Mam taką słabość, uwielbiam dobrą muzykę.
To, co w moim pojęciu muzyką dobrą jest, w Twoim być nie musi, gdyż mam gust specyficzny.
Muzyka musi bujać, a najbardziej na świecie buja (jak sama nazwa wskazuje) swing.
I tu docieramy do mojej kolejnej słabości czyli filmów muzycznych.
Zwłaszcza takich sprzed lat, do których muzyka wyszła
spod palców Andrew Lloyd Webbera, Leonarda Bernsteina, Oscara
Hammersteina, Johna Kandera, czy samego George'a Gershwina (Amerykanin w
Paryżu).
Ta słabość pozostała mi do dzisiaj i zupełnie nie
rozumiem dlaczego 'Burlesque' z Cher i Cristiną Aguilerą w ogólnym pojęciu
medialnym zrobił klapę (jedynie nominacja do Złotego Globu). Przecież i teraz można palnąć musical z rozmachem..
Były schody, był balet, były pióra w... gdzieś tam były. Skrzętnie zbierał je Stanley Tucci i oczywiście była muza (the dress is Chanel, the shoes YSL :)
Ale do brzegu, bo ja nie o tym...
Otóż był kiedyś taki polski film.
Myła muza i był balet, były pióra, było libretto na miarę tych z West Endu i Brodwayu.
I była w tym filmie taka scena, w której dziewczyna śpiewa: 'w małżeństwie mi wystarczysz ty, parasol w deszcz'.
Mała Dreamu, zapatrzona dawno temu w ten film, zapamiętała sobie scenę z tą piosenką.
Mała Dreamu myślała sobie wtedy 'ciekawe, czy ja kiedyś też tak będę mogła zaśpiewać?'.
Już, już, przechodzimy do tytułowego spaceru.
Wyrwany niedzieli godzinny spacer w słońcu przywrócił mi tę piosenkę i chyba... odpowiedź.
Idąc
tak sobie za rękę i jedząc lody spotkaliśmy naszych byłych sąsiadów, z
ulicy jednego malarza (od zawsze tu, nad morzem, mieszkam przy ulicy
malarzy, porzuciłam dla nich Juliusza Słowackiego ;)
- Za rękę? Po tylu latach?- zadziwiła się ona- My idziemy conajmniej w odległości trzech metrów (na moje oko był tylko jeden) ;)
I
tak sobie pomyślałam, że za dobrze nie... ale On i ten parasol, słońce w
plecy, wiatr we włosach i... nawet gwiazdy kraść nie musi ;)))
'Błogosławieni ci, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieli ubaw do końca życia'- ks. Jan Twardowski
wtorek, 14 października 2014
niedziela, 12 października 2014
Jesień... i co z tego?
Przeglądając ostatnio starego bloga w poszukiwaniu jakiegoś tekstu dla -ątek natknęłam się na którąś tam jesień. Początkowo byłam zaszokowana, potem już się tylko śmiałam.
Młoda chodziła do szkoły, ja nie musiałam pracować czyli pracowałam, ale tak bardziej rekreacyjnie, Ted robił to, co robił za ciężką kasę i jedynym naszym zmartwieniem był fakt, że chwilowo nie ma go w domu.
O matko... co ja tam wypisywałam ;)
Że dramat, że miazga, że zmęczona bo ile można tęsknić... co to będzie, jak przyjdą święta, o jejku, jejku! Jesień!
Kiedyś Młoda pokazała mi kilka seminariów jednego gościa... nie pomnę nazwiska.
Bardzo uderzyło mnie, to, co powiedział: 'Nie zastanawiaj się, czy twoja szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta. Odstaw tę cholerną szklankę.'
Odstawiłam szklankę, bo nie mam czasu zastanawiać się nawet, kto mi z niej wychlał wodę i dlaczego był tak bezczelny, że nie dolał.
Biegnę i jak maratończyk wyciągam dłoń. Ktoś mi w nią wkłada garść rodzynek, wodę, banana. Czasem przygotowuję je sama, myśląc do przodu, ale tylko do końca tego konkretnego biegu.
Żeby nie oszaleć uprawiam NW z muzą relaksacyjną na uszach- zupełny brak czasu na sport i relaks uprawiany oddzielnie zmusił mnie do kreatywności.
Jeżeli pogoda nie pozwala wyjść po 20 (wcześniej nie ma mowy), wytaczam stepper...
Nie oglądam seriali, nie oglądam wiadomości, nie karmię się głupotami.
W piątek jedna z dziewczynek podczas zajęć zauważyła, że za oknem jest już ciemno... 'ale tylko do grudnia, potem znowu natura odda nam słońce'.
Trzeba uczyć się od piątoklasistów.
Nawet nie zauważyłam, że topola za oknem pożółkła i zmarniała.
Taaaak, bez tej szklanki jest wygodniej.
Czasem tylko szkoda mi, że nie mam zwyczajowej godziny, na spacer po Waszych blogach, ale to też znajdę, jak mi się plan zajęć unormuje, bo jeszcze ciągle są w nim jakieś nerwowe ruchy.
No i muza... z nadzieją ;)
Oraz wcale nie twierdzę, że lubię jesień ;)
P.S.
Wygraliśmy z Niemcami w piłkę... nożną. Pan Dyrektor nie będzie szczęśliwy czytaj Ted będzie miał swoje pięć minut chwały ;)
Młoda chodziła do szkoły, ja nie musiałam pracować czyli pracowałam, ale tak bardziej rekreacyjnie, Ted robił to, co robił za ciężką kasę i jedynym naszym zmartwieniem był fakt, że chwilowo nie ma go w domu.
O matko... co ja tam wypisywałam ;)
Że dramat, że miazga, że zmęczona bo ile można tęsknić... co to będzie, jak przyjdą święta, o jejku, jejku! Jesień!
Kiedyś Młoda pokazała mi kilka seminariów jednego gościa... nie pomnę nazwiska.
Bardzo uderzyło mnie, to, co powiedział: 'Nie zastanawiaj się, czy twoja szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta. Odstaw tę cholerną szklankę.'
Odstawiłam szklankę, bo nie mam czasu zastanawiać się nawet, kto mi z niej wychlał wodę i dlaczego był tak bezczelny, że nie dolał.
Biegnę i jak maratończyk wyciągam dłoń. Ktoś mi w nią wkłada garść rodzynek, wodę, banana. Czasem przygotowuję je sama, myśląc do przodu, ale tylko do końca tego konkretnego biegu.
Żeby nie oszaleć uprawiam NW z muzą relaksacyjną na uszach- zupełny brak czasu na sport i relaks uprawiany oddzielnie zmusił mnie do kreatywności.
Jeżeli pogoda nie pozwala wyjść po 20 (wcześniej nie ma mowy), wytaczam stepper...
Nie oglądam seriali, nie oglądam wiadomości, nie karmię się głupotami.
W piątek jedna z dziewczynek podczas zajęć zauważyła, że za oknem jest już ciemno... 'ale tylko do grudnia, potem znowu natura odda nam słońce'.
Trzeba uczyć się od piątoklasistów.
Nawet nie zauważyłam, że topola za oknem pożółkła i zmarniała.
Taaaak, bez tej szklanki jest wygodniej.
Czasem tylko szkoda mi, że nie mam zwyczajowej godziny, na spacer po Waszych blogach, ale to też znajdę, jak mi się plan zajęć unormuje, bo jeszcze ciągle są w nim jakieś nerwowe ruchy.
No i muza... z nadzieją ;)
Oraz wcale nie twierdzę, że lubię jesień ;)
P.S.
Wygraliśmy z Niemcami w piłkę... nożną. Pan Dyrektor nie będzie szczęśliwy czytaj Ted będzie miał swoje pięć minut chwały ;)
niedziela, 5 października 2014
O łososiu, ciepłym białym winie i ciszy po...
- Macie jakieś plany na weekend?- zapytała obsmarkana Młoda- gdyż ona miała w palnie zjedzenie kilograma antybiotyków i chciała się dowiedzieć, czy tylko jej będzie tak smacznie.
- Idziemy do kina, ale wcześniej wpadniemy sobie na obiad, tam, gdzie wiesz i w planie jest łosoś, którego jadłaś ostatnio- plan z ubiegłego tygodnia, pamiętacie?
- Bawcie się dobrze, pożyczyła nam Młoda, bo po filmie atmosfera wam klapnie.
Idąc w słońcu, w sobotnie popołudnie, czuliśmy się, jak na wakacjach. Droczyliśmy się, co do wyboru knajpy, ale w końcu Ted dał się skusić i skończyliśmy w miejscu od łososia.
- Słucham- rzuciła kelnerka na powitanie. Przez oczy Teda przebiagł błysk rozbawienia. Po tym, jak pani 'uprzejmie' przyjęła od nas zamówienie, wróciła z dwiema wiadomościami: 'czas oczekiwania na kuchni to 45 (czterdzieści pięć) minut, a wino białe jest tylko w temperaturze pokojowej'. Mina Teda mówiła wszystko.
Ted poczęstował mnie uśmiechem, że klękajcie narody, po czym ja w desperacji zapytałam czy w trakcie oczekiwania nie możnaby jednak tego wina schłodzić.
Czas upłynął nam na świetnej zabawie.Ted ucieszony obserwował panią, a ja co jakiś czas zamykałam mu twarz tekstem ' nic już nie mów, następnym razem ty wybierzesz knajpę'.
Łosoś z pieca wynagrodził nam wszystko. Wino zdążyło się schłodzić i według Teda było poprawne. Oraz zdążyliśmy do kina. Z jaskini wyciągnęliśmy naszą koleżankę sprzed lat, która wróciła na stare śmieci dyrektorować pewnemu miejscu. Bez popcornu, bez coli, saute weszliśmy nieświadomi. Niczego...
A dziecko uprzedzało...
Dwie godziny i dziesięć minut później wyszliśmy, podobnie, jak wszyscy inni, w milczeniu.
Trudno komentować coś, tak sugestywnego.
Trudno mówić, że gra aktorska, że efekty, że srekty.... skoro jedyne, co przychodziło do głowy całej trójce to zdanie 'jesoo, oni to widzieli, oni to przeżyli, oni do końca życia mieli to pod powiekami'.
- Potrzebuję wina- powiedziała Ewa.
- Ja kawy- powiedzieliśmy jednocześnie z Tedem.
Dobrze, że na tę kawę poszliśmy do knajpy kumpla.
Zamieniliśmy temat.
To dobrze.
Polała się Metaxa.
To też dobrze.
Dzisiaj, z tą wiedzą z wczoraj, jest mi jakoś niewygodnie.
Nie zawsze musi być komfortowo jednakowoż.
Tę wiedzę trzeba posiąść.
Koniecznie.
I przejść się ulicami 'Miasta 44'.
- Idziemy do kina, ale wcześniej wpadniemy sobie na obiad, tam, gdzie wiesz i w planie jest łosoś, którego jadłaś ostatnio- plan z ubiegłego tygodnia, pamiętacie?
- Bawcie się dobrze, pożyczyła nam Młoda, bo po filmie atmosfera wam klapnie.
Idąc w słońcu, w sobotnie popołudnie, czuliśmy się, jak na wakacjach. Droczyliśmy się, co do wyboru knajpy, ale w końcu Ted dał się skusić i skończyliśmy w miejscu od łososia.
- Słucham- rzuciła kelnerka na powitanie. Przez oczy Teda przebiagł błysk rozbawienia. Po tym, jak pani 'uprzejmie' przyjęła od nas zamówienie, wróciła z dwiema wiadomościami: 'czas oczekiwania na kuchni to 45 (czterdzieści pięć) minut, a wino białe jest tylko w temperaturze pokojowej'. Mina Teda mówiła wszystko.
Ted poczęstował mnie uśmiechem, że klękajcie narody, po czym ja w desperacji zapytałam czy w trakcie oczekiwania nie możnaby jednak tego wina schłodzić.
Czas upłynął nam na świetnej zabawie.Ted ucieszony obserwował panią, a ja co jakiś czas zamykałam mu twarz tekstem ' nic już nie mów, następnym razem ty wybierzesz knajpę'.
Łosoś z pieca wynagrodził nam wszystko. Wino zdążyło się schłodzić i według Teda było poprawne. Oraz zdążyliśmy do kina. Z jaskini wyciągnęliśmy naszą koleżankę sprzed lat, która wróciła na stare śmieci dyrektorować pewnemu miejscu. Bez popcornu, bez coli, saute weszliśmy nieświadomi. Niczego...
A dziecko uprzedzało...
Dwie godziny i dziesięć minut później wyszliśmy, podobnie, jak wszyscy inni, w milczeniu.
Trudno komentować coś, tak sugestywnego.
Trudno mówić, że gra aktorska, że efekty, że srekty.... skoro jedyne, co przychodziło do głowy całej trójce to zdanie 'jesoo, oni to widzieli, oni to przeżyli, oni do końca życia mieli to pod powiekami'.
- Potrzebuję wina- powiedziała Ewa.
- Ja kawy- powiedzieliśmy jednocześnie z Tedem.
Dobrze, że na tę kawę poszliśmy do knajpy kumpla.
Zamieniliśmy temat.
To dobrze.
Polała się Metaxa.
To też dobrze.
Dzisiaj, z tą wiedzą z wczoraj, jest mi jakoś niewygodnie.
Nie zawsze musi być komfortowo jednakowoż.
Tę wiedzę trzeba posiąść.
Koniecznie.
I przejść się ulicami 'Miasta 44'.
Subskrybuj:
Posty (Atom)