Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

środa, 13 maja 2026

Szpitalne opowieści…

po belgijsku. 

Ted wybrał klinikę najbliżej nas. Przede wszystkim ze względu na czas oczekiwania, ale też ze względu na czas dojazdu i ewentualne kwitnięcie w korkach albo jego brak. 

W piątek o 6:55 wbiliśmy do szpitala w celu odpękania wszystkich formalności przed przyjęciem.



Po pobraniu numerka i bardzo krótkim oczekiwaniu Ted zasiadł przed uprzejmą panią, która zechciała mówić po angielsku, to w Belgii nie jest takie pewne,  Został przyjęty na oddział opieki jednodniowej. Tu większość zabiegów, które oczywiście można, wykonuje się na bazie takiej opieki. Został zaproszony na oddział, mogłam tam pojechać z nim, ale dalej już musiał być dzielny sam.



Na oddziale kolejna uprzejma pani zapięła mu opaskę na łapkę, wystawiła zwolnienie lekarskie na tydzień i skierowała go do sali, pokoju raczej. Pokój był jednoosobowy z łazienką, wygodnym fotelem, telewizorem na pół ściany i… sejfem. 




Tak, czekała też na niego woda i… szklanka. Nie plastikowy kubek. Szklanka. Każda kolejna pani pielęgniarka wchodząc, pukała i przedstawiała się imieniem i nazwiskiem. Ted dostał szpitalny kubraczek, jak na amerykańskim filmie, wiązany z tyłu, przebrał się i czekał na rozwój wydarzeń. Na sali zrobiono mu EKG, jeszcze podczas przyjęcia sczytane zostały, z jego dowodu osobistego, wyniki badań. Na dowód osobisty wrzuca się tu dużo potrzebnych informacji. Nie musisz na przykład zachowywać paragonu, jak kupujesz sprzęt, bo gwarancja również jest nań wczytywana. Ale wracamy do szpitala. Droga na salę operacyjną była doświadczeniem w stylu ‚witamy na kanale Discovery’, na suficie latały balony nad Kapadocją, szumiały lasy tropikalne, falowały morza i oceany, wschodziło i zachodziło słońce. Już przed salą operacyjną, kiedy Ted czekał w swoim boxie na zabieg, przed sobą miał ekran z obrazami, które zajęły go na tyle, że nie miał się czasu zestresować. 

Po operacji, do czasu wybudzenia, nasz pacjent został odstawiony do boxu, jak poprzednio, a po wybudzeniu i sprawdzeniu, jak zniósł zabieg, pani anestezjolog zapytała go, czy… zje loda. Jako, że nie jadł biedny śniadania, przyjął propozycję konsumpcyjną z zachwytem i dostał sorbet. Potem był już tylko powrót do sali i dano mu się wyspać. W tak zwanym międzyczasie zadzwonił do mnie, że wszystko jest git i poszedł (hehe) spać dalej. Po wszystkich zabiegach pooperacyjnych przyszła pani i zapytała czy ma ochotę coś zjeść. Miał. Pani przyjęła zatem zamówienie, jak rasowy kelner w pięciogwiazdkowym hotelu i już po chwili chłopak dostał kawę z mleczkiem w dzbanuszku, ciemne pieczywo, serek, masło, konfiturki i poczuł, jak zdrowieje. 

Czas do wypisu zajęły kolejne czynności pooperacyjne, zmiana opatrunków i inne przyjemności i koło godziny 17:00 zadzwonił, że przesyłka jest gotowa do odbioru a, że zabieg odbywał się w pełnym znieczuleniu, nie było opcji, żeby do domu wracał sam, co musiał przyjąć do wiadomości i podpisać, jeszcze przed zabiegiem. Pacjenta odebrałam podjeżdżając pod sam szpital, gdzie znajduje się kilka miejsc parkingowych przeznaczonych na takie okazje, czas parkowania , to jedynie 15 minut, ale to wystarczyło, żeby zgarnąć go z tych uroczych beżowych foteli w lobby szpitala, który wcale nie wyglądał, jak szpital. 

Ted stwierdził, że mimo, że go trochę boli, doświadczenie było z gatunku tych przyjemnych.

I tak to się robi w Belgii pamiętniczku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz