Ale wróćmy do wody. O tym, że składamy się w iluśtam procentach z wody (60-70, a dzieciaki nawet 75) wiedzą wszyscy i co z tego? Ja też wiedziałam, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby tę wodę uzupełniać.
-Mamooo- zagadała ostatnio Młoda- a ile ty pijesz wody dziennie?
-No ile piję, ile piję- zaplątałam się już na starcie- kawę na śniadanie, herbatę w ciągu dnia, czasem nawet dwie (oklaski), kawę na lunch, no i wieczorem dzbanek herbaty.
-Mamooo, czy ty słyszałaś jakie było pytanie?- przywołało mnie do porządku dziecko- pytałam o wodę.
-Nie umiem pić wody- przyznałam zrezygnowana- nie odczuwam pragnienia, nie pamiętam, nie wiem.
I tak zaczęłam przyglądać się tematowi. Okazało się, że jak woda stoi pod ręką, to piję. Więc postawiłam. I piję. W chłodny dzień, jak teraz w Belgii, 8 szklanek ze spokojem i bez napinki. W upalny nawet 10.
-Można? Można- podsumowała Młoda.
A efekty? Oprócz częstych wizyt w toalecie, bardziej nawilżona skóra, więcej energii i, to, czego nie mogłam ostatnio ruszyć, średnio minus pół kilko na wadze tygodniowo. Bez wysiłku, bez zmian w diecie.
Tak, że ten… pijcie wodę, a nie mleko (produkty mleczne według TCM wprowadzają do organizmu wilgoć, co powoduje infekcje zatok, gardła i inne tego typu) będziedzie… zdrowsi? Mój kumpel z liceum, pytany dlaczego pije tyle wody, odpowiadał zawsze, że jego geniuszek wymaga podlewania, żeby stał się geniuszem. Podlewajcie geniusze, co Wam szkodzi? 😉
Pięknego weekendu Wam życzę, odliczając dni do urlopu
😎


