Miałam regularnie pisać, miałam wrócić do blogowania, ale real mnie zmiótł. Tak mnie zmiótł, że nie bardzo pamiętam poszczególne wieczory od poniedziałku.
Zaczęłam opisywać, co się działo przez ostatnie trzy tygodnie, ale to przecież nie ma sensu. Sens ma tylko to, że odszedł Nelson. Ci, którzy obserwują mój IG już wiedzą, chociaż nie od razu go tam pożegnałam.
To był mój pies, mimo, że nie był. Wybrał mnie sobie. Nauczyłam go, że głaskanie jest fajne. Na początku każda próba dotyku sprawiała, że warczał. Na końcu, po każdej kolacji wpychał pysia między krzesło w moje udo i domagał się pieszczot. Każdy, kto wyszedł na ganek i proponował mu spacer był olewany, chyba, że wyszłam ja. Nie musiałam prosić, stał gotowy. Jeszcze w sobotę poderwał się na mój widok, ale nie miał już siły zejść po schodach, przytulił się tylko do mojej nogi i wrócił na posłanie. Na koniec tylko ode mnie brał jedzenie i leki, chlipał wodę z mojej ręki
W poniedziałek o 16:00 miała przyjechać Julie, niby go zbadać, ale wszyscy wiedzieli o co chodzi. O 15:30 poszłam do niego, bo już nie wstawał i nie wchodził do domu. Usiadłam obok niego i w dupie mając obowiązki siedziałam, głaszcząc go tak, jak lubił, od noska po czoło. Krótko przed 16:00 przyszła szefowa, chciałam ustąpić jej miejsca, ale poprosiła, żebym została. Dołączyła do nas Emma i tak sobie siedzieliśmy. Kiedy przyjechała Julie, zmienił mnie Ted. Pomógł mu wstać do badania ale jak przeszedł przez biuro ze spuszczoną głową, wiedziałam już, że jest źle i idzie po szefa.
Szef poprosił, żebyśmy poszli z nim, żeby Nelson miał wokół wszystkich, dla których był ważny.
Nie bał się, był spokojny. Julie opowiedziała nam, jak będzie wyglądała procedura i podała mu pierwszy zastrzyk. Głaskałam go do końca, do czasu aż powiedziała, że śpi już głęboko, jak przy operacji, i jeszcze kiedy podawała mu drugi zastrzyk. Potem Ted kazał mi wyjść. Poszłam sobie beczeć do kuchni, gdzie leżała bardzo smutna Emma.
W poniedziałek nie było żadnego ogrodnika. To Ted go odprowadził. Pochował go na jego posłaniu, przykrytego jego ręczniczkiem z myszką Miki, w który tak lubił się wycierać, kiedy padał deszcz.
Nie byłam tam jeszcze. Nie mogę. A na spacer z Emmą idę w takim tempie, jakby szedł za nami Nelson… bo może idzie.
Od odejścia Nelsona Frycek nie przyszedł na ganek, Emma odważyła się obwąchać miejsce, gdzie leżało posłanie dopiero w czwartek, poszła tam ze mną, w sumie zaprowadziła mnie tam.
Na tę okoliczność oprócz serca, na milion kawałków rozsypały się moje jelita. Musiałam odstawić probiotyki, od 10 dni mam biegunkę. Jestem zmęczona eksperymentowaniem, co mogę zjeść i dlaczego prawie nic.
W takim to nastroju weszłam w weekend i siedzę w domu, bo na dworze jest 38 stopni, co nie pomaga w dochodzeniu do ładu jelitom.
Jeszcze chwilę sobie pomilczę, bo mi bardzo źle.
A potem wrócę.
Jeszcze dzisiaj najważniejszy jest on, Nelsonek, specjalista od naprawy kosiarek samobieżnych, myjek ciśnieniowych i najlepszy zaganiacz stada, fan gotowanych ziemniaków i spacerów po lesie, oraz uganiania się za czaplami i kaczkami. Mój Mały Kumpel.
Zdjęcie wyczyszczone przez AI, Nels siedzi tu na mojej stopie, a ja rzucam na niego cień.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz