… po francuskiej stronie.
W Belgii trwa długi weekend.
Nic nie powiem, pokażę Wam🙃
Bonne journée🙏😀
'Błogosławieni ci, którzy potrafią śmiać się z własnej głupoty, albowiem będą mieli ubaw do końca życia'- ks. Jan Twardowski
Jak się zrobi cieplej pojedziemy testować plaże Morza Północnego, ale teraz potrzebowaliśmy szybkiej zmiany klimatu. Wybraliśmy Rotterdam z kilku powodów. Po pierwsze z powodu przestrzeni i portu, po drugie, żeby postawić kolejną małą flagę na mapie miejsc niezdobytych, a po trzecie… chodziło o Markthal. To niesamowity budynek w kształcie podkowy, który w środku jest halą targową oferującą, w nawiązaniu do portowego charakteru miasta, potrawy z całego świata. Na zewnątrz zaś jest biurowcem i apartamentowcem. À propos niesamowitego wyglądu tego budynku, jakimś cudem nie zrobiłam zdjęcia z zewnątrz niestety, mam wrażenie, że w Rotterdamie ktoś ogłosił konkurs na najbardziej porąbany budynek i zrealizował wszystkie pomysły, które nadesłali architekci.
W mieście stare miesza się z nowym, najdziwniejsze wizje łączą się naturalnie ze starą, typową zabudową holenderską tworząc niepowtarzalny klimat.
W Markthal postawiliśmy na to, że będziemy się zachowywali. Była pora lunchu wybraliśmy ramen i restaurację japońską, tyle tylko, że… kolejka była na godzinę stania. Kolejka do wejścia do knajpy, żeby była pełna jasność. Poszliśmy zatem dalej, a tam znaleźliśmy miejsce, którego zobaczyć nie chcieliśmy, ale mówi się trudno😂
Teraz będzie chwila prawdy, oboje mamy w swoim cv epizody amerykańskie i został nam sentyment to niektórych amerykańskich dań. Do knajpy wchodziliśmy na Caesar Salad, to taki klasyk, który w Europie wszyscy próbują ulepszać pomidorkami koktajlowymi, ogórkami czy innym jajeczkiem, a to błąd (duuuży błąd), ale jakoś menu otworzyło nam się na burgerach😂 Nie powiem Wam, że jak będziecie mieli ochotę na dobrego, amerykańskiego burgera, to musicie do Rotterdamu, ale my tam wrócimy (dwa razy, bo jeszcze musimy wpaść na ramen). Potem była włóczęga po mieście, odkrycia i zachwyty i oddychanie pełną piersią oraz dzika radość z wsłuchiwania się w rozdarte dzioby mew śmieszek.
A teraz już obrazki😀
I jeszcze sufit w Markthal🙃
Znalazł się również czas na kawę i herbatę ze świeżej mięty i canelloni z kremem, a co! Zrobiliśmy 15 tysięcy kroków, zasłużyliśmy.
Oraz wyjazd do Rotterdamu nie był ostatnim akcentem naszego długiego weekendu, ale o tym w następnej opowieści😀
O Brukseli mówiliśmy, że trzeba, że należy, że wypada. I jakoś nie wychodziło mimo, że to tylko 70km i czarny książę nie miałby problemu. Aż w końcu ruszyliśmy się. Dzisiaj.
Jestem zachwycona. To jedno z tych miejsc, w których natychmiast czujesz się dobrze. I nie… nie musisz mówić po francusku. Test z francuskiego zdany by the way, rozumiem wszystko, tyle, że Ted, mówiąc po angielsku nie bardzo dał mi się rozbujać, gdyż wszyscy natychmiast przechodzili na angielski.
Nie będę Wam opisywać, co zobaczyliśmy, bo był to ogólny rekonesans bez rezerwacji biletów w muzeach i innych miejscach wartych obejrzenia. Będziemy tam wracać, bo… mamy blisko i możemy.
Rozczarowanie? Ktoś przebrał Manneken Pis w jakiś ch…owy kubraczek więc jakbyśmy go nie widzieli. Reszta to pełny zachwyt, feeria barw i pozytywni ludzie.
Z kronikarskiego obowiązku, a jakże, muszę odnotować, że parking w samym centrum (przy Grand-Place czyli Grote Markt) na 5,5h to cena 17€.
Porcja gofrów z kawą i wodą dla dwóch osób to 25€.
Więcej kronikarskich informacji przy okazji kolejnej wizyty, która nastąpi wkrótce.
Pięknego długiego weekendu Wam życzę. My mamy trochę krótszy, bo tylko do 1 maja, ale i tak się cieszymy😀
P.S.
Kochani, jeżeli zostawiliście tu komentarz i nie pojawił się on na blogu, to musicie wiedzieć, że blogger wrzuca Was do spamu albo w kosmos. Przepraszam, ale nie mam na to wpływu, jak również na fakt, że jestem na własnym blogu anonimem i niektórzy z Was też oraz u losowo wybranych z Was nie mogę dodać komentarza nawet jako anonim.