Siedzę przed nowym tabletem i piszę, na klawiaturze piszę. Doceniam.
Jako, że zmiana telefonu i pojawienie się tabletu zaskutkowały chwilowym przestojem w logicznym funkcjonowaniu obu, musiałam się ponownie logować do większości aplikacji, których zwyczajowo używam. Niekiedy byłam traktowana, jak nowicjusz na pokładzie, poznikały moje ulubione rzeczy i przez chwilę wcale nie było śmiesznie. Tak też stało się na Spotify i aplikacja zaczęła proponować mi różne kawałki, co to albo je mam na jakiejś playliście, albo w bibliotece. I tak, wyświetliła mi się piosenka, o której dawno zapomniałam, a która była kiedyś bohaterką bardzo fajnej historii.
Otóż pewnego lata, na wyspie, na której mieszkał wtedy tylko Ted odbywał się festiwal, który zwykle latem się tam odbywa. My jak zwykle włóczyliśmy się od wydarzenia, do wydarzenia, a że nasza koleżanka i kolega mieli legitymacje prasowe, wchodziliśmy wszędzie za zupełną darmoszkę, nawet, jeżeli impreza darmowa nie była. Niestety owe legitymacje zobowiązywały naszych kumpli również do pracy i tak, w haniebny sposób, spóźniliśmy się na imprezę w klubie o wdzięcznej nazwie, do złudzenia przypominającej, nazwę dzielnicy Nowego Jorku, ze studolarówką, wymalowaną na całą ścianę, z najmniejszymi detalami przez naszych szurniętych przyjaciół Jacka i Wojtka. Wchodzimy więc do klubu, a tam ze sceny słyszymy ‚Dziękujemy bardzo’ i zespół schodzi. Gawiedź rozbawiona domaga się bisów, ale zespół twardo wchodzi na scenę, kłania się i schodzi. W końcu w tłum wstępuje nadzieja. Gitarzysta bierze instrument, podchodzi do mikrofonu i mówi;
-Kochani, zagramy dla was jeszcze, ale pod jednym warunkiem. Ja zaśpiewam i jeżeli na sali znajdzie się chociaż jedna osoba, która zaśpiewa ją ze mną, zjemy coś i będziemy grali dalej.
Chłopak zaczyna grać na gitarze balladę, na sali zapada cisza, ludzie patrzą po sobie licząc, że ktoś dołączy. Anka nachyla się do mnie i mówi ‚musimy się pogodzić z tym, że ten koncert już się skończył’, Maciek potakuje, a za nami, jednocześnie z chłopakiem ze sceny ktoś zaczyna śpiewać. Wszyscy troje oglądamy się, jak na komendę, a za nami, z zapalniczką nad głową stoi Ted i śpiewa:
„Love of my life you’ve hurt me
You’ve broken my heart and now you leave me…”
I tak do końca, każde słowo, wyartykułowanie, wyśpiewane, wybrzmiane. Chłopak ze sceny już wie, że szybka kanapka, pięćdziesiątka i popitka i trzeba będzie grać dalej, ale śpiewa, uśmiechając się do świra, który śmiał znać tekst piosenki. Nie było nas na koncercie, ale panowie na bis zagrali… drugi koncert. Wszyscy chcieli Tedowi postawić drinka za zasługi w przeciągnięciu imprezy, umówiliśmy się więc, że wszyscy pijemy piwo (sam by nie dał rady wszystkiego wypić) i tak, nie tylko weszliśmy na tamten koncert za free (pamiętacie? legitymacje prasowe Anki i Maćka) ale i piliśmy za free dzięki Freddiemu, Queen i dzięki temu, że Ted już wtedy pięknie mówił (i śpiewał😉) po angielsku.
Przypomniałam mu to i wiecie co? On zupełnie tego nie pamięta.
I po to jest Spotify, pogubione loginy, hasła i złośliwość urządzeń.
Oraz tak, pisanie na klawiaturze jest fajne… też😎
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz