Rok temu zamknęli nas po raz pierwszy. Spanikowałam wtedy. Usiadłam na dupie. Zamknęłam drzwi biura i domu. Chciałam przeczekać.
Zrobiłam zdjęcie pustej, nadmorskiej promenady w nadziei, że zaraz zaroi się tam od ludzi. Czekałam.
Potem przyszła Wielkanoc. Pierwsza tak dziwna. Daliśmy się zaszczuć. Młoda nie przyjechała do domu, a Starszaki zostały u siebie. Zniosły to bardzo źle. Czekałam.
Lato sprawiło, że na chwilę wstąpiła we mnie nadzieja. Przyjechali goście. Wyrwaliśmy się do Tyrolu. Nadal czekałam.
Ted cały czas mówił „z tym trzeba nauczyć się żyć” i zaczęło to do mnie docierać.
Maski medyczne mam w kieszeni każdej kurtki i płaszcza. Żele też. Nie panikuję już. Jestem ostrożna. Inaczej się odżywiam, biorę inne suplementy.
Nawet nie wiem, czy przeszłam to świństwo. Test miałam robiony raz, przed wyjazdem w styczniu. Z dobrej woli, bo nikt go ode mnie nie wymagał. Nie czekam już.
Zaczynam planować. Na początek Wielkanoc. Nie zamkniemy znowu Starszaków, bo one to zniosły gorzej, niż my. Mama jest po drugiej dawce, Ciocia ciągle czeka na szczepienie, ale święta zrobimy jak trzeba. Dla nich. Nieśmiało podnoszę głowę w kwestii lata.
Tak. Rzeczywistość pandemiczna nas zmieniła, jest bardziej depresjogenna, ale dzięki temu, że jest Ted, ostoja zdrowego rozsądku, jeszcze mi nie odbija.
Lubię nasze pandemiczne kolacje. Nauczyłam się robić sushi i gotować rameny, a jak w kuchni rozwinął się Ted!
Nadal nie oglądam seriali. Staliśmy się mistrzami w wyszukiwaniu filmów, których nigdy nie widzieliśmy, a jedyny warunek, to ocena 6/10 i wyżej.
I tylko na czytaniu nie mogę się skupić, a kilka tytułów czeka.
Czyli jednak trochę mnie to podgryza.
Co będzie dalej? Nikt nie wie.
Nie siedzimy. Pracujemy. Planujemy. Rozwijamy się.
W maskach czy bez „show must go on”.
No i idzie wiosna... chyba😀
Poczytałam sobie, co wypisywałam rok temu.
Ależ byłam optymistką myśląc, że za rok będę się uśmiechać do wspomnień😂



