W drodze jeszcze świeciło słońce, a że był to pierwszy dzień jesieni oczekiwaliśmy, że wszystko może się zdarzyć, z ulewą włącznie.
Już samo wejście do parku okazało się niespodzianką, gdyż w parku jesnieni zwyczajnie nie było. Zaszło słońce, ale stokrotki stały na straży lata.
Jak już się tam pojawiliśmy, ruszyliśmy jednak w alejki w poszukiwaniu pierwszych oznak Złotej Pani.
Pani Kapryśnica ukrywała się przed nami, jak mogła, ale (szczerze mówiąc, nie pamiętam już, kiedy ostatnio uganiałam się tam z aparatem) nie gniewałam się na Nią za to, moja rodzina też jakoś nie protestowała.
Proszę nie regulować odbiorników, ten park taki jest ;o)
Jedynymi oznakami jesieni, jakie znaleźliśmy były TRZY kasztany. Każdy dostał po jednym do kieszeni.
A jesienny spacer? Cóż, chyba, nie bez przyjemności, trzeba go będzie za czas jakiś powtórzyć.
P.S. Zapomniałam o muzyce. Pamiętacie, jak w dzieciństwie przemierzaliśmy alejki parków w podskokach? Jestem przekonana, że w głowie grało nam coś takiego.