Ten blog używa ciasteczek, bo jego właścicielka lubi słodycze 😉

środa, 20 maja 2026

Kolano


Myślisz o tym, że masz kolano?

Nie bardzo, chyba, że Cię boli, wtedy posiadanie kolana wwierca Ci się w mózg. Powiem więcej, nie myślisz, że masz łokieć, bo czujesz tylko kolano.

Podobnie jest z jelitami. Jak nic się nie dzieje, nie jest to powód do głębokich przemyśleń, ale jak Cię dopadną, to wiesz, że są tak bardzo, że nawet wiedza o posiadaniu kolana, tej o jelitach nie przebija. 

Doświadczam tematu od lutego. W sumie od trzech lat, kiedy to w końcu zaakceptowałam fakt, że nie jestem idealna😂 Ale tak poważnie przyjęłam do wiadomości nietolerancję histaminy i jak głupek, bezrefleksyjnie, poszłam dalej. Nie zaczęłam drążyć, jak to mam w zwyczaju, dlaczego ją mam. Poszłam w łagodzenie skutków wierząc, że ‚taka już moja uroda’, aż nie dowiedziałam się, że to się leczy, że nie muszę z uszami po sobie przechodzić obok przysłowiowej deski serów, ciężko wzdychając. 

Probiotykoterapia pokazała mi, gdzie jestem i dlaczego w dupie. Jeżeli przez ostatnie trzy lata skarżyłam się, że niewiele mogę zjeść, to probiotyki we wdzięcznej współpracy z moimi jelitami, pokazały mi, co to znaczy .niewiele’ i jak bardzo jest to NIC. 

Ale, ja właściwie nie o tym, bo to był tylko wstęp. Otóż to, że nie mogę nic jeść, a moja dieta jest uboga, jak żul pod żabką to jedno, druga strona to już same plusy dodatnie. Coś się zmieniło i nie piszę o braku wysypki na twarzy i wyraźnej poprawie jakości skóry. Coś się zmieniło w głowie. Początki probiotykoterapii były trudne także pod względem psychicznym. Chodziłam obolała i wkurwiona, do czasu jednak. W pewnym momencie odpuściło napięcie, jestem spokojna, jestem skupiona, mam więcej siły i ochoty do działania po pracy, lepiej śpię. Częściej tu bywam i pewnie tylko sobie wmawiam, że pisanie na klawiaturze mnie do tego zachęca bardziej, niż na komórce. Wróciłam do przygotowań do certyfikacji, na egzamin teoretyczny jestem gotowa, do ustnego brakuje mi jednej pracy. 

Jelita mają ścisłe powiązanie z mózgiem, już kilka razy wspominałam o osi mózgowo-jelitowej. I tak sobie myślę, co ja tam wyhodowałam, albo wykończyłam, że zafundowałam sobie taką jazdę bez trzymanki?

I po co ja to wszystko piszę? Żebyście nie popełniali mojego błędu. Dbajcie o jelita zanim będzie to jedyna część Waszego ciała, o której będziecie w stanie myśleć, albo nie będziecie zdolni myśleć w ogóle. Na poziomie zdrowych jelit, mikrobiom wystarczy jedynie dokarmiać. Jest prosty w obsłudze, lubi kimchi, pistacje, borówki i gorzką czekoladę. Chory, przytuli chętnie maślan. Zdemolowany potrzebuje odtworzenia i tu zapraszamy na scenę probiotyki. Generalnie polecam konsultację z dobrym, kumającym temat, lekarzem i takimż samym dietetykiem, są już tacy, któż specjalizują się w mikrobiomie. 

I tak, kolano było tylko pretekstem do kolejnego pobawienia się… klawiaturą.

Dbajcie o siebie😉

P.S. 

Zrobiłam kolagenowe żelki naszemu psiemu seniorowi. Jest raczej niejadkiem, ale żelki wcina, jak żebrador😂

P.S.2

Wiem już dlaczego nie mogłam dodawać zdjęć. Otóż Blogger nie jest uprzejmy współpracować z Safari, zatem na tablecie zagościł Chrome i w dupie mam fochy technologiczne. W związku z tym palnę Wam foteczkę i idę do lasu z psami.



poniedziałek, 18 maja 2026

Histornia pewnej piosenki

 Siedzę przed nowym tabletem i piszę, na klawiaturze piszę. Doceniam. 

Jako, że zmiana telefonu i pojawienie się tabletu zaskutkowały chwilowym przestojem w logicznym funkcjonowaniu obu, musiałam się ponownie logować do większości aplikacji, których zwyczajowo używam. Niekiedy byłam traktowana, jak nowicjusz na pokładzie, poznikały moje ulubione rzeczy i przez chwilę wcale nie było śmiesznie. Tak też stało się na Spotify i aplikacja zaczęła proponować mi różne kawałki, co to albo je mam na jakiejś playliście, albo w bibliotece. I tak, wyświetliła mi się piosenka, o której dawno zapomniałam, a która była kiedyś bohaterką bardzo fajnej historii.

Otóż pewnego lata, na wyspie, na której mieszkał wtedy tylko Ted odbywał się festiwal, który zwykle latem się tam odbywa. My jak zwykle włóczyliśmy się od wydarzenia, do wydarzenia, a że nasza koleżanka i kolega mieli legitymacje prasowe, wchodziliśmy wszędzie za zupełną darmoszkę, nawet, jeżeli impreza darmowa nie była. Niestety owe legitymacje zobowiązywały naszych kumpli również do pracy i tak, w haniebny sposób, spóźniliśmy się na imprezę w klubie o wdzięcznej nazwie, do złudzenia przypominającej, nazwę dzielnicy Nowego Jorku, ze studolarówką, wymalowaną na całą ścianę, z najmniejszymi detalami przez naszych szurniętych przyjaciół Jacka i Wojtka. Wchodzimy więc do klubu, a tam ze sceny słyszymy ‚Dziękujemy bardzo’ i zespół schodzi. Gawiedź rozbawiona domaga się bisów, ale zespół twardo wchodzi na scenę, kłania się i schodzi. W końcu w tłum wstępuje nadzieja. Gitarzysta bierze instrument, podchodzi do mikrofonu i mówi;

-Kochani, zagramy dla was jeszcze, ale pod jednym warunkiem. Ja zaśpiewam i jeżeli na sali znajdzie się chociaż jedna osoba, która zaśpiewa ją ze mną, zjemy coś i będziemy grali dalej. 

Chłopak zaczyna grać na gitarze balladę, na sali zapada cisza, ludzie patrzą po sobie licząc, że ktoś dołączy. Anka nachyla się do mnie i mówi ‚musimy się pogodzić z tym, że ten koncert już się skończył’, Maciek potakuje, a za nami, jednocześnie z chłopakiem ze sceny ktoś zaczyna śpiewać. Wszyscy troje oglądamy się, jak na komendę, a za nami, z zapalniczką nad głową stoi Ted i śpiewa: 

„Love of my life you’ve hurt me

You’ve broken my heart and now you leave me…”

I tak do końca, każde słowo, wyartykułowanie, wyśpiewane, wybrzmiane. Chłopak ze sceny już wie, że szybka kanapka, pięćdziesiątka i popitka i trzeba będzie grać dalej, ale śpiewa, uśmiechając się do świra, który śmiał znać tekst piosenki. Nie było nas na koncercie, ale panowie na bis zagrali… drugi koncert. Wszyscy chcieli Tedowi postawić drinka za zasługi w przeciągnięciu imprezy, umówiliśmy się więc, że wszyscy pijemy piwo (sam by nie dał rady wszystkiego wypić) i tak, nie tylko weszliśmy na tamten koncert za free (pamiętacie? legitymacje prasowe Anki i Maćka) ale i piliśmy za free dzięki Freddiemu, Queen i dzięki temu, że Ted już wtedy pięknie mówił (i śpiewał😉) po angielsku.

Przypomniałam mu to i wiecie co? On zupełnie tego nie pamięta. 

I po to jest Spotify, pogubione loginy, hasła i złośliwość urządzeń. 

Oraz tak, pisanie na klawiaturze jest fajne… też😎





środa, 13 maja 2026

Szpitalne opowieści…

po belgijsku. 

Ted wybrał klinikę najbliżej nas. Przede wszystkim ze względu na czas oczekiwania, ale też ze względu na czas dojazdu i ewentualne kwitnięcie w korkach albo jego brak. 

W piątek o 6:55 wbiliśmy do szpitala w celu odpękania wszystkich formalności przed przyjęciem.



Po pobraniu numerka i bardzo krótkim oczekiwaniu Ted zasiadł przed uprzejmą panią, która zechciała mówić po angielsku, to w Belgii nie jest takie pewne,  Został przyjęty na oddział opieki jednodniowej. Tu większość zabiegów, które oczywiście można, wykonuje się na bazie takiej opieki. Został zaproszony na oddział, mogłam tam pojechać z nim, ale dalej już musiał być dzielny sam.



Na oddziale kolejna uprzejma pani zapięła mu opaskę na łapkę, wystawiła zwolnienie lekarskie na tydzień i skierowała go do sali, pokoju raczej. Pokój był jednoosobowy z łazienką, wygodnym fotelem, telewizorem na pół ściany i… sejfem. 




Tak, czekała też na niego woda i… szklanka. Nie plastikowy kubek. Szklanka. Każda kolejna pani pielęgniarka wchodząc, pukała i przedstawiała się imieniem i nazwiskiem. Ted dostał szpitalny kubraczek, jak na amerykańskim filmie, wiązany z tyłu, przebrał się i czekał na rozwój wydarzeń. Na sali zrobiono mu EKG, jeszcze podczas przyjęcia sczytane zostały, z jego dowodu osobistego, wyniki badań. Na dowód osobisty wrzuca się tu dużo potrzebnych informacji. Nie musisz na przykład zachowywać paragonu, jak kupujesz sprzęt, bo gwarancja również jest nań wczytywana. Ale wracamy do szpitala. Droga na salę operacyjną była doświadczeniem w stylu ‚witamy na kanale Discovery’, na suficie latały balony nad Kapadocją, szumiały lasy tropikalne, falowały morza i oceany, wschodziło i zachodziło słońce. Już przed salą operacyjną, kiedy Ted czekał w swoim boxie na zabieg, przed sobą miał ekran z obrazami, które zajęły go na tyle, że nie miał się czasu zestresować. 

Po operacji, do czasu wybudzenia, nasz pacjent został odstawiony do boxu, jak poprzednio, a po wybudzeniu i sprawdzeniu, jak zniósł zabieg, pani anestezjolog zapytała go, czy… zje loda. Jako, że nie jadł biedny śniadania, przyjął propozycję konsumpcyjną z zachwytem i dostał sorbet. Potem był już tylko powrót do sali i dano mu się wyspać. W tak zwanym międzyczasie zadzwonił do mnie, że wszystko jest git i poszedł (hehe) spać dalej. Po wszystkich zabiegach pooperacyjnych przyszła pani i zapytała czy ma ochotę coś zjeść. Miał. Pani przyjęła zatem zamówienie, jak rasowy kelner w pięciogwiazdkowym hotelu i już po chwili chłopak dostał kawę z mleczkiem w dzbanuszku, ciemne pieczywo, serek, masło, konfiturki i poczuł, jak zdrowieje. 

Czas do wypisu zajęły kolejne czynności pooperacyjne, zmiana opatrunków i inne przyjemności i koło godziny 17:00 zadzwonił, że przesyłka jest gotowa do odbioru a, że zabieg odbywał się w pełnym znieczuleniu, nie było opcji, żeby do domu wracał sam, co musiał przyjąć do wiadomości i podpisać, jeszcze przed zabiegiem. Pacjenta odebrałam podjeżdżając pod sam szpital, gdzie znajduje się kilka miejsc parkingowych przeznaczonych na takie okazje, czas parkowania , to jedynie 15 minut, ale to wystarczyło, żeby zgarnąć go z tych uroczych beżowych foteli w lobby szpitala, który wcale nie wyglądał, jak szpital. 

Ted stwierdził, że mimo, że go trochę boli, doświadczenie było z gatunku tych przyjemnych.

I tak to się robi w Belgii pamiętniczku.