Przynajmniej się staram.
Ale dzisiaj, zobaczywszy dno w lodówkach sklepów, w których zwykle robię zakupy, oszalałam.
Ted miał wolny dzień.
Chciałam zrobić fajną kolację z winem, żeby choć trochę oderwać się od tego co za oknem.
- Co zrobimy dobrego?- zapytał ucieszony.
- Pastę Florentine może?- zaproponowałam.
W lidlu, w lodówkach hulał wiatr. Miałam jednak nadzieję, na dwie piersi z kurczaka w zamrażarce.
- Ty idź po szpinak, ja pójdę po makaron- zaproponowałam.
Po chwili spotkaliśmy się on bez szpinaku, ja, bez makaronu.
Przewartościowałam kolacyjne menu.
Passatę znalazłam prawie leżąc na podłodze, gdzieś na końcu półki, boczek wędzony dziwnym trafem jeszcze był.
- OK, będzie Amatriciana- odetchnęłam z ulgą.
- Jak tylko znajdę makaron, bo uprzejmie przypominam, że nadal go nie mamy- przypomniał uprzejmie Ted.
Tu musiałam udać się do pracy.
Godzinę i cztery sklepy później, mój myśliwy zdobył najważniejszy składnik kolacji.
Kupił trzy paczki, żeby znowu za kilka dni nie marnować czasu.
I tak dołączyliśmy do akcji 'bez makaronu nie zostaję w domu'.
P.S.
Kolacja była pyszna, makaron smakował nam, jak nigdy😉

