bo trzeba artykułować, żeby dostać ;o)
Miśka pisała ostatnio, że wysłali z Grześkiem smsa do swojego ulubionego radia i wygrali zaproszenie do pierogarni.
Kilka razy, głupim smsem i mnie udało się wygrać płytkę w 'moim' radio.
Otóż ostatnio wczoraj.
Siedzę sobie osamotniona we domu. Młoda edukuje się już w dużym mieście, a Ted pracował do późna, i nagle słyszę zagadkę muzyczną.
Śpiewa Bon Jovi ale pod nim muza jakaś nie taka. Pada pytanie, kogo panowie zmontowali z Johnem, a na mnie spływa olśnienie, bo to Careless Whispers i nawet zgrabny montaż.
Szybki sms i... zapomniałam o nim, bo głowę miałam zejętą tysiącem myśli, a ręce jedną taką pracą.
Po jakimś czasie dzwoni telefon, dziwny numer. Odbieram i we własnym uchu słyszę jednego ze swoich ulubionych dziennikarzy, zwracającego się do mię po imieniu.
Se nie myślcie, że to już.
O zestaw płyt musiałam walczyć z jakimś kolesiem i... (jako, że miałam to zupełnie w dupie) wygrałam ;o)))
Teraz czekam na kuriera i modlę się, żeby to nie była jakaś Lady Zgaga ;o)))
No, a teraz przejdźmy do marzeń.
W komentarzach pod tekstem Miśki wszyscy pisali, żeby zagrała w totka, bo ma szczęście.
Well, mogę nawet zagrać... ale bardziej mnie interesuje to, co stało się potem.
Potem KTOŚ spełnił marzenie Miśki i obdarował Ją Bajorem.
Świecie, Universie czy inna Siło Sprawcza, ponieważ nie mogę już być na koncercie Pink Floyd, poproszę o U2.
Przesadziłam?
Mam to w dupie, a ponieważ mam to w dupie... liczę na pozytywne rozpatrzenie swojej prośby ;o)))
P.S.
Byłam u Mamy.
Jest stabilnie- tylko tyle i aż...
'Błogosławieni ci, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieli ubaw do końca życia'- ks. Jan Twardowski
niedziela, 29 września 2013
wtorek, 17 września 2013
Niespodzianka, czyli jak wypróbowałam jeden przepis
Lubię gotować.
Byle było prosto.
Spędzenie pięciu godzin w kuchni, żeby przygotować posiłek mnie nie interesuje, chyba, że jest do impreza, a wtedy mogę siedzieć w kuchni całą noc.
Zajrzałam w sobotę do Kate, a tam przepis na 'deser na pożegnanie lata'.
Wyglądał pięknie, był prosty, więc dołączyłam do menu na niedzielny obiad, z okazji urodzin Teda.
Już próba, paluchem z michy, mnie oczarowała, podobnie, jak resztę kibiców (bo trzeba Wam wiedzieć, że od tygodnia jest nas czwórka, ale o tym, jak mi wkurw przejdzie).
A Kate pisała, że magiczna harmonia smaków...
Nic jednak jeszcze nie wskazywało na to, że mnie olśni.
Oświecenie przyszło po obiedzie (jak się deser schłodził).
Pierwsza łyżeczka i...
Fajerwerki w ustach!!!
Tego smaku szukałam od lat!!!
Kiedy byłam jeszcze małym, szczęśliwym glutem, tradycją mojej rodziny i zaprzyjaźnionych z nią cioć i wujków było spotkanie w samo, niedzielne, południe, w kawiarni Staromiejskiej. Dorośli pili kawę i koniak, dzieci starsze jadły lody, a glut, wiecznie obsmarkany, dostawał Krem Sułtański. Czasem był on cały biały, z wiśnią na czubku, czasem łaciaty, jak krowa, a czasem z rodzynkami w alkoholu (wtedy wyjadał mi je brat;o).
Nie protestowałam, że nie dostaję lodów.
Cały tydzień czekałam na niedzielę.
Już nigdy potem nie czułam tego smaku, aż do tej niedzieli.
Nie sądzę, żeby wówczas w składzie był jogurt, raczej kwaśna śmietana, ale smak się zgadzał.
Na chwilę stałam się małym Dreamem.
Bez bólu w plecach, mamy w szpitalu, obrażonego brata, kredytów, VATów, PITów i innych 'radości'.
Dziękuję Ci Kate ;o)
P.S.
Stan Mamy bez zmian, niestety, a może stety.
Byle było prosto.
Spędzenie pięciu godzin w kuchni, żeby przygotować posiłek mnie nie interesuje, chyba, że jest do impreza, a wtedy mogę siedzieć w kuchni całą noc.
Zajrzałam w sobotę do Kate, a tam przepis na 'deser na pożegnanie lata'.
Wyglądał pięknie, był prosty, więc dołączyłam do menu na niedzielny obiad, z okazji urodzin Teda.
Już próba, paluchem z michy, mnie oczarowała, podobnie, jak resztę kibiców (bo trzeba Wam wiedzieć, że od tygodnia jest nas czwórka, ale o tym, jak mi wkurw przejdzie).
A Kate pisała, że magiczna harmonia smaków...
Nic jednak jeszcze nie wskazywało na to, że mnie olśni.
Oświecenie przyszło po obiedzie (jak się deser schłodził).
Pierwsza łyżeczka i...
Fajerwerki w ustach!!!
Tego smaku szukałam od lat!!!
Kiedy byłam jeszcze małym, szczęśliwym glutem, tradycją mojej rodziny i zaprzyjaźnionych z nią cioć i wujków było spotkanie w samo, niedzielne, południe, w kawiarni Staromiejskiej. Dorośli pili kawę i koniak, dzieci starsze jadły lody, a glut, wiecznie obsmarkany, dostawał Krem Sułtański. Czasem był on cały biały, z wiśnią na czubku, czasem łaciaty, jak krowa, a czasem z rodzynkami w alkoholu (wtedy wyjadał mi je brat;o).
Nie protestowałam, że nie dostaję lodów.
Cały tydzień czekałam na niedzielę.
Już nigdy potem nie czułam tego smaku, aż do tej niedzieli.
Nie sądzę, żeby wówczas w składzie był jogurt, raczej kwaśna śmietana, ale smak się zgadzał.
Na chwilę stałam się małym Dreamem.
Bez bólu w plecach, mamy w szpitalu, obrażonego brata, kredytów, VATów, PITów i innych 'radości'.
Dziękuję Ci Kate ;o)
P.S.
Stan Mamy bez zmian, niestety, a może stety.
sobota, 14 września 2013
Nigdy nie byłam przesądna...
Dopiero w połowie wczorajszego dnia zauważyłam, że jest trzynasty, piątek.
Ale to, co się wczoraj działo, przeszło moje wszelkie oczekiwania.
W pracy pierwszej nastąpiła kumulacja głupoty, a dołożyła się do tego (ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu) B.
W drugiej komedia pomyłek.
Dzień zakończył się telefonem od brata.
Znowu jakieś 30 sekund rozmowy.
- Mamę zabrali na neurologię, zaraz tam jadę.
- Daj znać, jak się czegoś dowiesz.
Po 4 godzinach, nastąpił ciąg dalszy.
- Byłem, nie zastałem lekarza, bo wezwali go na SOR. Jest przytomna, nie leży pod aparaturą. Poznała mnie. Nie mówi. Jutro koło 10 mam wpaść pogadać z lekarzem.
- Dzięki.
Jeżeli to Ona ma być powodem, że zaczniemy ze sobą rozmawiać, jak biali ludzie, to nie chcę.
O 10 będę już w pracy. Znowu pogadamy przez 30 sekund.
Nawet nie mogę powiedzieć, że mam to wszystko gdzieś.
Ale to, co się wczoraj działo, przeszło moje wszelkie oczekiwania.
W pracy pierwszej nastąpiła kumulacja głupoty, a dołożyła się do tego (ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu) B.
W drugiej komedia pomyłek.
Dzień zakończył się telefonem od brata.
Znowu jakieś 30 sekund rozmowy.
- Mamę zabrali na neurologię, zaraz tam jadę.
- Daj znać, jak się czegoś dowiesz.
Po 4 godzinach, nastąpił ciąg dalszy.
- Byłem, nie zastałem lekarza, bo wezwali go na SOR. Jest przytomna, nie leży pod aparaturą. Poznała mnie. Nie mówi. Jutro koło 10 mam wpaść pogadać z lekarzem.
- Dzięki.
Jeżeli to Ona ma być powodem, że zaczniemy ze sobą rozmawiać, jak biali ludzie, to nie chcę.
O 10 będę już w pracy. Znowu pogadamy przez 30 sekund.
Nawet nie mogę powiedzieć, że mam to wszystko gdzieś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)