jest niesmaczna- stwierdził.
- Mnie też nie- odpowiedziałam- jestem już stara i pruderyjna.
- A jakiego prudru używasz- dociekał Ted.
- Transparentnego i rzadko- ja mu na to.
- A to jesteś tylko stara...

I jak tu Go nie kochać ;o)))
A Akular twierdzi, że On jest gentlemanem ;o)))

niedziela, 25 listopada 2012

Niedzielnie tak...

Za oknem szaro, a w domu cisza...
Niedzielny poranek.
W tle radio... już tam wszyscy wią, że jazz ze Szwajcarii ;o)
Ogólnie niejesieńniezima, a mnie się chce...
Dziwne.
Mam nastrój do działania i do uśmiechu.
Nagrodę se dostałam.
Nie, nie kolejną wirtualną.
Prawdziwą.
Chyba z gatunku tych najbardziej wartościowych, gdyż zrobioną ręcznie.
I kwiata.
Jednego.
Jak w opowieściach z psychiatryka.
I mimo, że powinnam się spodziewać, jednak mnie zaskoczył.
I ten Ktoś przyczepiony do kwiata...
Oczy uśmiechnięte jak zawsze i mimo wszystko.
I wytrzymuje moje ups and downs (wzloty i upadki- to dla tych, co mnie 'opieprzyli', że nie kumią, a że Ich lubię, czuję się w obowiązku... żeby poprawić komfort czytania).
I nasze dziecko znowu tworzy.
Power ma taki zupełnie niejesienny.
I dzisiaj jest taki fajny dzień.
Nie spieprzy mi go nawet wymuszona na mnie kawa i ciasto 'bo my nie chcemy robić kłopotu, wpadniemy tylko na chwilę'.
I muzę sobie zagram, bo gdyż dzisiaj mogę.
A w zasadzie trochę Jemu.
Voila ( albo włala, jak wolicie ;o):
Muzo graj!

środa, 21 listopada 2012

Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień

Życzliwie dzisiaj pozdrawia się ludzkość.
To i ja się dołączę.
Pozdrawiam panią matematyczkę Młodej, przez którą Młoda miała dzisiaj koszmary (matura próbna z matmy zaczęła się dzisiaj o 9:00), a która tłumaczy tylko do chwili, aż zrozumieją najlepsi, potem zaś wyrywa do odpowiedzi najsłabszych. Przez panią od 2 lat becaluję za korki, podobnie jak 90% rodziców z klasy. Mam nadzieję, że pani się z tym dobrze czuje i śpi w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Tyle szpilek, a teraz już sympatycznie.

Kochani, tym z Was, którzy walczą i tym którzy nie muszą.
Tym, którzy już się poddali i tym, którzy nigdy nie zamierzają.
Tym , którzy mają łzy w oczach i tym, co mają wszystko w dupie.
Tym którzy mają mądrego szefa i tym, co głupiego oraz tym, co go nie mają, gdyż sami są, albo zwyczajnie marzą, żeby mieć jakiegokolwiek.
Tym, u których leje i tym, u których świeci.
Tym, którzy dziergają kartki i tym, którzy nie mają pojęcia, że mogą, przekazuję najserdeczniejsze pozdrowienia oraz (tu podkręcamy głośniki i, za panem L. powtarzamy tekst: 'dobrze mi, ach, jak dobrze mi' ;o) muzę energetyczną bardzo, bo jesień i mgła i do bani.

P.S.
Dla tych, którzy lubią ostrzej albo nie lubią poprzedniej, muza jest TU

Buziaki :o)

niedziela, 18 listopada 2012

Idę dziergać...


Niedzielny poranek to taki lazy time ( leniwy czas- przypisek dla Tych Co Nie Kumają ;o).
Szklaneczka wody z cytryną i miodem, radio Swiss Jazz w tle i zasiadam nadrabiać zaległości, poczytać co u Was.
No i dupa Moi Mili, gdyż wlazłam na bloga Miśki i przepadłam bo tam...





z linkiem do strony Wariatek z Pasją.
Sie wzruszyłam, to po pierwsze, ale i postanowiłam...
Wywalam Młodą z wyrka i idziemy dziergać.
Koszyczki na pierdółki, kolczyczki z deco i karteczki z brodą. choineczki z wikliny papierowej i inne gówienka.
Jeżeli to ma sprawić, że Komuś będzie lepiej to ja...
idę dziergać, kuźwa!

Oraz przepraszam tych, do których, przez Miśkę, nie dotarłam.
Dotrę... kiedyś ;o)

czwartek, 15 listopada 2012

Interview part II czyli Opowieści z Psychiatryka część 3

Kolejny gabinet. Ten nie wyglądał jak izolatka dla czubów. Był pastelowy, przytulny, nic w nim nie krzyczało, nie wdzierało się nachalnie do środka...
Za biurkiem młoda kobieta. Wstała, kiedy wprowadziła ją pielęgniarka.
Oho! Jest dobrze.
Podeszła i wyciągnęła do niej dłoń.
Zbaraniała przyglądała się wyciągniętej dłoni i dopiero po chwili dotarło do niej, że chyba nie zrozumiała zwykłego, ludzkiego gestu.
- Rozalia Górecka- Piechota- powiedziało to coś umocowane do dłoni.
O kurwa, starzy cię chyba nie lubili od wejścia... od wyjścia znaczy.
- Wiem, co pani sobie myśli, że rodzice mnie nie lubili, każdy tak myśli. Nic nie szkodzi.- uśmiechnęła się, jak człowiek, do człowieka.
- To nie tak- odpowiedziała- tylko pani imię jest takie... niedzisiejsze.
- Proszę się nie przejmować, ja chyba też nie jestem, pasujemy do siebie. Przejdźmy jednak do powodu naszego spotkania. Profesor Świrski skierował panią do mnie na dodatkowe badania. Pani pewnie ich nie chce, ja też potraktuję je rutynowo, zróbmy więc wspólnie coś, żeby poszło gładko.
Nie, kurwa! Nie rutynowo! Wyglądasz mi na człowieka, możesz ze mną gadać do nocy. Tam w sali mam tylko empetrójkę i sąsiadkę, na łóżku obok. Ta to jest dopiero pierdolnięta. Co ją wsadzą na wyrko, złazi, siada w kącie i kiwając się na boki nuci jakąś dziwną melodię.
- Odpowie pani na kilka pytań, a raczej dokończy pani zdania pierwszą myślą, która przyjdzie pani do głowy. Jeżeli jest pani gotowa, możemy zaczynać.
Sama była ciekawa tych pytań. Wyglądało na to, że będzie to pierwsze badanie, które nie będzie kolejnym praniem mózgu.
- Jestem gotowa.
- Bardzo dobrze- ton głosu Rozalii nie zdradzał napięcia, ani znużenia. Miała spokojną miłą twarz i jako druga, obok Maćka, nie traktowała jej, jak debila- Nadejdzie taki dzień, że...
Że mnie wypuszczą, a ja zniknę i nikt mnie nie znajdzie.
- ...że już nic nie będę musiała. Wszystko, co zrobię będzie wynikało z mojej chęci lub wewnętrznej potrzeby.
Oczy Rozalii rozbłysły, jak gwiazdy, chociaż twarz nie drgnęła w żadnym grymasie.
- Gdyby z nieba spadło mi 3000 złotych...
Ja pierdolę,  czemu tam mało?!?!
- ...wcisnęłabym je w gardło jednej pani z pewnego banku, żeby już nie dzwoniła z informacją handlową o zadłużeniu na kredycie hipotecznym.
Znowu ten błysk w oku?
- Najcenniejszą moją pamiątką jest...
Te o których marzę są dla mnie nieosiągalne, nie to nazwisko...
- ... moimi pamiątkami są wspomnienia. Ludzi, wydarzeń, emocji. Tych, nikt mi nie odbierze.
- Są filmy, których się nie zapomina. Dla mnie to... - głos Rozalii zrobił się miękki, jakby tonem zachęcała ją do kolejnych odpowiedzi, jakby akceptowała te poprzednie.
- Nie potrafię wybrać jednego- zaczęła i nagle przypomniał jej się 'Gwiezdny Pył' Kondratiuka- chociaż może jeden taki najważniejszy jest. Jest o szczęściu i prostocie. Oglądałam go dawno temu, ale pamiętam, że skojarzył mi się z piosenką, która śpiewała mi babcia, gdy byłam jeszcze mała. 'Był sobie dziad i baba...
- ...bardzo starzy oboje'- dokończyła Rozalia i obdarowała ją uśmiechem, jak słońce.
O matko, czy ja to wszystko powiedziałam głośno???
- Taki niby drobiazg, a mnie cieszy. Dla mnie to...
- ... jedna róża- odpowiedziała bez zastanowienia.
To zajebiste, że ktoś tak bardzo mnie lubi, że daje mi coś tak niepraktycznego, tylko po to, żeby wywołać uśmiech na mojej twarzy.Nie mówić głośno. Nie powiedzieć tego głośno!
- Pieniądze szczęścia nie dają, ale...
Kurwa, spróbuj bez nich.
- ... powtarzając za Lecem 'każdy chce się o tym przekonać osobiście'.
Rozalia parsknęła śmiechem.
- Nie znałam tego- skomentowała- dobre, prawdziwe. Rozśmiesza mnie do łez...
Moje myśli mnie rozśmieszają, komentarze, które nasuwają się same i na które świat nie jest gotowy.
- Ostatnio jeden dowcip mnie śmieszy, ale chyba nie chce pani doktor, żebym opowiadała pani dowcipy?
- Dlaczego nie, bardzo proszę...
- Naprawdę?
- Tak, proszę.
No tego jeszcze nie było, żebym shrinkowi dowcipy opowiadała, ale niech tam...
- Idzie piękna dziewczyna ulicą i słyszy:
Zajebala... E! Zajebala
Izabela, debilu!!!
Oczy Rozalii urosły, a potem wybuchła śmiechem, tak szczerym, tak radosnym, że ona sama ponownie ubawiona grą słów dołączyła do salwy. Chwilę zajęło obu, żeby przypomnieć sobie jakie łączą je relacje.
- Cudny- pochwaliła Rozalia.
- Dziękuję- odpowiedziała zaskoczona.
To spotkanie przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Poproszę o sesje tylko z Rozalią.
- Przyjaciel to...
- Znowu muszę pojechać klasykiem... 'ktoś, kto wie o tobie wszystko, a mimo to cię lubi'.
Rozalia uniosła głowę znad notatnika.
- Według tej definicji chyba nie mam przyjaciół.
- Ja chyba też nie.
Chociaż może...on się chyba nie liczy, a z drugiej strony to chyba dobrze mieć faceta i najlepszego przyjaciela w jednym. A może to nienormalne jest?
- Jest posiłek i bywa uczta. Dla mnie to...
Ja gotuję, on wybiera wino, do stołu zapraszamy tych, których kochamy, lubimy, chcemy mieć blisko.
- Kaczka faszerowana i surówka z czerwonej kapusty, koniecznie według przepisu mojej teściowej.
- Ziemniaczki, czy kluski śląskie?- zainteresowała się Rozalia.
- Kasza... gryczana. Ta kaczka faszerowana jest kaszą.
- O! - Rozi wydała się zaskoczona. Otacza nas mnóstwo sprzętów gadżetów. nie wyobrażam sobie życia bez...
... muzyki.
- Chyba bez komputera...
- Ostatnie już pytanie: Jutro będzie nowy dzień i niech mi przyniesie...
Jeden mały akt łaski.
- ... spokój, dla mnie i dla tych, których kocham.
- Dziękuję, to wszystko.
No i co tam? Jakie wnioski? Pierdolnięta na maksa, czy tylko trochę?
- Na pożegnanie, gdyż zapewne już się nie zobaczymy, chciałabym pani powiedzieć, że gdyby kiedyś zastanawiała się pani, czy to pani oszalała, czy świat zwariował, zawsze proszę obstawiać tę druga opcję.
Rozalia pozbierała notatki, wyłączyła dyktafon, obeszła biurko i zrobiła coś, czego chyba nawet ona sama się nie spodziewała. Przytuliła ją i bez słowa wyszła.
Ok, czubku, lecz się sam, znaczy...

____________________________________________________

Niniejszym zakończyliśmy zabwę pod tytułem 'ja cię zapytam, a ty odpowiesz'.
Nie dam się więcej wciągnąć, chociaż 'Notatki Z Psychiatryka' były fajną wprawką ;o)

wtorek, 13 listopada 2012

Interview czyli Opowieści z Psychiatryka część 2

Siedzenie twarzą do okna, przez które wpadały tak jasne promienie słońca, że aż bolała ją głowa, męczyło, ale bała się ruszyć. Pierwsza próba wstania i zmiany pozycji skończyła się tym, że z rogu pokoju usłyszała tylko krótkie:
- Proszę usiąść.
Nie będzie już próbowała, zamknie oczy. Tak po prostu.
- Zaraz przyjdzie pani doktor, proszę odpowiadać na pytania, to szybko skończy.- usłyszała po chwili ten sam glos.
- OK- wyszeptała zmęczona. Brak odpowiedzi zostałby zanotowany, jako brak współpracy.
Do pomieszczenia, z rozwianą grzywką, wpadła pani doktor w różowym kitelku.
- Dzien dobry Panie Macieju- wyszczebiotała składając buźkę w dziubek, machając przy tym wdzięcznie rzęskami.
- ...obry pani doktor- rzucił z rogu zmęczonym głosem pan Maciej.
Przestań go tak ostentacyjnie rwać. Facet pracuje na dwóch etatach. Nie dosypia i ma cię w dupie, kretynko.
- Co my tu mamy?- trajkotała radośnie.
- Kogo... - szepnęła.
- Słucham?- nie dość, że głupia, to jeszcze głucha.
- Kogo tu mamy, nie co, pani doktor- powtórzyła już głośniej. Z rogu pokoju dobiegł ją cichy śmiech Maćka.
- Proszę się uspokoić, bo o pomoc poproszę pielęgniarza- wycedziła idiotka i powłóczystym spojrzeniem obdarowała siedzącego w kącie.
- Nie ma potrzeby, pani doktor, pacjentka jest spokojna- w rogu pokoju miała jednak sprzymierzeńca.
- Tylko kilka pytań i będziesz mogła wrócić do sali.
- Nie przypominam sobie, żebym z tobą piła- odcięła się natychmiast.
- Słucham?!- znowu ta durna, zdziwiona twarz.
- Nie jesteśmy na 'ty', pani doktor- zasugerowała już bardziej uprzejmie i znowu usłyszała śmiech z rogu pokoju.
Widzę, że będzie zabawnie.
- Pytanie pierwsze- zaczęła kretynka- Jaki jest twój, o przepraszam, pani ulubiony film i książka?
Jak ci powiem kurwo, że pasjami czytam Pratchetta, powiesz, że uciekam w nierealną rzeczywistość.
- Lubię Kalicińską, jej sielskie obrazy uspokajają mnie.
- A Film?
'Czekolada', debilko, ale pewnie pomyślisz, że to napój, a mnie znowu odpierdala.
- Lubię stare filmy, najlepiej muzyczne. Muzyka mnie uspakaja.
- Ulubiony deser?
Tiramisu, ale tylko takie, które zrobię sama. Polacy to cepy, używają bitej śmietany zamiast mascarpone, niech sami to żrą.
- Nie lubię słodyczy, moim ulubionym deserem jest gorzka kawa z mlekiem.
- Ulubiona forma relaxu?
Nie powiem ci idiotko, że lubię chodzić po górach, bo powiesz, że uciekam od rzeczywistości.
- Lubię czytać, czytanie mnie uspakaja.
- Trzy najgorsze wady facetów?
Nie wiem z jakimi facetemi się spotykasz, ten mój nie ma najgorszych wad, torbo. Reszta facetów mnie nie interesuje.
- Szowinizm, prostactwo, brak dystansu do siebie.
- Czy lubisz... lubi pani niespodzianki?
Tak, jeżeli chcesz mi obwieścić, że wychodzę.
- Nie, boję się czegoś nad czym nie panuję.
- Gdyby mogła pani urodzić się jeszcze raz, co chciałaby pani zmienić?
Zamienić cię miejscem z Maćkiem, on jest pewnie ciekawszym rozmówcą.
- Nic, jest mi dobrze tak, jak jest teraz.
- Marzenia do spełnienia na już?
Przefasonować ci twój głupi pysk i popatrzeć, jak się ślicznie dziwisz.
- Wyjść do domu w dobrym zdrowiu.
- Lubi pani święta, jeżeli tak to jakie.
Pachnące. Goździkami, cynamonem... miłością, ale ty tego nie zrozumiesz, gdyż one nie pachną różową gumą do żucia.
- Każde, lubię być w domu z rodziną.
- Czy łatwo panią zdenerwować?
Ależ skąd, kurwa, jestem oazą spokoju!
- Nie, od czasu rozpoczęcia terapii mój stan się znacznie porawił.
- Z jakim typem ludzi nie mogłaby pani wytrzymać w jednym pomieszczeniu godziny?
Kurwa! Maciek, wychodzimy!
- Z każdym można wytrzymać godzinę, to kwestia motywacji i nastawienia.
- Czego się pani boi?
Boję się tego, co tam naskrobałaś w swoim pierdolonym, różowym notatniczku.
- Niczego, po lekach nie mam żadnych lęków.
- To chyba wszystko... - pani doktor wyszczebiotała zarzucając grzyweczką nad różowym notatniczkiem.
- Słucham? - zapytała.
- Dziękuję, to wszystko,- o już lepiej, torbo- panie Marcinie proszę ją odprowadzić.
- Macieju!- powiedzieli razem i dalej już tylko Maciek... do niej, nie patrząc na panią doktor- pani pozwoli, że ją odprowadzę do sali.
- Dziękuję- wyszeptała.

Kiedy tak szli długim, szarym korytarzem pan pielęgniarz Maciek zapytał:
- Mogę zadać pani jeszcze jedno pytanie.
- Tak... proszę- odpowiedziała lekko zbita z tropu.
- Jaką lubi pani muzykę?
- Jazz, najbardziej lubię jazz- odpowiedziała bez zastanowienia.
Wchodząc do sali poczuła, jak wrzuca jej coś do kieszeni szlafroka.
- Trzeci folder, odbiorę po pracy, albo... jutro.

_____________________________________________________

I tak oto dotrzymałam słowa, prawda Ewuś? ;o)))
I jeszcze wisienka na ten torcik Posłuchajcież ;o)


 

niedziela, 11 listopada 2012

Enlightenment czyli Opowieści z Psychiatryka część 1

O jakiegoś czasu rzeczywistość przypominała starą szmatę, była szara, niedoprana, śmierdziała...
Po kolejnej dawce prochów bez której nie łapała pionu, zasiadła do kompa.
- Kurwa- zaklęła szpetnie- tyle muszę zrobić- i kliknęła w pierwszy z brzegu adres bloga - robota, nie zając, nie spierdoli w podskokach, albo... niech spierdala- usprawiedliwiła się jeszcze tylko przed sobą i zanurzyła się w cudzą rzeczywistość.
Tak lubiła. Nie myśleć. Nie rozdrapywać. Nie istnieć.
Pierwszy blog był radosny, mienił się barwami pewnego mostu. Och, jak tam było inaczej, niż w jej szarym życiu.
- O, znowu ktoś rozdaje nagrody- mruknęła do siebie czytając.Jeden, szczęściarz, drugi... - Że też mnie, kurwa, nikt nic nie da za darmo- warknęła drapiąc się po, od niewiadomo kiedy niemytej, głowie.
I nagle w jej serce wstąpiła cała gama dawno nie odczuwanych emocji. Radość, Ekscytacja. Napięcie. Takich pozytywnych, z gatunku tych odczuwanych w dzieciństwie, w okolicach 6 grudnia.
- Ja pierdolę, kurwamać! Jestem zajebista! Ktoś uważa, że jestem zajebista!!!- to już była euforia- Czy ja dzisiaj brałam leki?- potok myśli ruszył szturmem przez jej biedną głowę- O, wcale nie jestem zajebista. Zajebiści są ci przede mną, ci po mnie. Ja tu jestem chyba tylko przez przypadek.- przyszło opamiętanie zaraz po tym, jak przypomniała sobie, że jednak brała leki i o odchyłach nie może być mowy.
Pogodzona z losem karnie wykonała polecenia wypisane w podpunktach. Skopiowała wyróżnienie, zapisała na pulpicie, podziękowała w kilku słowach i zamknęła stronę.
Wróciła do siebie i wklejając pin pomyślała, że tu już nie ma tych, co przed nią i po niej. Tu nadal jest zajebista, tak popierdolona, że jedyna w swoim rodzaju.
Odpowiedzialność przebijająca się resztkami sił przez jej popapranie i tony działających w jej organiźmie prochów nakazała jej dopełnić dzieła.
Wkleiła pin, króry dostała od Mojej Ameryki.

 

Zacytowała nawet podziękowanie, jakie zostawiła u Niej na blogu:

Dziękuję Tobie, mojej matce chrzestnej Wróżce Bim, moim wychowawcom z St. Kook's Institute for Mentally Disabled oraz... matce Whitney Huston oczywiście. Pokładanej w mojej skoromnej osobie nadziei, że nagrody nie zmarnuję, postaram się nie zawieść. Tak mi dopomóżcie wszystkie świry świata. Amen ;o)))


Z drżącymi palcami przystąpiła do realizacji kolejnego podpunktu. 'wyróżnij siedmiu blogerów'.
Palce zacisnęły się w pięści.
- O nie! - wrzasnęła do monitora -Tylko ja jestem zajebista! Nie odbierzecie mi tego! To jest tylko moje!!! Moje!!! Moooojeeee!!!

Pan pielęgniarz podszedł i spokojnym tonem powiedział:
- Uspokój się bo ci zejebię, potem nie dostaniesz żreć do wieczora i upierdolę ci kompa na miesiąc.
- Przepraszam- wyszeptała i zanim zabrał ją do jej sali wcisnęla tylko 'enter'.

__________________________________
P.S.
Przepraszam za tę grafomanię. Znacie moje podejście do kontynuacji łańcuszków. Sorki Ameryko, przekora to trzecie imię Dreamu :o)))
Bawcie się dobrze. Muza dla Wsjech ;o)

wtorek, 30 października 2012

Awantura o cukierki

- Będzie dzisiaj o Halloween?- wpadły wczoraj Potworki do klasy i zapytały od wejścia.
- Nie- odpowiedziałam spokojnie.
- Ale dlaczego? To takie fajne święto!- wierciły nadal dziurę w brzuchu.
- O Halloween było rok temu i dwa i trzy lata temu, już wystarczy. Mamy w klasie dynie i cukierki, więcej nie trzeba.
- Ja mam w tym roku zakaz chodzenia- posmutniał Potworek rodzaju żeńskiego.
- Ja chyba też, po wczorajszym liście...
- Nie jestem w temacie- przerwałam te dialogi- o jaki list chodzi?
- Pani nie wie?- zawrzały oba Potworki żeńskie- Biskup napisał, że latanie w Halloween, w przebraniu ducha i proszenie o cukierki to kult szatana.
- ???
- No i jak ksiądz to czytał, to wszyscy w kościele się śmiali.
- Kurka, zamknijcie teczki, będzie o Halloween.- zmieniłam zdanie- Otóż oczywiście, jak pamiętacie Halloween wywodzi się od celtyckiego święta, które nazywało się...
- ... Samhein!- zakrzyknęły Potworki zaskakując mnie lekko.
- ... przypadającego na zakończenie żniw w dniu...
- ... 31 października!- współpracowały wdzięcznie.
- O tym dlaczego przebierano się wówczas za duchy pamiętacie, jak również dlaczego lampion z dyni nosi wdzięczną nazwę Jack-o-lantern...
- ... taaaak, od Jacka pijaka, który oszukał diabła, a dynia nie była kiedyś dynią, tylko rzepką!- wymądrzały się jedno przez drugie.
- A rzepka po angielsku to... - wykorzystałam okazję.
- Turnip!- nie dały się Gadziny zagiąć.
- No super, ale to są tylko legendy, teraz przejdźmy do faktów. W IX wieku naszej ery na terenie chrześcijańskiej Europy tradycją było, że dnia 2 listopada chodzono od posesji do posesji zbierając tak zwane soul cakes.
- Jakie ciasteczka?- zapytały czujnie Potworki.
- Ciasteczka duszy. Chodziło o to, że w tamtych czasach wierzono, że dusza po śmierci udaje się do Limbo, czyli przestrzeni między niebem, a piekłem. Pozostaje tam, aż zasłuży na niebo. Ale jeżeli z ziemi Bóg usłyszy wystarczająco dużo modlitw w intencji tej duszy, może ona opuścić Limbo wcześniej. Wracając do naszych soul cakes. Ty mi dawałeś soul cake, a ja w intencji twojego zmarłego odmawiałam modlitwę. Biznes był prosty- jedno ciasteczko, jedna modlitwa.
- To dlaczego teraz biskup pisze, że Halloween to bzdura?- dociekały Potworki.
- Nie wiem, może dlatego, że w IX wieku naszych biskupów jeszcze nie było, a nasi przodkowie latali z łukami po puszczy i modlili się do pieńka (Jesooo, jakim ja jestem heretykiem).
- No i co teraz?- zmartwiły się Potworki, gdyż kubraczki duchów wisiały już gotowe.
- Nic, teraz biskup pewnie odwoła Noc Kupały...
- A cooo to jeeeest?
-O nie, teraz wracamy do Present Simple.

I tak to biskup zmienił mi plan pracy, a ja zasiałam herezję i... jak co roku muszę kupić wór cukierków, bo może jednak rodzice zmiękną.
No i jeszcze muza dla dekoracji na temat, ja jakże ;o)

P.S.
Generalnie ze wszystkich obcych świąt najbardziej chciałabym przeszczepić do nas Thanksgiving, ale to na bank nie wyda, bo niby za co mamy dziękować w drugi poniedziałek października (Kanada) lub czwarty czwartek listopada (USA)? Za Indian, którzy się z nami podzielili żarciem, czy za pomysłowego biskupa?

poniedziałek, 29 października 2012

Zmagania do wysr...

Mierzenie się.
Z choroba, która nie chce odpuścić.
Z głupotą ludzką w kilku wersjach smakowych, wszystkie niestrawialne.
Z Młodą, w głowie której znowu wygrywa czarny pies.
Z pogodą, którą popier...
Z sądem, bo to przecież nie był koniec.
Z jesienną bezsilnością i niespełnialnym marzeniem o okopaniu się z książką na trzy dni.

I tylko jedno zdanie sprawia, że jeszcze nie jestem bliska obłędu:
'Jeżeli nie masz siły, wykorzystaj moją'.
Wiem, na co czekałam dwanaście lat.

Chooy z jesienią.
Ladies and Gentlemen.
Muzyka

środa, 24 października 2012

Dzień walki z otyłością dzisiaj mamy, czy jakoś tak ^.^

W dzieciństwie zawsze byłam 'szczypiorkiem'. Wiecznie zadawano mi pytania 'jadłaś dzisiaj coś?'. No początkowo nie jadłam. Posiłki były dla mnie walką nie do przejścia, a dla mojej rodziny traumą na maksa.
Potem coś się zmieniło. Jadłam, jak smok i... nie tyłam.
Kiedy urodziła się Młoda nadal nie tyłam. W ciąży przytyłam 12 kg i zaraz się tego pozbyłam. Spacerki z wózkiem robiły swoje.
A potem przyszło coś takiego, że tyłam nawet, jak nie jadłam.
Sie popsułam znaczy.
Kiedy doszłam do 74 kilogramów, a na zdjęciach z komunii bratanicy Teda wyglądałam jak foka, powiedziałam stop.
Znowu byłam OK, bo tak szczupła, jak przed laty, już nie.
A potem nastały czasy, kiedy Ted ruszył na podbój świata. Nie wytrzymałam tego psychicznie. Zajadałam stres. Skutkowało to tym, że każde spojrzenie w lustro sprawiało, że widziałam tłustego morświna, mimo, że pewnie tak żle nie było, gdyż nigdy już magicznych 74 kg nie przekroczyłam.
Myśl, że On wróci i zobaczy mnie w takim stanie niestety zamiast motywować do działania, jedynie mnie osłabiała.
Wtedy powstała moja teoria, że nadwagi nie mam w genach, tylko w głowie.
Chudłam i tyłam i... nigdy nie byłam zadowolona z tego, jak wyglądam.
W zasadzie nikt nie potrafił mi pomóc, bo ja kurka wiedziałam lepiej...
Dzisiaj wiem, że w chudnięciu najbardziej pomaga 'praca banią', dieta i trening.
Dokładnie w takiej kolejności.
Tyję, gdyż mój organizm dopomina się, żeby o niego zadbać.
Jem rozsądnie, bo po jaką cholerę mi czekolada hurtem, skoro wystarczy jedna kostka.
Ruszam się, bo wtedy lepiej się czuję.
Chudnę.
Zaprzyjaźnienie się z dietetyczką poskutkowało tym, że od miesiąca każdy mi mówi, że wyglądam świetnie.
Nie ćwiczę, żeby nie było...
Czy schudłam?
Nie wiem, nie interesuje mnie waga.
Dzisiaj czuję się fatalnie, ponieważ ciągle jestem chora, ale...
Nadal jem rozsądnie i nawet, jak czasem 'zgrzeszę', nie czuję wyrzutów sumienia.
Jutro znowu będę rozsądna.
Każdy kto ma problem z wagą, bez względu na to, czy jest to nadwaga, czy już otyłość, powinien pogadać z psychologiem albo z mądrym przyjacielem. Bez wsparcia jest doopa.
Dzisiaj jestem o tę wiedzę mądrzejsza.
Nie napiszę o tym książki, ale zapamiętam lekcję i... nigdy więcej morświnów w moim lustrze.
Każdy ma, kurka, swoją walkę do wygrania.

czwartek, 18 października 2012

Antyjesienna notka

Właśnie wpadłam do domu, gdyż nie mam dzisiaj kilku zajęć. Część mojej ekipy pojechała do Paryża.
Do Paryża pojechała również Młoda.
Od wczoraj co kilka godzin dostaję sms'y o treści, którą trudno zrozumieć normalnemu człowiekowi, ale ja, podobnie jak Młoda nie jestem normalna, więc rozumiem ;o)

Perełka z wczoraj:
MMS z facjatą Młodej na planie pierwszym, a w tle Łuk Tryumfalny ( L"Arc de Triomphe)

Kur... Lark de triomf

I te ułamki sekund zastanowienia, po cholerę ona uganiała się za skowronkami w Paryżu ;o))) (lark- ang- zool- n skowronek)

Perełka z dzisiaj.
MMS z facjatą Młodej w roli głównej i podpis.

Zanim cytat, muszę opowiedzieć Wam pewną historię. Dawno temu, kiedy poddawana byłam jeszcze procesowi edukacji w LO uczyłam sie również francuskiego, zdawałam nawet z niego maturę, byłam dobra w te klocki. Kiedy Młoda decydowała jaki będzie jej wiodący język w liceum zapytała, czy jeszcze (zwłaszcza, że teraz w pracy posługuję się zupełnie innym językiem obcym) coś pamiętam. Wyrecytowałam jej wówczas fragment jakiegoś tekstu, zapamiętanego jeszcze ze szkoły.
Versailles se trouve vingt- trois kilometres de Paris.
(kurka, nawet już nie jestem pewna czy tak się to pisze)

Podpis pod fotą brzmiał:
Wersaj se truw wę trła kilometr de Pari.

Czy Ona ma rzeczywiście rozszerzony francuski??? ;o)))
Chodzę po domu i sama się do siebie uśmiecham.

Dzisiaj muza nie może być inna
Posłuchajcież.

poniedziałek, 15 października 2012

Jesień

Dopadła mnie jesień.
W każdym aspekcie mnie dopadła.
Od zdrowia (nieprzespana noc i ciśnienie rozrywające zatoki) do nastroju.
Młoda się pakuje na wyjazd.
Bez euforii się pakuje, chociaż marzyła o nim od momentu jak się okazało, że dojdzie do skutku.
Ted oklapł.
Przeziębieniowo padł w ubiegłym tygodniu.
Kuźwa wiedziałam, że na takim speedzie nie pociągniemy długo, ale kryzys już teraz trochę mnie zaskoczył.
Chwilowo nie mam siły na pieprzenie, że damy radę.
Idę się okokonić...
Gówno prawda, zaraz muszę wrócić do pracy.
Obiecywałam sobie spacer z aparatem do parku, a stać mnie jedynie na wyprawę do apteki.

Marnie jest moi Państwo, i nawet moje jesienne róże nie poprawiają mi nastroju, chociaż Małga była nimi wyraźnie zachwycona.


I tylko muza magnetyczna mnie prześladuje, (mimo, że nie lubię Bonda) i ten tekst dający nadzieję, mimo wszystko.

Jesień Panie...

niedziela, 7 października 2012

Granola i sweet blogasek ;o)))

- To chyba jeden z niewielu produktów, którego skład mogę przeczytać bez obaw- wygłosiła opinię Młoda, sięgając po pudełko musli, znanej firmy, które to musli właśnie skończtła spożywać.
To, co przeczytała zjeżyło mi włos na głowie. Jakieś przedziwne ekstrakty E ileśtam oraz jakieśtam, a na koniec mój ulubiony bohater, olej palmowy.
- Nie jedz tego więcej!- zażądałam.
- Ale dlaczego?
- Bo to śmieci są, olej palmowy niech wpierniczają Jankesi, i tak im już nie zaszkodzi. Ja ci zrobię następne musli.
- A będzie dobre?
- Będzie, gdyż wrzucimy tam tylko to, co lubisz.
Skończyło się 'renomowane pudełko' i do akcji przystapiłam ja. Zrobiłam jej zwykłą granolę z płatków owsianych z jej ulubionymi dodatkami czyli... jedynym dodatkiem były migdały.
W czwartek wieczorem w domu pachniało cynamonem i imbirem ( no jeszcze kardamonem, ale im nie mówcie). Jeszcze gorące z blachy zaczęła podjadać Młoda, potem przyszedł z prezentacji Ted.
Wcinali z takim smakiem, że i ja się skusiłam.
Zagarnęłam do twarzy garść i to był mój błąd.
Nie o to chodziło, że tego się nie da przestać jeść (chociaż mleka jeszcze nie widziało nawet) ale dlatego, że jednym ugryziemiem skasowałam sobie DWA zęby!!!
Piątek w pracy spędziłam uśmiechając się półgębkiem, a wieczór kolędując w poczekalni u kumpla, bo w piątek, jak twierdzi kolega 'wszystkich boli najbardziej'.
Teraz oni wcinają i twierdzą, że zaje...mega smaczne, a ja patrzę, gdyż obawiam się utraty kolejnych/ tych samych już naprawionych (niepotrzebne skreślić).
Na osłodę, jeszcze przed utratą dostałam kolejny pin w klapę ruskiego generała czyli wyróżnienie jako, że mój blogasek jest podobno sweet.
Wszyscy wiedzą, co ja sądzę o tego typu łańcuszkach 'weź nagrodę, spal głupa i wrób kolejnych nieszczęśników' spodziewacie się zatem, że tu skończy się nasza zabawa.
Ale nie!
Po pierwsze, jako obdarowana czuję się niewymownie wdzięczna i szczególnie doceniona przez Akulara, a że nie muszę o sobie opowiadać ani wypisywać, co mnie gnębi, co cieszy i jakie mam włosy, i dlaczego długie, kręcone, kasztanowe nagrodę postanowiłam przekazać dalej.


Już się tłumaczę dlaczego. Mój blogasek jest równie 'sweet' jak Jej, znaczy wcale. Ale znaczek jest fajny więc w klapę wpinam go:
Valyo, czyli Teatralnej, ponieważ osobiście widziałam, jak napisała, że marzy o nim skrycie ;o)))

Ponieważ mój blogasek jest sweet, dołączam również sweet muzyczkę gdyż dowcip mi się ostatnio wyostrzył.

P.S.
Przepraszam, że ostatnio nie bywam, zwłaszcza Nowych Gości. Wciągnął mnie real, szczególnie zaś fakt, że ostanimi czasy kończę pracę o 19:30, co umówmy się, jest dobre, daje pewne profity, ale kradnie czas.
Jestem, czytam Wasze notki hurtem ale nie zawsze mam czas zostawić ślad.
Ściskam Was wszystkich i ciepełko posyłam.

P.S. 2
Dla zainteresowanych przepis. Niestety nie pamiętam skąd go mam, ale pamiętam, że w oryginale był to przepis Nigelli Lawson
Składniki na 2,5 litra granoli:
·         450 g płatków owsianych
·         120 g ziaren słonecznika
·         120 g ziaren sezamu (jasnego)
·         175 g jabłek z przecieru (dałam 1 jabłko starte na tarce)
·         2 łyżeczki cynamonu
·         1 łyżeczka imbiru
·         120 g brązowego syropu ryżowego lub ryżowego syropu słodowego lub golden syrupu (można zastąpić płynnym miodem)*
·         4 łyżki płynnego miodu
·         100 g jasnego brązowego cukru (dałam biały, gdyż brązowy chwilowo wyszedł)
·         250 g migdałów (w całości- tak mówi przepis, ja moje posiekałam, chociaż wcale nie drobno)
·         1 łyżeczka soli (nie bójcie się dodać soli, ja za pierwszym razem dałam za mało)
·         2 łyżki oleju słonecznikowego (Kujawski jest OK)
·         300 g rodzynków
Wymieszać wszystko za wyjątkiem rodzynek. Wysypać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia ( ja wykładam na samą blachę )
Piec w temperaturze 170ºC około 40 minut (piec jak ciasteczka, zwyczajnie obserwować, bo nadmierne wypieczenie grozi utratą zębów, chociaż nznacznie podnosi smak) , mieszając w trakcie kilka razy. Po wystudzeniu wymieszać z rodzynkami. Można ją przechowywać wiele tygodni w szczelnie zamkniętym pojemniku.
*Syrop powinnam zastąpić syropem klonowym, ale nie miałam. Nie kombinujcie z innymi płynami typu woda, czy sok jabłkowy, bo granola się nie sklei, lepiej dodać więcej miodu lub zwyczajnie drugie jabłko.
W mojej granoli są tylko migdały, ale i tak jest lepsza, niż każde musli dostępne w sklepie. I nadal wyżerają ją bez mleka ;o)))

środa, 3 października 2012

No nie...

Wyświadczyłam Jednej Takiej przysługę.
W związku z chwilowym brakiem środków i czasu, nie stać mnie na działalność charytatywną, powiedzmy zatem, że na tym nie straciłam.
Zadowolone byłyśmy obie. Ja może mniej, gdyż z racji rozciągnięcia się w czasie tej przysługi zobaczyłam parę takich akcji, jakich nie chciałam widzieć, ale, że dyplomacji uczyłam się od mistrzów, stosownie nie komentowałam.
Przyszedł czas na uściśnięcie dłoni i rozstanie, a tu nagle padło zaproszenie... na kolację, w podzięce.
Hotel, do którego zostaliśmy zaproszeni nie robi na mnie wrażenia, mimo, że na zapraszających pewnie tak. Trzeba było westchnąć, powiedzieć sobie 'sorry Winnetou' i pójść. Zaproszenie jednak 'z przyczyn od nas niezależnych' zostało odwołane.
- Uff- pomyślałam- odpieprzyli się.
Nic by, w zasadzie, nie było złego w zjedzeniu kolacji i napiciu się wina, tyle tylko, że po tych kilku akcjach, z gorącego okresu współpracy, wiedziałam z kim mamy się spotkać ('zapraszamy Dreama, ale że ty jesteś jej facetem, to też się łapiesz'- dobrze, że Ted nie jest przewrażliwiony na swoim punkcie). Poza tym od jakiegoś czasu już bardzo ostrożnie dobieramy towarzystwo, z którym pijemy wino, gdyż ostatnio jakoś każdy chce. Najlepiej, żebyśmy my je wybrali, zapłacili i... żeby było najlepsze z najlepszych.
Po tym przydługim wstępie zmierzam już do brzegu.
Sobota. My w biegu, gdyż to jedyny dzień w tygodniu, który od rana mamy do dyspozycji całą rodziną. Wpadamy na Jedną Taką.
- Dzwoniłam do ciebie, masz chwilę, żeby pogadać.
- Nie- ja jej na to zgodnie z prawdą.
- Zadzwoń, jak znajdziesz chwilę, jest parę pilnych spraw- prosi.
No raczej! W sobotę był 29 września, a od 1 października byłyśmy umówione, że mój projekt rusza u niej w firmie.
Nie powiem, że spędził mi sen z powiek, ale 'chwilę' przygotowań mi zajął.
Po południu znalazłam czas.
Dzwonię.
- Chciałabym ci powiedzieć, że mam raka, czeka mnie długie leczenie i wszystkie projekty idą w odstawkę. Nie wiem, jak to się skończy... -tu dużo bla, bla, bla, a na koniec- chcielibyśmy ponowić zaproszenie na kolację, co powiesz na poniedziałek?
Wryło mnie.
Odmówiłam, gdyż tydzień od poniedziałku do piątku nie wchodzi w grę. Ona wyrzygała się na mnie jeszcze stekiem informacji przekazanych mi 'po koleżeńsku' i odłożyła słuchawkę.
Moment mi zajęło, zanim zorientowałam się, że to ja wykonałam telefon i to ja powinnam skończyć tę rozmowę.
Potem (refleks klatki schodowej) zebrałam wymiociny Jednej Takiej i z obrazu całości wyszło mi, że nie rak, a guz, nie umiera, a nawet chemii pewnie nie będzie  gdyż to T2.
Zepsuła mi tym jednak trochę weekend, gdyż się przejęłam anyway, aż tu w poniedziałek otwieram sobie książkę a tam:
... musimy nauczyć się tworzyć granice, które nas ochraniają (...) Dla większości kobiet wytyczenie granic jest bardzo trudne i nie robimy tego do czasu, aż zostaniemy zmuszone przez zewnętrzne warunki i wyczerpie się nasza wyrozumiałość. (...) musimy nauczyć się mówić, dotąd i ani kroku dalej.
Ledwie skończyłam czytać, zadzwoniła Moja Ulubiona Dietetyczka:
- Pracujesz już, powiedz, że nie, muszę z tobą pogadać, bo mi łeb rozsadzi- wywaliła z grubej rury.
Przyszła w ciągu 10 minut, przypędziła znaczy, zgoniona, jak stara kobyła. A trzeba tu nadmienić, że jest trenerem personalnym i ma kondycję, jak nikt, kogo znam.
- Ostatnie dwie noce nie spałam, wiesz... - wysapała od wejścia.
- Wiem, nic już nie mów...
Potem wymieniła jeszcze kilka osób, którym Jedna Taka skasowała weekend, każdemu nota bene sprzedając inną bajkę, jak tak sobie wszystko porównałyśmy i wtedy ja ruszyłam do akcji.
- Uspokuj się, to jest manipulacja nami wszystkimi. Zapuściła jad, a sama siedzi w domu i śmieje się z nas, gdyż jest naszą główną myślą. Rozpętała cyklon, sama siedzi w jego centrum, a tam jest cisza i spokój.

W odpowiedzi na to wszystko Młoda pokazała mi fragment filmu 'Jak się pozbyć celulitu' 'NO NIE' (stąd tytuł i zakończenie notki)

Nie będzie żadnego projektu, kolacji też nie będzie.
Podobno to nie jest nawet guz, tylko jakaś choroba genetyczna, z którą da się żyć, tyle, że trzeba trochę uważać.

Najfajniej zareagowała jej pracownica, starsza pani. Powiedziała (tu autentyk przytoczony przez samą jego autorkę Mojej Ulubionej Dietetyczce) 'ty przestań chlastać jęzorem o tym raku, bo sobie go wykraczesz'. Wygadana Jedna Taka nie miała nic do powiedzenia.

Chyba nareszcie zrozumiałam, co chciał mi zasugerować Robert Frost tekstem: 'Zanim otoczę sie murem, muszę wiedzieć co będzie wewnątrz, a od czago się odgradzam'.

... no po prostu, kurwa, no nie!

wtorek, 25 września 2012

Jesiennie przez park?

Oczarowana fotkami Niki z Parku Zdrojowego w Nałęczowie oraz olśniona myślą, że ja też mam swój Park Zdrojowy, wyciągnęłam moje stadko na spacer w sobotnie przedpołudnie.
W drodze jeszcze świeciło słońce, a że był to pierwszy dzień jesieni oczekiwaliśmy, że wszystko może się zdarzyć, z ulewą włącznie.
Już samo wejście do parku  okazało się niespodzianką, gdyż w parku jesnieni zwyczajnie nie było. Zaszło słońce, ale stokrotki stały na straży lata.
  

Jak już się tam pojawiliśmy, ruszyliśmy jednak w alejki w poszukiwaniu pierwszych oznak Złotej Pani.
Pani Kapryśnica ukrywała się przed nami, jak mogła, ale (szczerze mówiąc, nie pamiętam już, kiedy ostatnio uganiałam się tam z aparatem) nie gniewałam się na Nią za to, moja rodzina też jakoś nie protestowała.

Proszę nie regulować odbiorników, ten park taki jest ;o)







Jedynymi oznakami jesieni, jakie znaleźliśmy były TRZY kasztany. Każdy dostał po jednym do kieszeni.



A jesienny spacer? Cóż, chyba, nie bez przyjemności, trzeba go będzie za czas jakiś powtórzyć.

P.S. Zapomniałam o muzyce. Pamiętacie, jak w dzieciństwie przemierzaliśmy alejki parków w podskokach? Jestem przekonana, że w głowie grało nam coś takiego.

piątek, 21 września 2012

Konstruktywnie

- Trzeba ustalać, co zrobić na obiad wcześniej, żebyś nie zostawała z tym sama- rzucił luźno Ted.
- Trąbię o tym od stu lat, że mogę gotować, jak tylko będę wiedziała co- delikatnie, ale jednak pojechałam szpilą.
- W takim razie codziennie wieczorem ustalimy zawartość lodówki i plan na kolejny dzień.
- Dzięki Ci Panie Boże za to nagłe oświecenie po latach- wzniosłam oczy ku niebu.
Minął dzień.
Drugi minął.
Trzeci.
I kolejny...
Żeby nie było, że ich głodzę, uprzejmie donoszę, że obywałam się bez burzy mózgów i żywiłam jednak.
Wczoraj wieczorem doczekałam się pierwszej próby ustalenia menu.
- Ustalmy, co jutro na obiad, żebyś nie musiała walczyć sama.
- Czy ja tego już nie słyszałam?- pomyślałam jedynie, rezygnując ze szpili, w obawie przed kolejnym brakiem współpracy.
- Co proponujesz tatusiu?- Młoda zaatakowała czujnie.
- Nie mam pojęcia?- przyznał Ted.
Ja się nie odzywałam profilaktycznie, niech walczą.
- To może zróbmy...
- Albo...
- Nie no, trzeba się jednak odezwać, bo nas zima zastanie nad tym jednym obiadem- to znowu ja i tylko do siebie.
I nagle Młoda palnęła coś głupiego. Zaczęła się śmiać, a że śmiech ma zaraźliwy, dołączyłam do niej ja. Ryczałyśmy tak sobie w najlepsze, gdy zniecierpliwił się Ted.
- To jest wesoło, czy jednak konstruktywnie?
- Nie widzisz, tatusiu, jest wesoło.
- Ja was tam nie rozkminiam- Ted ciągle poważnie.
- Jak się śmiejemy to jest wesoło- rzuciła Młoda między jednym, a drugim, niczym nie uzasadnionym wybuchem śmiechu- taki hint, tatooooo... i ryczy.
Ten hint był oliwą do ognia. Ja też już tylko ryczałam,
- Jak się nie śmiejemy, też jest wesoło, tyle tylko, że bez efektów dźwiękowych i nie staraj się tego zrozumieć.

Dobrze, że Ted był zmęczony. Dał się nam wyryczeć, a obiad ustaliłam sama... ze sobą, między kolejnymi wybuchami ;o)))

czwartek, 20 września 2012

To już koniec

Dzisiaj rano powiedziało w radiu, że w Tatrach spadł śnieg.
U mnie niebo błękitne, jak w Chile, ale na termometrze niecałe 10 stopni.
Koniec lata, kurka.
Chrzanię to, że zwyczajnie w tym roku nie miałam czasu go zauważyć, chodzi mi tylko o to, że zaraz zrobi się zimno.
Nie lubię zimna.
Zamiast wytrząsać się nad tym czego jeszcze nie lubię, ogłoszę wyniki na tekst lata.
Każdego roku nasze dzieciaki wybierają tekst, który najbardziej nas rozbawił, nie dał spokoju, powodował psychiczki (psychiczne łaskotki, znaczy).
W tym roku wygrała Mini.
Ze smutkiem muszę przyznać, że nie słyszałam go na żywo, ale Starsze opowiedziały mi z detalami.

Otóż:
Śniadanie. Przy stole siedzi mój brat i trzy dziewczyny: Angel, Mini i Młoda (dwie jego, jedna nasza). Starsza smaruje bułkę serkiem kremowym tak, żeby nie było widać rys.

- Co ty ćwiczysz, Angel?- pyta Młoda.
- Robię idealną kanapkę- Angel jej na to.
W tym czasie mój brat, zniecierpliwiony oczekiwaniem na zwrot kubeczka z serkiem, łapie go i rzuca kleks na bułkę.
- Twoja kanapka nie jest idealna, tatusiu- Mini mu na to.
- Bo ja nie lubię, żeby było idealnie...
Tu Mini przybiera minę oskarżyciela z urzędu i cedzi przez zęby:
- Przez takich ludzi, jak ty, ten świat nie jest idealny!

Lato było szalone, teraz nadciąga jesień, pełna barw dosłownie i w przenośni.
Ekscytująca i dająca nadzieję.
Lubię zapach wczesnej jesieni.
To już...

A w przyszłym roku ktoś znowu wywali coś, godnego miana tekstu lata.

piątek, 14 września 2012

Oj padła mi asertywność...


- Mamuuuuuu - zajęczało dziecko wchodząc do kuchni.
- Oho, będą negocjacje - pomyślałam.
- Bo wiesz, w piątek są osiemnaste urodziny dziewczyn ( dwóch z ekipy wariatów z Dyskusyjnego Klubu Filmowego imieniem Harrego Pottera ).
- To już sobie chyba ustaliliśmy, jak również czas i sposób powrotu.
- Ja nie o tym... - zniecierpliwiło się dziecię, a ja zaczęłam się bać.- Bo widzisz, ja mam dla nich biżuty (i milion innych, udzierganych ręcznie drobiazgów, dodałam w myślach, nie chcąc już niecierpliwć Młodej) i nie bardzo mam je w co zapakować - tu jej wzrok stał się taki bardziej błagalny w nadziei, że się domyślę, ale ja trwałam w słodkiej nieświadomości. - No i widzisz - nie zniechęciła się zupełnie Młoda- pomyślałam sobie, że ja nie potrafię, ale ty byś mogła, jeśli oczywiście znalazłabyś chwilkę, zrobić im takie małe puzderka z papieru.- Próbowałam zaprotestować, ale Młoda zrobiła wszystko, żebym nie wydobyła z siebie głosu, klepiąc jak katarynka- bo ja przecież nie umiem, ale ja ci pomogę mamuniu, ty je tylko zrób, pomalujemy je razem, ja potem zrobię deco, a potem tylko pociągniesz je lakierem, jak będę w szkole. Super pomysł, nie?
- Prrrr, szalona!!!- próbowałam ją trochę ostudzić- Świetny pomysł, tylko kiedy ja mam to zrobić?
- No jutro zaczynasz na przykład o.... - tu nastąpił szybki look w mój plan zajęć ( po cholerę ja go przytaszczyłam z biura???) 12:40, więc od rana możesz coś zacząć.
- Hej! Stopowałam dalej jej zapędy- a obiad?
- My ci z tatusiem pomożemy, ja w drodze ze szkoły zrobię zakupy, i jak przyjdziesz na przerwę wszystko będzie gotowe.
- Nooo dobrze - powiedziałam, w zasadzie z ciekawości, jak to będzie przyjść na 40 minut przerwy i zjeść obiad którego nawet nie było w planie.
I tak powstały puzdereczka malutkie, jak dno słoiczka od świecy zapachowej, z takimż samym dekielkiem.



A obietnica? Cóż, podczas przerwy wpadłam do domu i już od drzwi powitał mnie zapach popisowego dania Teda,  penne amatriciana, to przedwczoraj, a wczoraj czekały ziemniaczki pieczone z sałatą z nektarynami, prażonym słonecznikiem i winegretem oraz jajkiem sadzonym.

Chyba się najmę do dziergania koszyczków przed pracą;o)))

wtorek, 11 września 2012

dzień blogera czy jakoś tak...

Sprawdziłam na liście świąt dziwnych, nie ma tam dzisiaj dnia bloga, ani blogera.
W zasadzie nie brałabym udziału w imprezie, do której zaprosiła mnie Thundrstorm (fajny nick btw), ale celebrowanie tego święta dzisiaj, w dniu, kiedy ze świąt dziwnych nie obchodzimy ani dnia kota, ani krawca niteczki wydało mi się tyleż absurdalne, co fascynujące.

Co ja tam miałam napisać?
Dlaczego piszę.
Otóż jakiś czas temu dostałam propozycję współpracy z pewnym lokalnym portalem. Napisałam jeden tekst. na próbę, gdyż lubię pisać i piszę od zawsze. Reakcja zbiorowości internetowej mnie przerosła.
Ponieważ był to tekst o czymś i w jakimś celu, liczyłam na reakcję czytelników. W odpowiedzi dowiedziałam się jaką mam doopę, czym  różni się od mojej głowy (a raczej, że niczym), czym zostałam zrobiona i dlaczego moja mama powinna być za aborcją.
Kiedy teraz to piszę śmieję się w głos ;o)))

Postanowiłam, że zacznę pisać bloga, gdyż blogownia to taki bardziej przyjazny obszar, Heh!

Sens mojego pisania wyłuszczyłam już w pierwszej notce. Pierwszy komentarz pod nią pojawił się po kilku miesiącach ;o))) W zasadzie od tamtej pory cel pisania się praktycznie nie zmienił.

Zmieniło się wszystko inne.
Dla niektórych z Was robiłam już gołąbki i piekłam sernik, innym ciągle jeszcze winna jestem upieczenie chleba.
Byłam członkiem 'pewnej sekty mamroczącej mantry' i miałam honor mienić się blogową znajomą ś.p. Petroneli.
Nasze bezsensowne dialogi obserwowała połowa blogowni z matki O. 3/4 z nich było przekonanych, że jesteśmy walnięci. Wam to  powiem pierwszym: mieli rację ;o)
Płakaliście ze mną, kiedy tęskniłam i ciszyliście się, kiedy Adam wracał.
Świętowaliście, kiedy postanowił zostać.
Byliście świadkami, jak los, kolejny raz rzucił nas na kolana i wspieracie, kiedy wolniutko się podnosimy.
Większości z Was nigdy nie widziałam, ale jest w Was coś takiego, że poprosiłam Was o pomoc ujawniając wszystko, co kiedyś skrzętnie skrywałam za nickiem dreaming in metaphors (pod nickiem jest piosenka inspiracja).
Pozycjonujecie nam stronę. To piękny, i dla nas bardzo ważny, gest - dziękuję.
Tu jest mi dobrze.
Na Matce O. nie odważyłabym się na taki ekshibicjonizm.

Celem mojego pisania jesteście Wy.
Jedne z najmilszych komantarzy to takie: 'od kilku dni czytam wszystkie twoje notki, na obu blogach, bije z nich ciepło' - standardowe 36,6 ale zdarza się i więcej ;o)))
Czasem to jedno zdanie 'nie wymiękaj' napisane w jedną, albo drugą stronę pozwala podnieść się, otrzepać dłonie i iść dalej.

Oj! Wyszła mi laurka, ale nie dało się inaczej.

Pałeczki nie przekazuję, ale Wy to już wiecie i za to też Was lubię.

Pięknego dnia Wam życzę, blogera, sapera, milionera whatever.