wjechały.
Wpadam do pracy lekko, ale tylko lekko spóźniona, a tu Ted stoi i nierozumiejącym wzrokiem wpatruje się w telefon mówiąc:
- O kurczę, zobacz co Cori opublikowała na grupie.
Tu drobny przypis, ciągle jeszcze na Whatsappie mamy grupę, która powstała podczas szkolenia w Akademii w Holandii.
Wchodzę zatem i czytam. Czytam i nie wierzę. Czytam oświadczenie jednego z naszych najulubieńszych wykładowców. Człowieka, z którym w nocy tańczyłam walca pod biurem dyrektora. Pogodnego, empatycznego, zwyczajnie fajnego faceta. To dzięki niemu jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Przeprowadził nas przez trzy procesy rekrutacji. Wiedzieliśmy, że ma problemy zdrowotne, ale informacji, że w związku z zaawansowaniem choroby i ilością cierpienia własnego i rodziny postanowił poddać się eutanazji, się nie spodziewaliśmy. Uśmiechał się przecież ze zdjęć opublikowanych na stronie jeszcze kilka miesięcy temu.
I co można zrobić w tej sytuacji?
Zaakceptować decyzję.
Wziąć do ręki telefon.
Napisać kilka słów o tym, że był dla nas ważny. Oddać szacunek i mieć nadzieję, że ktoś, albo on sam to odczyta.
Po baaardzo długiej godzinie przychodzi wiadomość zwrotna:
‚Thank you so much my dear friends’
Oznaczasz ją serduszkiem i tyle.
W zaistniałej sytuacji opowieść o celebrowaniu chińskiego nowego roku musi poczekać.
Rok Smoka zaczął się inaczej, niż oczekiwaliśmy.



