Nie lękajcie się- zaczęłam jak jakiś wieszcz, albo inny kaznodzieja, a chodzi o to, żeby nie bać się używać ziół, jak mawia moja ulubiona instagramowa zielarka z Zielonego Zagonka.
Nie za bardzo mam wybór, więc stwierdziłam ‚co mi tam i tak jest chujowo’. I wjechała herbatka z kwiatów malwy z suszoną skórką pomarańczy, suszoną skórką jabłka, imbirem, kardamonem i syropem klonowym, bo nie mogę miodu. Tak nawiasem mówiąc wiecie, że miód nas wzmacnia TYLKO, jak jesteśmy zdrowi. Podczas infekcji wzmaga produkcję śluzu. Tak, miód nam produkuje dodatkowe pokłady gluta. Piję to coś od poniedziałku. Do tego oklepywanie pleców, 20 minut pod lampą i nacieranie pleców olejem z czarnuszki. Jest czwartek. Kaszel złagodniał. Jest, ale nie wyrywa mnie z kapci. Jak na to, co działo się jeszcze w niedzielę, jest pięknie.
Tym razem nie przestanę. Wyleczę to do końca. Aura w Belgii przypomina chwilami listopad i tylko drzewa jakieś dziwnie zielone, co nie pomaga w leczeniu. Ale decyzja zapadła. Nie odpuszczę, bo to działa.
Czytam dzienniki Alana Rickmana. Niesamowity człowiek. Nie gwiazda, człowiek. Uroczo się wkurza na to, że wszyscy wypominają mu ‚Szklaną pułapkę’. Kurczę, facet przyjaźnił się z tyloma ciekawymi ludźmi, a szukał w nich prostoty i poczucia humoru. Już mi przykro, że to się zaraz skończy.
Lecę się przebrać. Zaraz przyjeżdża szef Michael i zaczynamy rock&roll part 2.
P.S.
Fryniu (biały kot) dostał czarną siostrzyczkę, ale jej nie polubił. Zagląda tylko do nas i tylko jak jest głodny. Szefowa pomogła, aż zadudniło.
