Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

niedziela, 28 kwietnia 2013

O Jednym Ważnym Człowieku

Kiedy Alcyś u siebie pisała o książce 'Żyj wystarczająco dobrze', pomyślałam, że na urodziny kupię ją Młodej.
Wygląda na to, że każde z nas ma z tą lekturą sprawy do załatwienia.
Dzisiaj rano dopadłam swojego rozdziału z ciekawości.
'O tym, co znaczy wychowywać się bez ojca' miał mi wyjaśnić, czy dlatego jestem taka popaprana, że ojca w domu zupełnie nie pamiętam.
Czytając, co dzieje się w głowie dziewczynki, która w życiu codziennym nie posiada męskiego wzorca zrozumiałam, że ten tekst mnie nie dotyczy. Nie dlatego, że podważam wiedzę pani Ewy Chalimoniuk, ale dlatego, że zdałam sobie sprawę, kto mi tę lukę wypełnił.
Starszy Brat.
Facet, który był zawsze.
Który swoim wyjściem na balkon oczyszczał podwórko z szumowin.
Ktoś, kto robił dla mnie łuk i strzały oraz budował tapicerowane mebelki dla lalek.
Gość, dzięki któremu rozumiałam matmę. 
Facet, który powiedział Tedowi: 'jak ją skrzywdzisz, rozwalę ci łeb', czym wzbudził Jego szacunek.
Człowiek, który nauczył mnie, że muszę być silna właśnie dlatego, że jestem dziewczyną.
I nagle wszystko stało się jasne.
Nigdy nie wychowywałam się bez ojca, chociaż ten umarł, zanim zajarzyłam świat.
I już chyba wiem dlaczego teraz, po akcji z Angelem i jej mamusią (a moją bratową), jest mi tak strasznie przykro.
On chyba pierwszy raz w życiu nie stanął po mojej stronie, a w zasadzie nie wiem, czy stanął po którejkolwiek.
Chciałabym wiedzieć.
Taka muza mi się skojarzyła... nie wiem dlaczego.

piątek, 26 kwietnia 2013

O taczkach słów kilka

Pamiętacie taki komunistyczny dowcip o wizycie dygnitarza na budowie?
Ten o taczkach i zapier... takim, że nie ma czasu załadować.
To ja teraz tak mam.
O ósmej lecę do Ośrodka. Do dwunastej palę głupa w charakterze mamagera, chociaż jestem jedyną osobą, która nie wie co jest pięć.
O dwunastej wychodzę.
Pędzę do biura, do siebie znaczy.
O 12:40 pojawiają się Tygrysy.
Pracuję do 18:30, czasem do 19:30 z małą przerwą na posiłek.
Kiedy wracam do domu nic mi się nie chce.
Moi gotują.
W zasadzie, gdyby nic nie ugotowali, byłoby mi wszystko jedno.
Chleb ze smalcem i gorzka herbata byłaby OK.

Przedwczoraj do biura wpadł Ted.... z żółtym rowerem.
- Co to jest?- zapytałam mało inteligentnie, gdyż mi percepcja siadła jakoś ostatnio..
- Rower- zabłysnął mój Małżonek, chociaż na moim tle ostatnio błyszczy każdy.
- Skąd go masz?
- Kupiłem...
- Jaja sobie robisz?
- Myślałem, że nie muszę...

No dobrze, skoro On kupił od kumpla rower, jest nadzieja.
Że On się na niego przesiądzie.
Że jak przestanę latać po mieście i zacznę się przemieszczać w tempie cywilizowanym, wróci mi.
Zdolność do spostrzegania świata.
Bo w pełnym biegu z taczkami przed sobą obraz mam jakiś zamazany.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Się chwalę...

... bo mnie Nika przycisnęła ;o)
Nie należę do osób, które chwalą się swoimi 'dziełami', gdyż jako pieprzony perfekcjonista zawsze twierdzę, że można było zrobić coś lepiej.
Nika pod notką 'dwoje w kuchni' wypatrzyła bieżnik, nad którym pracowałam przed świętami i zażądała ;o) pokazania efektu w całości, no to pokazuję.
Na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, że szydełko nie jest moim ulubionym narzędziem pracy.
Et voila ;o)


 


 P.S.
Od piątku działam na dwa etaty.
Trzeba ratować koleżankę, która idzie walczyć do szpitala i po powrocie chciałaby, żeby jej miejsce pracy na nią czekało (ja, zastępując ją, jestem taką gwarancją).
Jak się w tej podwójnej roli odnajdę i nie oszaleję, będzie git. Na razie moja rodzina daje ciała, gdyż dzisiaj rano w domu nie było pieczywa.
Nauczą się, wszyscy się zaraz nauczymy :o)